Gospodarka

Apple nie będzie rósł wiecznie

Trzeba spojrzeć na wycenę Apple'a jako element funkcjonowania giełdy amerykańskiej. Mamy tu do czynienia z sytuacją jak z „Alicji w krainie czarów” – trzeba biec coraz szybciej, żeby być w tym samym miejscu. Wzrosty są niezbędne, bo rynek traktuje je jako dowód na to, że wszystko jest w porządku. Na tym właśnie polegał sukces Apple'a: gdy inne firmy wykazały niewystarczające wzrosty, oni mogli się pochwalić wyższymi niż przewidywano.

Jan Smoleński: Niedawno Apple został wyceniony na bilion dolarów. Co to w ogóle oznacza dla zwykłych ludzi?

Sylwia Czubkowska: Dla zwykłych ludzi nie oznacza nic. Podobnie niewiele dla drobnych akcjonariuszy, chyba że chcą teraz sprzedawać te akcje.

To czemu ta wycena była na czołówkach wszystkich gazet na świecie?

Sylwia Czubkowska – dziennikarka „Gazety Wyborczej”, pisze o gospodarce i technologiach. Fot. twitter @sylvcz

Trzeba spojrzeć na wycenę Apple’a jako element funkcjonowania giełdy amerykańskiej. Już teraz jest tak, że Apple, Amazon i Google, a więc trzy największe spółki, odpowiadają za 10 proc. wartości amerykańskiego systemu giełdowego. To o tyle istotne, że od dekady cała amerykańska giełda rośnie właśnie dzięki firmom technologicznym, a za nią rośnie cała gospodarka światowa.

To brzmi jak przepis na kolejny kryzys.

Raczej przestroga, bo Apple dobił do tego biliona naprawdę szybko, w ciągu 48 godzin. Skąd ten nagły wzrost? Znowu – wracamy do tego, jak działa giełda amerykańska. Kiedy Apple prezentował swoje kwartalne wyniki, robiły to również inne giganty technologiczne. I ich wyniki, zdaniem inwestorów, były słabe.

Facebook zaliczył jeden z większych spadków.

Stracił aż 20 procent wartości. Twitter też miał słabe notowania po tym, jak usunął konta trolli. Ale tak naprawdę firmy te nie wykazały strat, tylko wzrost ich zysków nie spełniał oczekiwań inwestorów. Mamy tu trochę do czynienia z sytuacją jak z Alicji w krainie czarów – trzeba biec coraz szybciej, żeby być w tym samym miejscu. Tak wygląda dzisiaj cała amerykańska giełda, a przez to globalna gospodarka. Wzrosty są niezbędne, bo rynek traktuje je jako dowód na to, że wszystko jest w porządku. I nie wystarczą po prostu zwyżki, one muszą być tak wysokie, jak oszacują je analitycy, jeśli nie większe. Na tym właśnie polegał sukces Apple’a: gdy inne firmy wykazały niewystarczające wzrosty, oni mogli się pochwalić wyższymi niż przewidywano. Stąd te dodatkowe 50-70 miliardów dolarów kapitalizacji w ciągu 48 godzin.

Przy takiej wycenie spadek kursu choćby o jeden procent oznacza utratę ogromnych pieniędzy.

Nie bałabym się spadków giełdowych, bo takie wahnięcia są normalne. Patrzyłabym raczej na kolejne kwartalne wyniki tej firmy, która w zasadzie musi pokazać coś nowego. Wzrosty organiczne Apple’a – te wynikające z coraz większej sprzedaży usług i produktów, które już oferuje – się skończyły. Nisza, którą okupuje Apple, czyli nisza produktów masowych, ale prestiżowych, nie będzie rosła wiecznie. Czy zatem będą w stanie sprzedawać więcej iPhone’ów?

Aktualizacje oprogramowania mogą tak spowalniać telefon, że trzeba go wymieniać co dwa lata na nowy. Podobnie można zrobić z tabletami czy komputerami.

Te firmy muszą zmuszać ludzi do kupowania nowych produktów, to oczywiste. Ale jedynym nowym rynkiem, na którym iPhone może generować duże zyski ze sprzedaży, jest rynek chiński. To rynek bardzo rozwojowy, bardzo szybko bogacący się, ale też coraz bardziej konkurencyjny ze względu na rosnące chińskie firmy technologiczne. Można oczywiście zaryzykować i próbować tam sprzedawać coraz więcej produktów, ale pytanie brzmi – jak długo? Stąd pojawiają się coraz częściej spekulacje – a de facto sugestie dla samego Apple’a, czego spodziewa się rynek – jaką obecnie strategię może obrać.

Od kilku miesięcy mówi się o zakupie Netfliksa, co dla Apple’a nie byłoby złą inwestycją. Teraz bowiem Apple produkuje urządzenia, ma system operacyjny, ma też platformę sprzedażową dla treści, ale jest to platforma muzyczna. Przejęcie Netfliksa pozwoliłoby Apple’owi zaistnieć również jako producentowi treści wideo – które są obecnie najbardziej sexy i generują największe zyski – i dystrybutorowi tych treści na dwustu rynkach.

