Felieton

Koniec Unii Europejskiej nie jest przesądzony, ale…

Jan Zielonka stawia jasną i bezlitosną diagnozę: w obecnej formie Unia Europejska nie przetrwa. Czy ma rację?

Ostatnio dużo się mówi o książce profesora Jana Zielonki pt. Koniec Unii Europejskiej?, więc zachęcony tytułem i szumem medialnym książkę kupiłem i szybko przeczytałem. Szybko, bo duży, rozstrzelony druk i 150 stron mimo dość trudnej materii czyta się łatwo. To bardziej esej niż książka. W tym tekście bardzo skrótowo, fragmentarycznie przedstawię swoją, subiektywną, ocenę sytuacji tak pesymistycznie opisanej przez autora książki. Skrótowo, bo pełna polemika musiałaby być zbliżona objętością do bazowego eseju.

Trzeba oddać autorowi, że nie przeczernia obrazu UE. W rozdziale „Reintegracja” na kilku stronach przedstawia zalety Unii, które powodują, że mimo licznych wad i sceptycyzmu polityków projekt się nie załamuje. Znak zapytania jest postawiony niepotrzebnie, bo przecież w książce diagnoza jest przedstawiona w sposób jasny i bezlitosny: w obecnej formie Unia Europejska nie przetrwa. Ten znak zapytania to tylko taki bezpiecznik, którym autor lub wydawnictwo chce się bronić przed głównym nurtem polityczno-medialnym.

Główny nurt w Polsce jest szczególnie prounijny, co zresztą Jan Zielonka wyraźnie podkreśla i całkowicie rozumie.

Polska bardzo zyskała na wejściu do Unii Europejskiej i był to nie tylko zysk materialny (środki na politykę spójności i dopłaty dla rolników).

Zyskała też dlatego, że musiała zmienić (i nadal zmienia) prawo, że nasza polityka musi uwzględniać wymagania krajów, które zdecydowanie dłużej praktykują demokrację i kapitalizm. Można było podejrzewać, że polski główny nurt mocno skrytykuje autora książki za przedstawione poglądy. Tak się jednak (chyba) nie stało. Słowo „chyba” jest tutaj istotne, bo niewiele widziałem polemik i recenzji tego tekstu.

U mnie znak zapytania w tytule byłby dużo większy. Dlaczego? Jeśli pojawi się kryzys zewnętrzny, o którym pisze Zielonka (na przykład załamie się gospodarka Chin albo sytuacja geopolityczna na wschodzi Europy znacznie się pogorszy), to według autora książki „koktajl szoków wewnętrznych i zewnętrznych może uruchomić spiralę wydarzeń poza wszelka kontrolą”, co doprowadzić może do rozpadu UE. Oczywiście, może się tak stać. Jeśli kometa uderzy w Ziemię, to ludzkość też może zniknąć z jej powierzchni. Jednak równie prawdopodobne jest to, że Unia Europejska może zareagować konsolidacją, a nie rozpadem. Taka konsolidacja to taktyka, którą stosowali zarówno Burowie w Afryce, jak i pierwsi osadnicy w USA.

Zielonka wspomina też o tym, co i mnie wydaje się prawdopodobną przyczyną zmian struktury UE. Chodzi o politykę premiera Dawida Camerona i o sukcesy Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP). Referendum, które obiecuje Brytyjczykom Cameron, może wyprowadzić Wielką Brytanię z UE. Według mnie nie byłaby to jednak tragedia. Wielka Brytania bardziej przeszkadza, niż pomaga w utrzymaniu jedności UE. Niech popróbuje prawdziwej splendid isolation albo połączy się traktatowo ze swoją dawną kolonią. Reakcją UE na wyjście z niej Brytanii mogłaby być też konsolidacja.

Profesor słusznie zwraca uwagę na dezintegrującą rolę polityków unijnych w reakcji na kryzys, który rozpoczął się w 2007 roku i wbrew wielu opiniom i hossie panującej na rynkach finansowych wcale się nie skończył. Skracając opis zawarty w książce do głównych punktów (autor omówił wszystkie problemy bardzo dokładnie): w wyniku działań polityków UE kierowana jest przez państwa-wierzycieli, Komisja Europejska jest tylko pomocnikiem, rygorystyczne formuły finansowe dotyczyć mają przede wszystkim dłużników, a „członkostwo w strefie euro stało się znacznie ważniejsze od członkostwa w UE”. Prosta droga do dezintegracji.

