Felieton

Dwa wywiady. Co mnie zdziwiło, a co zdenerwowało?

Są menadżerowie, którzy rozumieją, że trzeba się dopasować do szybko zmieniającej się rzeczywistości.

Ostatnio ukazały się w prasie dwa interesujące wywiady. Jeden z nich przeprowadził Grzegorz Sroczyński z Henryką Bochniarz (Etatów nie będzie – „Duży Format” z 19 lutego), a drugi Mira Suchodolska z Mariuszem Grendowiczem (Polskie banki mają zobowiązania, ale nie wobec Polski – „Dziennik Gazeta Prawna” z 20 lutego).

Rozmówcy dziennikarzy to ludzie znani, menadżerowie z bardzo bogatą karierą zawodową. Pani Henryka Bochniarz jest też prezydentką Konfederacji Lewiatan, a pan Mariusz Grendowicz, jak wynika z bio w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, ma w swojej historii przewodniczenie Konfederacji Lewiatan, która wtedy nazywała się Polskim Związkiem Pracodawców Prywatnych Banków i Instytucji Finansowych „Lewiatan”.

Nie tylko to jest dla nich wspólne. Wspólne (dla mnie) było to, że wywiady zmuszają do myślenia. Poglądy doświadczonych ludzi biznesu na otaczający nas świat, gospodarkę, geopolitykę są często interesujące, bo przecież ludzie ci mają olbrzymi wpływ na nasze życie, które w dużym stopniu zależy od sytuacji gospodarczej w Polsce i poza nią oraz od stosunków przedsiębiorca (nie lubię słowa pracodawca) – pracownik.

Czytając wywiad z panią Bochniarz, miałem wrażenie, że jest to rozmowa z dwiema różnymi osobami. Pierwsza część tekstu w najmniejszym stopniu mnie nie zdziwiła. Prezydent Bochniarz przedstawiła w niej typowe dla wielu ludzi biznesu tezy – kontroli państwowych jest za dużo, prawo jest niekorzystne dla przedsiębiorcy (to w wielu przypadkach prawda), szpitale to normalne firmy (jak rozumiem, nastawione na zarobek), wystarczy zmienić sposób zarządzania służbą zdrowia, żeby bez wzrostu wydatków na tę sferę Polacy byli lepiej leczeni. I co najważniejsze: podatki są za wysokie.

Klasyczne tezy biznesu, co dziwić nie może, skoro „Lewiatan” jest organizacją biznesu. Redaktor Sroczyński według mnie tę rundę wygrał. Podatki w Polsce są niższe od unijnej średniej (i w niczym nie zmienia tego wyliczanka redaktora Piotra Skwirowskiego w „Gazecie Wyborczej” z 25 lutego). Prawo podatkowe powinno być lepiej zbudowane, podatki pośrednie powinny być niższe (VAT), kwota wolna od podatku powinna być wyższa, ale udział podatków w PKB jest wyraźnie niższy od średniej UE. Szpitale nie powinny pracować jak fabryki, prywatna służba zdrowia prowadzi do wzrostu, a nie do zmniejszenia wydatków na nią (vide USA) – wystarczy zobaczyć, jak długo czeka się na wizytę u prywatnych świadczeniodawców, żeby dojść do wniosku, że sprywatyzowanie ochrony zdrowia nie jest panaceum, które zadowoli Polaków.

Klasyczny dla biznesu był też fragment, który dał tytuł temu wywiadowi. Według Bochniarz biznesu w Polsce nie stać na etaty, nietrwałe stosunki cywilnoprawne to droga, z której się już zejść nie da. Dla pani prezydent flexicurity to elastyczność rynku pracy, do której tęsknią przedsiębiorcy. To oczywiste nieporozumienie. Flexicurity, czy elastyczność rynku pracy i bezpieczeństwo pracownika, to wspaniały system wypracowany w Danii, ale wymaga wysokich podatków, na które „Lewiatan” się przecież nie godzi…

Jak widać żadnego zaskoczenia, a jeśli już, to negatywne.

Ale była też końcówka wywiadu, w której szefowa „Lewiatana” brzmiała jak alterglobalistka. Niezwykle mocno i pozytywnie mnie swoimi poglądami zadziwiła. Nazwała skandalem to, że rosną pensje menadżerskie, a w tym samym czasie zwalnia się ludzi. Uważa za niezdrowe oddalanie się zarządów i rad nadzorczych od pracowników.

Dalej jest jeszcze ciekawiej. Pani Bochniarz uważa, że powinien być ustalony górny limit zarobków zarządów, a „chciwość nie może być kierunkowskazem dla zarządzających” (sic!). Złym pomysłem na następne dziesięciolecia jest też konkurowanie za pomocą niskich kosztów pracy (a przecież tym właśnie konkuruje teraz polska gospodarka). Związki powinny być również w firmach prywatnych (a ja dodam, że powinny umożliwiać zrzeszania się prekariatowi).

Podsumowując – w końcówce bardzo odważnie i bojowo, w pożądanym (według mnie) kierunku. Jeśli to jest droga, na której może dojść do metamorfozy polskiego przedsiębiorcy, który w końcu przyzna, że podatki nie są za wysokie, a być może nawet to, że powinny być wyższe, to trzymam kciuki, żeby więcej było takich menadżerów.