Apple mógłby też zamknąć swój system operacyjny i w zasadzie uniemożliwić korzystanie z oprogramowania Microsoftu czy aplikacji Google’a na macbookach, względnie spowodować, by macbooki nie współpracowały z telefonami innymi niż iPhone i w drugą stronę. Ale to stworzyłoby bardzo poważne problemy wizerunkowe, więc raczej na to się nie zdecyduje.

To brzmi jak dążenie do monopolu.

Powiedzmy sobie szczerze: Apple w swojej niszy szeroko dostępnych produktów prestiżowych już jest monopolistą. Ta górka to nie pięć procent, tylko raczej dwadzieścia procent użytkowników. Spójrzmy też na amerykańskie i europejskie filmy i seriale. Jakich komputerów się tam używa? Maców. Nawet jeśli logo jest jakoś zasłonięte, to każdy jest w stanie rozpoznać, że to Apple. Oni mają monopol na postrzeganie tego, czym jest komputer i telefon dla nowoczesnego miejskiego użytkownika. Jeśli jesteś z tej niszy, to mówiąc „laptop” – myślisz „macbook”. Mówisz „telefon” – myślisz iPhone. Z punktu widzenia prawa to nie jest monopol, ale nie jest powiedziane, że na przykład po zakupie Netfliska regulatorzy nie zaczną tego tak postrzegać.

Monopol to narzucanie klientom pewnego zamkniętego ekosystemu, właśnie za to Google dostał karę od Komisji Europejskiej. System operacyjny iPhone’ów, iOS, też jest systemem zamkniętym, ale ponieważ Apple kontroluje tylko szczyt górki, to regulatorzy nie postrzegają tego jeszcze jako monopolu w sensie prawnym. Gdyby jednak firma zdecydowała się na zakup Netfliksa, to wtedy byłaby producentem oprogramowania, producentem urządzeń, producentem treści oraz ich dystrybutorem – i wówczas by się pojawił monopol. A wtedy z kolei padnie pytanie, czy Apple nie jest już za duży…

Imperium (unijne) kontratakuje, czyli Bruksela przeciwko Google

Czy ten wzrost gospodarczy dzięki giełdowym kursom firm technologicznych ma jakieś koszta społeczne?

W San Francisco to widać jak na dłoni. To bardzo bogaty rejon, z najlepszymi wynagrodzeniami na świecie. Z tego samego powodu koszty życia poszły tam bardzo w górę – od kosztów nieruchomości przez podatki lokalne, najwyższe w całych Stanach, aż po ceny podstawowych produktów. Trzypokojowe mieszkanie kosztuje tam ponad milion dolarów i nie stać na nie nikogo, nawet tych świetnie opłacanych pracowników korporacji. Ci ludzie decydują się więc na wynajem, co z kolei prowadzi do wzrostu czynszów, natomiast osoby nie zatrudnione w sektorze technologicznym po prostu tracą dach nad głową. Dopiero co odwiedziłam San Francisco i jestem załamana liczbą bezdomnych na ulicach. W środku najbogatszego hrabstwa najbogatszego stanu USA mamy sytuację rodem z trzeciego świata – jakkolwiek niepoprawnie politycznie to brzmi.

To co się dzieje z tymi wszystkimi mieszkaniami, na które ludzi nie stać?

Kupują je chińscy inwestorzy, którzy ich nie wynajmują, tylko trzymają dla swoich dzieci – stoją więc puste. W San Francisco rynek mieszkaniowy nie nadąża za popytem i na pewno nie jest dopasowany cenowo do możliwości mieszkańców.

Tak więc w obrębie tego bardzo bogatego obszaru, który pcha całą amerykańską gospodarkę, mamy pustynie biedy. Następuje proces odkładania kapitału w celach inwestycyjno-rozwojowych, który nie wraca na rynek i w efekcie nie poprawia jakości życia przeciętnej społeczności. Nie ma na to prostego rozwiązania, choć i władze lokalne, i firmy technologiczne próbują coś z tym zrobić.

Wyobraźmy sobie sytuację, że kurs Apple’a się załamuje. Co wtedy się dzieje?

Dzieje się bardzo źle i obrywamy wszyscy – bezpośrednio albo rykoszetem. Amerykańska giełda bez szybkich wzrostów firm technologicznych będzie w tarapatach. A za nią – cała światowa gospodarka. Nikt nie chce wywoływać wilka z lasu, ale wśród analityków i ekonomistów panuje obawa, że po tych siedmiu tłustych latach czeka nas spowolnienie, jeśli nie recesja. A to spowolnienie będzie bardzo niebezpieczne, nawet dla takich gospodarek jak polska.

Można podzielić Apple’a? Amerykańscy regulatorzy już się na podobne kroki decydowali w przypadku innych spółek.