Źle się też przysłużyła UE wspólna waluta. Euro według profesora „pogłębia dysproporcje i konflikty między krajami nadwyżki a krajami deficytu, między importerami a eksporterami i między Południem a Północą”. Taka teza jest całkowicie nie do przełknięcia dla dużej części polskiego głównego nurtu, który lobbuje na rzecz szybkiego przyjęcia przez Polskę euro (według mnie to jest błędna droga). Nic dziwnego, że książka Thilo Sarrazina Europa nie potrzebuje euro nie rozpoczęła w Polsce poważnej dyskusji, na którą z całą pewnością zasługuje.

Oczywiście nie wszystkie tezy Zielonki są według mnie słuszne. Na przykład uznawane za wadę zakończenie rozszerzenia się UE ja uważam za zaletę – twierdzę wręcz, że UE poszerzała się zdecydowanie zbyt szybko. Nie zgadzam się też z negatywną ocenę prawa unijnego. Pewnie, że w tym prawie są różne „cuda”, ale czy w systemach prawnych poszczególnych państw ich nie ma? Nie wydaje mi się też, żeby kryzys „zaostrzył konflikty między narodami Europy”. Owszem, są konflikty, ale one zawsze były i do tego raczej nie między narodami, a przede wszystkim między państwami. Poza tym w każdej rodzinie od czasu do czasu pojawiają się konflikty, ale rzadko prowadzi to do rozwodu.

Zdecydowanie bardziej bałbym się nie szoku zewnętrznego, ale problemów wewnętrznych i to nawet nie tych brytyjskich.

O tym profesor Zielonka też pisze, wspominając o skutkach polityki oszczędzania oraz o tym, że „Unią kieruje wąska grupa elit, przy znikomym udziale obywateli”. Ja uważam, że to jest temat najważniejszy. Rodzą się bowiem w poszczególnych państwach ruchy, które mogą rozsadzić UE od środka. Z jedne strony mamy populistyczne Podemos w Hiszpanii czy koalicję Syriza w Grecji, a z drugiej nacjonalistyczne UKIP w Wielkiej Brytanii czy Front Narodowy we Francji. Polska również dopracowała się swoich partii antysystemowych.

Pojawiły się również liczne ruchy separatystyczne (przykład Szkocji czy Katalonii). Widoczne są tendencje autorytarne (Węgry), a ten sposób rządzenia zdaje się coraz bardziej podobać elektoratom, co zdecydowanie nie sprzyja integracji krajów Europy. Poza tym, na co zwraca uwagę Zielonka, politycy unijni dążą do odgórnej integracji krajów członkowskich w formę państwa federacyjnego. To zdecydowanie nie podoba się olbrzymiej części wielu społeczeństw. Taka odgórna integracja może podziałać odwrotnie i rozsadzić UE.

Najsłabszy jest rozdział 4. – „Wizja”. To zawsze najtrudniejsza część tego typu tekstów. Przedstawienie diagnozy jest stosunkowo proste, ale wybiegnięcie w przyszłość jest zazwyczaj mgławicowe i nieprzekonujące. Tak (według mnie) jest i w tym przypadku. Autor pisze, że „trzeba zmodyfikować wizje integracji i opowiedzieć się za rzeczywistym pluralizmem”. Profesor określa nowy porządek mianem „nowego mediewalizmu”. Tekst zamienia się w tym rozdziale w rozprawę filozoficzną, a nie podręcznik pt. „Jak przeprowadzić zmianę”. 

Ja też od dawna widzę problemy, o których pisze Jan Zielonka, ale według mnie prowadzić one mogą docelowo w innym kierunku, nie do postulowanej przez autora unii organizacji pozarządowych i wielkich miast – tutaj widać wpływ Benjamina Barbera. To bardzo optymistyczna prognoza.

Ja widzę raczej dezintegrację UE jako powrót do połączonych sojuszami politycznymi państw narodowych ze wspólnym rynkiem na olbrzymim obszarze USA i UE połączonym przez porozumienie TTIP (według mnie dla Polski bardzo szkodliwe) i z ograniczoną, mniejszą niż obecna, strefą euro. To jednak nie jest nieunikniony rozwój sytuacji.

Alternatywą mógłby być szok zewnętrzny, o którym pisałem wyżej, a który zmusiłby narody Europy do oddolnego dążenia do konsolidacji w postaci państwa federacyjnego.

Tyle że taki cel mógłby być osiągnięty za kilkadziesiąt lat, kiedy wymrze przynajmniej moje pokolenie.

Bio

Piotr Kuczyński

| Analityk rynku finansowego
Analityk rynku finansowego, główny analityk firmy Xelion. Współautor, razem z Adamem Cymerem, wydanej nakładem Krytyki Politycznej książki "Dość gry pozorów. Młodzi macie głos(y)". Felietonista Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.