Felieton

Euro, SKOK-i, samoloty, czyli znowu chodzi o pieniądze

Co mają SKOK-i do prezydentury? Niewiele. A poparcie dla euro? Jeszcze mniej.

W marcu w polskich dyskusjach dominowały trzy tematy. Pierwszym była tragiczna katastrofa Airbusa 320, który rozbił się w Alpach. Z olbrzymim prawdopodobieństwem możemy stwierdzić, że ta katastrofa była zabójstwem 149 osób, połączonym z samobójstwem drugiego pilota. To tylko na pozór nie ma nic wspólnego z gospodarką, czy szerzej z ekonomią.

Jakie wnioski można wyciągnąć z tej tragedii? Przede wszystkim trzeba przypomnieć, że w ciągu ostatnich 33 lat odnotowano przynajmniej pięć tego typu przypadków. Nie jest więc tak, że problem był liniom lotniczym nieznany. Z poprzednich przypadków wyciągnęły wnioski linie lotnicze w Ameryce Północnej, gdzie w kokpicie zawsze musi być dwie osoby. Europejczycy zaczęli w panice wprowadzać to rozwiązanie dopiero po ostatniej tragedii.

Co 2-3 sekundy gdzieś na świecie startuje samolot, co daje w ciągu doby około 30 tysięcy lotów. Na świecie jest około stu tysięcy pilotów. W tej sytuacji obowiązuje prawo liczb wielkich i zasady statystyczne. Nie ma cudów – w tak olbrzymiej liczbie lotów, które obsługuje tak wielu pilotów, po prostu musi się zdarzyć sytuacja, kiedy za sterami siedzi osoba z problemami psychicznymi.

Powstaje pytanie, dlaczego przed alpejską katastrofą nie wprowadzono zasady obecności dwóch osób w kokpicie i dlaczego piloci nie są dokładniej badani. Najpewniej chodzi o pieniądze. Jeśli chodzi o badania, to z pewnością tak jest – są drogie. Na pozór wydaje się, że obecność drugiej osoby w kokpicie jest bezkosztowa, ale tak nie jest. Komuś z załogi (zapewne głównej stewardessie) trzeba zapłacić za dodatkowe obowiązki. Czyli znowu zawiniło szukanie oszczędności.

Nawiasem mówiąc, jest prosty sposób na uniknięciu wielu katastrof. Przecież sterowanie samolotami z ziemi jest już opanowane (widać to dokładnie, jeśli spojrzy się na wykorzystywanie dronów). Zagrożenie katastrofą gwałtownie by zmalało, gdyby samoloty wyposażano tak, żeby z ziemi można było przejąć nad nimi kontrolę. Ale to zwiększyłoby znacznie koszty samolotów i obsługi lotnisk. Tu też chodzi o pieniądze.

Wróćmy na ziemię, czyli w tym wypadku do Polski i do mocno krytykowanej kampanii przed wyborami prezydenckimi. Ja oczywiście w sprawach politycznych wypowiadać się nie będę, ale wspomnę o dwóch sprawach mającym związek z gospodarką. Pojawiły się w marcu dwa tematy – SKOK-i i wejście do strefy euro. Obie sprawy mają według mnie wspólny mimianownik: nie mają nic wspólnego z wyborem prezydenta.

W obu sprawach wypowiada się mnóstwo niemądrych słów. Na przykład Jarosław Gowin przy każdej okazji mówi, że nie ma sprawy SKOK-ów, a prawdziwą aferą jest udzielanie kredytów we frankach. Jak rozumiem, Gowin uważa, że skoro banki w Hiszpanii, Węgrzech, Chorwacji i w innych krajach udzielały kredytów walutowych, to popełniały przestępstwa, w związku z czym powinno się rozpocząć paneuropejskie śledztwo. Lekki absurd…

Udzielanie kredytów walutowych przestępstwem ani aferą z pewnością nie było – było grubą nieostrożnością, za którą bankom przyjdzie jeszcze zapłacić. Nawiasem mówiąc, poseł Gowin twierdzi, że Związek Banków Polskich (ZBP) chce, żeby w jego propozycji pomocy zadłużonym 2/3 kosztów pokrył budżet państwa. Gowin powtarza to z uporem godnym lepszej sprawy. Prawda jest taka, że ZBP chce, żeby banki pokryły 1/3 kosztów, Bankowy Fundusz Gwarancyjny (BFG) też 1/3 i żeby w 1/3 dołożył się NBP. BFG to przecież też pieniądze banków. NBP ma tyle wspólnego z budżetem państwa, że przekazuje do niego swój zysk (jeśli go ma). Gdzie poseł Gowin widzi te 2/3 kosztów budżetu państwa?

Wróćmy jednak do SKOK-ów. Nie ulega wątpliwości, że idea była piękna i że po drodze została wykoślawiona.

Zamiast małych kas z kilkudziesięcioma znającymi się osobami działających na zasadzie „non profit”, powstało monstrum z 2,5 mimiliona członków, z czapą w postaci Kasy Krajowej. Aż się prosiło, żeby coś z zasobów tych kas uszczknąć.

Jeśli prawdą jest to, co pisze prasa (szczególne Bianka Mikołajewska i Maciej Samcik), to nie ulega wątpliwości, że nadzór sprawowany nad Kasami przez Kasę Krajową był niewystarczający, gwarancji bezpieczeństwa środków praktycznie nie było, a założona za 70 tysięcy dolarów Fundacja na rzecz Polskich Związków Kredytowych wysysała przez lata wszystkie kasy, zwiększając kilkaset razy swój majątek. Majątek, który po likwidacji Fundacji przejął Spółdzielczy Instytut Naukowy, założony w 2010 roku przez braci Biereckich i Adama Jedlińskiego. Jak informuje prasa, panowie ci pobrali podobno w formie dywidend z tej ostatniej firmy ponad 20 milionów złotych. Wydaje się, że to wszystko zrobiono (niestety) zgodnie z prawem. Pieniądze mające iść na obniżenie kosztów pożyczek poszły w zupełnie innym kierunku.

