Felieton

Nie uciekajmy do lasu, dziewczyny!

fuga

Dlaczego w roku 2018 serwuje się nam starą, skompromitowaną prawdę, że jedyna dostępna kobiecie obrona to szaleństwo, fuga dysocjacyjna, ucieczka histeryczna? Olga Wróbel pisze o „Fudze” Agnieszki Smoczyńskiej.

Ostrzegam: tekst opisuje całość filmu, wraz z finałem.

Otwarcie Fugi jest świetne. Długie ujęcie pokazuje plecy blondynki w brudnym prochowcu, która chwiejnym krokiem przemierza tunel Dworca Centralnego w Warszawie. Opiera szponiaste dłonie na krawędzi peronu, niezbornym ruchem gramoli się tuż pod stopy czekających na pociąg. Wstaje, robi kilka kroków na wykrzywionych obcasach, potem kuca i absolutnie beznamiętnie sika na posadzkę. Ludzie odsuwają się w zgodnym, stadnym odruchu.

Przeskakujemy dwa lata do przodu. Ta sama kobieta, ale z mocno posiniaczoną twarzą, ląduje w gabinecie lekarskim. Nie odpowiada na pytania, nie nawiązuje kontaktu wzrokowego. Lekarz składa jej propozycję – albo odpowie za napaść na funkcjonariusza, albo wystąpi w programie telewizyjnym o osobach zaginionych. Dziwna alternatywa, nie wiedziałam, że mamy takie furtki w prawie, ale dopowiadam sobie, że pewnie lekarz może zadeklarować policji, że jest niepoczytalna – czy coś. Podkreślam to, bo takich CZY COŚ jest w Fudze więcej.

Bohaterka, nazywająca siebie Alicją, zasiada więc na telewizyjnej kanapie. To nie jest już blondynka w prochowcu. Ma krótkie, ciemne, potargane włosy, zero makijażu, przybrudzoną dżinsową kurtkę i obcisłe legginsy w panterkę, na skroni wyraźnie widać świeżą bliznę – na tyle wymowną, żeby zaznaczyć: prowadziłam niebezpieczne życie, na tyle dyskretną, żeby nie szpecić.

Dowiadujemy się, że „Alicja” cierpi na fugę dysocjacyjną – nic nie pamięta. Reszta definicji zaburzenia nie pada, bo mogłoby to zepsuć suspens filmu (fuga wiąże się zazwyczaj z potrzebą zdystansowania się od bolesnych wydarzeń). Nie pojawia się też drugi wariant nazwy, czyli ucieczka histeryczna. Słowo „histeria” ma nieprzyjemny kontekst historyczny – wędrującą macicą, która miała być jej przyczyną, tłumaczono w XIX wieku wszelkie możliwe odstępstwa od społecznej normy. Kobieta nie chce mieć rodziny? Wędrująca macica. Ma rodzinę, ale coś jej ciągle nie pasuje? Wędrująca macica. Słabo odnajduje się w rzeczywistości, zgłasza pretensje? Wędrująca macica, oczywiście. O tym, jak histeryczki leczono, jak pokazywano je w literaturze medycznej i w ikonografii, jak lekarze-mężczyźni budowali na nich swoje kariery, napisano już niejeden tom. Podsumowując: histeria to termin mocno skompromitowany, dysocjacja brzmi znacznie lepiej.

Opowieść o zwyczajnym szaleństwie

Do programu dzwoni mężczyzna, który przedstawia się jako ojciec zaginionej. Alicja to Kinga Słowik, matka i żona, która zniknęła z rodzinnego domu na Dolnym Śląsku dwa lata temu. Prowadząca jest wzruszona, głos ojca drży. Alicja-Kinga patrzy przed siebie, na jej twarzy nie ma śladu emocji. Nie ma ulgi, towarzyszącej odzyskaniu tożsamości. Nie ma strachu przed powrotem do życia, od którego prawdopodobnie chciała się odciąć. Zresztą Alicja go nadal nie pamięta.

Alicja-Kinga patrzy przed siebie, na jej twarzy nie ma śladu emocji. Nie ma ulgi, towarzyszącej odzyskaniu tożsamości.

Alicja-Kinga, dostarczona przez lekarza na Śląsk, zasiada przy rodzinnym stole. Stanowi jaskrawy kontrast dla matki z perłami na szyi i wymalowanej siostry ze starannie ułożonymi na ramionach lokami. Przechadza się po pokojach, pali papierosa, jakby chciała go zjeść. Nie wdaje się w konwencjonalne rozmowy nad rosołem, męża i synka traktuje obojętnie. Najbliżej jej do babci, która prezentuje oznaki demencji i też nie bardzo wie, po co to wszystko. Przytulana, stoi sztywno i nie oddaje uścisków. Nie ułatwia. Zaczynam nerwowo kręcić się w kinowym fotelu.

Kolejne sceny: Alicja-Kinga niechlujnie je ptysia, oblizuje palce z kremu, brudzi ciastkiem drzwi ojcowskiego samochodu. Pali łapczywie. Odmawia założenia innych ubrań niż swoje menelsko-punkowe, aktualnie w praniu, goła i obojętna stoi na środku pokoju, patrząc na krzątających się rodziców, na dziecko, na męża. Używa brzydkich wyrazów. Pali łapczywie. Kiedy zasypia, śni jej się błoto, ziemny grób. Kiedy poddaje się tomografii, na obrazie mózgu widzimy pączkujące dziko rośliny, roztapiające nieomalże kliszę. Hipnotycznie tańczy w barze, a potem na parkingu obciąga mężowi w samochodzie, on dyszy lekko zażenowany, ale nie może nie poddać się tej jakże wyuzdanej rozkoszy i aaaaaargh, dochodzi w ustach żony-nie-żony, a potem zostaje sam ze swoim konwencjonalnym wstydem, bo Alicja-Kinga pali łapczywie na parkingu.