Żeby amerykańscy regulatorzy się na to zdecydowali, musiałoby się stać coś więcej niż gwałtowny wzrost wartości spółki. Apple musiałby otoczyć dużą część użytkowników kordonem uniemożliwiającym wyjście – z tego właśnie powodu rozbijano np. AT&T, bo klienci tego giganta telekomunikacyjnego nie mieli możliwości korzystania z innych operatorów. Z Apple na razie tak nie jest, bo firma przywiązuje użytkowników prestiżem kojarzonym z marką. To jedno.

Druga rzecz, że nie wiemy, jaki wpływ na giełdę miałoby rozbijanie tych wielkich technologicznych spółek, ale można podejrzewać, że w krótkiej perspektywie bardzo zły. Długoterminowo – ciężko powiedzieć, ale my się boimy właśnie tej krótkoterminowości. Nawet roczny kryzys na świecie to miliony ludzi bez pracy. Nie wiem, czy ktokolwiek się zdecyduje zaryzykować pogorszenie sytuacji milionów ludzi nie tylko w USA w imię stabilności rynku na dłuższą metę.

Prawdę mówiąc, z tych wielkich firm technologicznych to Amazon jest w pozycji bliższej monopolisty niż Apple. Jest przecież dostawcą treści, producentem narzędzi, właścicielem dużej platformy e-commerce’owej, właścicielem platformy streamingowej, inwestuje również w bycie bezpośrednim dostarczycielem produktów. Oni wchodzą na dużo więcej rynków i silniej uwiązują klientów. Ale też gdy rozbijano AT&T lub Standard Oil, to były inne czasy. AT&T nie zatrudniało ludzi w Europie czy w Indiach. To była spółka amerykańska, a przecież Apple i Amazon to spółki globalne.

Amazon: nikt nie chce być trybem w maszynie

Amazon nie jest może najlepszym pracodawcą, ale jest to pracodawca. W samej Polsce zatrudnia 14 tysięcy osób. Wyobraźmy sobie, że w wyniku podziału Amazona przez amerykańskich regulatorów notowania lecą w dół, a spółka musi zamknąć część swoich oddziałów – te 14 tysięcy osób mogłoby znaleźć się bez pracy. To może nie jest bardzo dużo na skalę kraju, ale lokalnie to jednak problem.

Skoro giełdę amerykańską ciągną w zasadzie spółki technologiczne, to na jakie znaki ostrzegawcze zwracać uwagę?

Sam bilion dolarów Apple’a sam w sobie nie jest zagrożeniem, choć powinniśmy traktować go jako znak ostrzegawczy wskazujący, co w ogóle dzieje się ze spółkami technologicznymi. Problem zacznie się wówczas, gdy skończą się wzrosty.

Nowa generacja rentierów. Evgeny Morozov o cyfrowym kapitalizmie, danych i smart cities [WYWIAD]

Bardziej bańkotwórcze są np. kursy Twittera, albo fakt, że Uber nie zarabia i nie będzie zarabiać tak długo, aż całkowicie nie zniszczy rynków lokalnych. Te firmy mają ogromne wyceny niepoparte niczym, to dotyczy również startupów typu WeWork, takiej platformy coworkingowej. One są tymi jednorożcami, czyli spółkami o miliardowej wycenie, które nie zarabiają. Pieniędzy na rynku technologicznym w ogóle jest za dużo i to powoduje nieuzasadnione realiami wyceny, które sztucznie pompują kolejne, potencjalnie wysokie wyceny. A tego pieniądza jest w sektorze technologicznym tak dużo, bo wszyscy widzą te spółki, którym się udało i którym notowania pięknie rosną. A skoro im tak pięknie rosną, to inwestorzy w rodzaju wielkich spółek inwestycyjnych z regionu Zatoki Perskiej i amerykańskie fundusze emerytalne, które operują miliardami dolarów – i które nie będą inwestować małe firmy – inwestują grube miliony w ryzykowne biznesy, które mogą im się potencjalnie wysoko zwrócić. Koniunktura na złoto się skończyła, więc teraz będą inwestować w startupy. Dlaczego? Bo giełda im mówi, żeby tak zrobić. To jest dość błędne koło i może dojść do wytworzenia się bańki, bo wielu tym firmom się po prostu nie uda. Jakimś się uda, ale wiele upadnie.

Apple’owi się uda, tak samo jak Amazonowi. Amazon, Google i Apple jednak produkują i sprzedają swoje produkty. Nie udać może się Twitterowi czy komuś z tej niższej półki. Po usunięciu kont trolli okazało się, że bańka ilości kont była sztuczna i podobnie bańka wyceny giełdowej była sztuczna. Twitter cały czas nie zarabia, więc jego wartość jest oparta na wyobrażeniu, że kiedyś będzie zarabiał. Tak czy inaczej, bilionowa wycena Apple’a powinna dać do myślenia regulatorom, jak pilnować tego gospodarczego ekosystemu.

Bio

Jan Smoleński

| Politolog, członek zespołu Krytyki Politycznej
Politolog, pisze doktorat z nauk politycznych na nowojorskiej New School for Social Research. Absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Stypendysta Fulbrighta. Autor książki „Odczarowanie. Z artystami o narkotykach rozmawia Jan Smoleński”. Członek Zespołu Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.