Oczywiste jest też to, że zablokowanie (przez skierowanie do Trybunału Konstytucyjnego) przez polityków w latach 2009-2012 ustawy mającej na celu przejęcie nadzoru nad systemem SKOK przez KNF uniemożliwiało w tych latach objęcie depozytów ochroną BFG. Przy okazji warto przypomnieć, że chronione są depozyty do wysokości 100 tys. euro. Dziwić tylko może to, że ponad 700 osób mających więcej niż 100 tys. euro w SKOK Wołomin spokojnie czekało na upadłość, która można przecież było przewidzieć.

Można sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby ten stan (niechronienia depozytów przez BFG) trwał dalej. Wystarczyłaby wtedy upadłość SKOK Wołomin skutkująca utratą przez członków 2,5 mld złotych, żeby rozpoczęła się panika, która zniszczyłaby cały sektor kas i doprowadziła do strat w wysokości około 17 mld złotych. Ponad dwa miliony członków wyległyby na ulice żądając zwrotu pieniędzy. Potraficie sobie państwo to wyobrazić?

Chciałbym jeszcze rozprawić się jedną tezą. Nie jest prawdą, że to zły nadzór KNF doprowadził do kryzysu kas. Politycy twierdzą, że przecież „przedtem nic się nie działo”. Nic się nie działo, bo nadzór był iluzoryczny. Poza tym, kierujący SKOK Wołomin mają postawione zarzuty za działalność w latach 2009-2014, z czego wynika, że przestępstwa popełniano od momentu zablokowania przejęcia nadzoru przez KNF.

Likwidowany SKOK Wspólnota określany jest przez panią syndyk mianem „wydmuszki” – wszystko jest wyprowadzane na zewnątrz i outsourcingowane za potężne pieniądze idące do spółek zainteresowanych osób.  W 80 procentach kas przeprowadzane są procesy naprawcze. Warto pamiętać, że specyfiką przestępstw w sektorze finansowym jest to, że zanim wyjdą na jaw, można je popełniać przez wiele lat. Bernard Madoff swoją piramidę finansową budował blisko pół wieku…

Oczywiście można dyskutować, czy problem SKOK-ów powinien wpływać na wybór prezydenta czy nie. Ja uważam, że nie. Przypadkowe zdjęcie prezydenta Komorowskiego podczas premiery filmu Bitwa 1920, której SKOK Wołomin był współproducentem, z ludźmi z tego SKOK nie ma najmniejszego znaczenia. To, że Andrzej Duda spłodził wniosek do Trybunału Stanu, co doprowadziło do przesunięcia o 3 lata objęcia SKOK nadzorem KNF, też niespecjalnie powinno mu szkodzić. Był po prostu wynajętym prawnikiem i wykonywał polecenia swojego przełożonego. Taka jest natura pracy prawnika.

O ile jednak ta moja opinia może być dyskusyjna, o tyle druga jest bezdyskusyjna. Rozmowa o wejściu Polski do strefy euro w kontekście wyborów prezydenckich jest totalnym nieporozumieniem. Prezydent RP może być zwolennikiem przyjęcia euro, bitcoina zy waluty marsjańskiej i nie ma to dla Polski najmniejszego znaczenia. To jest jego osobiste przekonanie, które może wyrażać i bezradnie patrzeć na to, co robią inni politycy.

Wniosek o przyjęcie do strefy euro składa minister finansów i prezes NBP. Prezydent nie ma tutaj nic do powiedzenia. Mówi się, że może przeszkadzać lub pomagać, blokując jakieś (bliżej nieprecyzowane) ustawy prowadzące do zamiany złotego na euro. Znowu błąd. Żeby przyjąć euro trzeba zmienić Konstytucję RP. Żeby to zrobić, trzeba mieć poparcie 2/3 posłów i ponad połowy senatorów. I znowu: prezydent nie ma nic do powiedzenia. W czasie 21 dni musi podpisać zmianę Konstytucji.

A co z tymi „innymi” ustawami? Jeśli w Sejmie znalazło się 2/3 posłów, którzy zmienili Konstytucję tak, żeby można było przyjąć euro, to przecież odrzucą oni każde weto Prezydenta, które ma utrudnić/uniemożliwić przyjęcie/nieprzyjęcie euro. Przecież do odrzucenia weta Prezydenta potrzebne jest 3/5 głosów (dla mających problemy z ułamkami: 2/3 jest większe od 3/5). Tak więc dyskusja nad tym, czy Prezydent chce euro czy nie, nie ma żadnego praktycznego znaczenia. To powinno być poważnie dyskutowane przed jesienią, czyli przed wyborami parlamentarnymi. Ale to już jest, jak mawiał Rudyard Kipling, zupełnie inna historia.

 

**Dziennik Opinii nr 96/2015 (880)

Bio

Piotr Kuczyński

| Analityk rynku finansowego
Analityk rynku finansowego, główny analityk firmy Xelion. Współautor, razem z Adamem Cymerem, wydanej nakładem Krytyki Politycznej książki "Dość gry pozorów. Młodzi macie głos(y)". Felietonista Krytyki Politycznej.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Wspieramy środowisko naturalne i prawa zwierzątCHCĘ POMÓC!