Jakże inaczej brzmiał Mariusz Grendowicz. W wywiadzie oczywiście jest bardzo dużo słusznych spostrzeżeń. Trudno, żeby ich nie było w rozmowie z tak doświadczonym menadżerem, chociaż wyniki Polskich Inwestycji Rozwojowych (Grendowicz był ich pierwszym prezesem) za jego rządów nie zachwycały (delikatnie mówiąc). Nie piszę jednak tego tekstu po to, żeby głaskać rozmówców „Dużego Formatu” i „Dziennika Gazety Prawnej” po główce, więc skupię się na tym, co mnie zdenerwowało.

Według pana Grendowicza deregulacji rynków finansowych, co według mnie było jedną z przyczyn kryzysu, „nie wymyślił i nie wprowadził w życie świat finansjery, tylko politycy i nominowani przez nich regulatorzy”. I dalej: „Ale gdybym miał przyporządkować odpowiedzialność za upadek dobrego imienia banków, to 80 procent przypisałbym politykom i regulatorom, a tylko 20 procent instytucjom finansowym”.

I tutaj całkowity brak zgody. Politycy niczego sami by nie wymyślili. Zrobili to, w Wielkiej Brytanii w 1986 roku, a w USA w 1999 roku, uchylając ustawę Glassa-Steagalla i likwidując rozdział bankowości klasycznej od inwestycyjnej, dlatego że sektor finansowy tego chciał. A lobbyści opłacani przez ten sektor spowodowali, że zarażeni przez nich ideą deregulacji politycy ją przeforsowali. Dlatego też według mnie mało świadomi politycy są odpowiedzialni może w 20 procentach za obecny stan rzeczy, a w 80 procentach odpowiedzialny jest sektor finansowy.

Prezes Grendowicz mówi też o braku wiedzy dyrektorów banków, którzy nie mieli pojęcia, jakie skomplikowane produkty finansowe sprzedają. Nie wykluczałbym, że to jest prawda (chociaż brzmi dziwacznie), ale jeśli to jest prawda, to kto jest winien awansowaniu ignorantów? Krasnoludki? Rząd i regulatorzy? W sposób oczywisty winny jest sam sektor finansowy (jeśli rzeczywiście awansowano ignorantów).

Grendowicz twierdzi też, że to po zeszłorocznej wypowiedzi prezesa NBP Marka Belki (zachęcał do rozwiązania problemu kredytów walutowych) banki wyhamowały sprzedaż takich kredytów. To już całkowite nieporozumienie – przecież to Komisja Nadzoru Finansowego swoimi decyzjami, poczynając od 2006 roku, hamowała, a w końcu praktycznie zakończyła udzielanie tego typu kredytów.

Jak widać, łatwiej jest szukać winy u polityków i regulatorów niż we własnym ogródku.

I w końcu najbardziej bulwersująca sprawa. Prezes retorycznie pyta (odnosząc się do wypowiedzi Marka Belki twierdzącego, że banki są w pewnym sensie częścią państwa i mają nie tylko prawa, ale i też poważne obowiązki): „W stosunku do którego państwa mają mieć zobowiązania? Jeśli polski bank-córka jest częścią zagranicznej grupy bankowej, której centrala znajduje się w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii, i grupa ta skorzystała ze wsparcia tego państwa, to czy przypadkiem nie w stosunku do Niemiec czy Wielkiej Brytanii?”.

Wynikać ma to niby z tego, że podczas kryzysu bankowego to właśnie rządy tych państw ratowały swoje banki. To prawda, ale gdyby nie uratowały, to zbankrutowałyby centrale banków, a nie polskie banki mające osobowość prawną i będące osobnymi podmiotami, o czym prezes doskonale wie, bo sam takimi bankami kierował. Upadła centrala (a raczej syndyk masy upadłościowej) mogłaby tylko sprzedać polski podmiot innej firmie. Polskie banki nic rządom innych państw nie są winne. Nie dostały od nich ani grosza.

Jakie wnioski można wyciągnąć z tych dwóch wywiadów? Pewnie bardzo różne. Dla mnie takie, że są menadżerowie, którzy widzą, że żyjemy w interregnum. Kształtuje się nowy porządek świata, w związku z czym trzeba zmieniać poglądy, dopasowując do szybko zmieniającej się rzeczywistości. Są też jednak i tacy, którym przychodzi to z trudnością, a winy własnej grupy zawodowej zdecydowanie nie chcą zobaczyć. Pozostaje trzymać kciuki za to, żeby tych pierwszych było więcej.

Czytaj także:
Łukasz Komuda: Kogo reprezentuje Lewiatan?
Agata Chełstowska: Etatów (dla kobiet) nie będzie!

Bio

Piotr Kuczyński

| Analityk rynku finansowego
Analityk rynku finansowego, główny analityk firmy Xelion. Współautor, razem z Adamem Cymerem, wydanej nakładem Krytyki Politycznej książki "Dość gry pozorów. Młodzi macie głos(y)". Felietonista Krytyki Politycznej.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.