Wiolka, Wiolka, co z ciebie wyrośnie?

Smoczyńska garściami czerpie z psychoanalizy. Jest rok 2018, a ja czuję się, jakbym oglądała ekranizację freudowskich rojeń pomieszaną z Antychrystem von Triera – zresztą za domem bohaterów majaczy Sobótka, mamy więc odniesienie do pogańskich obrzędów. Mówiącego lisa w pobliskim zagajniku nie stwierdzono. Ucieczka Kingi od opresyjnej rodziny i przemiana w Alicję (druga strona lustra, wszyscy zrozumieli nawiązanie??) rysowana jest potwornie grubą kreską. Wy nosicie ubrania, ja będę goła, z łonem zarośniętym gęstymi włosami. Siostra ma zrobione tipsy, a ja ogryzione paznokcie z odpryskującym lakierem. Wy w czapkach, a ja z gołą głową. Wy zupę srebrną łyżką z porcelany, a ja ptysia palcami wycieranymi w kurtkę i tapicerkę. Całujecie mojego syna, a ja go nawet nie dotknę. Uczycie go czytać, a ja zabawiam go ryżem, wysypywanym na czystą posadzkę i świeże pranie. Udomowione blondynki, niebezpieczna brunetka. Kochanka męża gotuje obiad, ja nawet nie dotykam garnków, jestem dziką kobietą, która wyrwała się ze społeczeństwa, widzę, że się mnie boicie, wspaniale, bo dzikich kobiet bać się należy. Wyrządziliście mi krzywdę, ale ja uciekłam od was w fugę dysocjacyjną. Nie chcę być żoną, matką, córką, dobrym dzieckiem, które pełnym żalu głosem wspomina prasująca spodenki od dziecięcej piżamy matka. Prasowanie piżamy dziecka, głupszej roboty w domu już chyba nie ma. Ale mnie to nie obchodzi. Jestem dumną histeryczką!

Społeczeństwo widziane z perspektywy kuchni [rozmowa z Kristiną Sandberg]

Mam do Smoczyńskiej ogromny żal za tę kliszę podłożoną pod każdy kadr Fugi. To dobrze, że reżyserka pokazuje kobietę, którą uwiera rola społeczna i jestem nawet w stanie powstrzymać proletariacki gniew, zdusić w sobie irytację faktem, że rodzice Kingi mają w domu palmiarnię, że ona sama mieszka w dizajnerskim domu pod lasem, postawionym najwyraźniej za pieniądze męża-budowniczego-jachtów (Kinga jest nauczycielką geografii, więc umówmy się, że jej pensja starczyć może najwyżej na tydzień ogrzewania posiadłości złożonej z okien i betonu). Okej, złota klatka. Pieniądze szczęścia nie dają, rozumiem, chociaż nie ukrywam, że z przyjemnością zobaczyłabym mniej wydumane okoliczności buntu. Ale dlaczego w roku 2018 serwuje się nam starą, skompromitowaną prawdę, że jedyna dostępna kobiecie obrona to szaleństwo, fuga dysocjacyjna, ucieczka histeryczna?

W kulminacyjnym momencie dowiadujemy się, że dwa lata temu mąż Kingi złożył pozew o rozwód i chciał zabrać jej dziecko, a ona (szalona) wsiadła do samochodu ze śpiącym synem, gaz do dechy, wpadła w poślizg na leśnej drodze, zobaczyła ciało dziecka leżące na poboczu, uznała, że je zabiła, i oszalała jeszcze bardziej, pobiegła do lasu, położyła głowę na torach, nie wie, co się z nią działo potem.

Reżyserka i scenarzystka fundują nam w tym momencie lawinę symboli, które zupełnie znoszą rozumową analizę świata przedstawionego. Mąż Kingi prowadzi ją w nocny las, w którym zdarzył się tamten wypadek. Mroczny las, podświadomość, rozumiecie? Pod skałą, w zgniłych liściach, leży płyta nagrobna z napisem „Kinga Słowik, mama”. „Jak miałem mu inaczej wytłumaczyć, że od nas odeszłaś? Nie szukałem cię, bo zmarłych się nie szuka” – mówi dobitnie Mężczyzna. Symbolizm, symbolizm. Szalona kobieta jest martwa dla społeczeństwa, dla rodziny, przytrzaśnięta kamieniem, niech leży w grobie i nie wyłazi.

Ale przecież wcześniej Kinga nie była zła, nosiła prochowiec i farbowała włosy, pracowała w szkole (instytucja przekazująca wartości i społeczny paradygmat), w dodatku uczyła geografii, a więc odnajdowania się w subiektywnie podzielonej przez człowieka przestrzeni świata. Uciekała, chcąc ocalić rodzinę i więź z synem. Może i była nieszczęśliwa, ale chyba nie okazywała tego zbyt mocno? Dlaczego więc rodzina nie uznała, że jej wypadek był rzeczywistym poślizgiem na drodze? Dlaczego – skoro chłopiec prawie zginął – Kingi nie szuka prokurator? Po co ten udawany grób? To nie ma sensu, nawet w rzeczywistości Fugi. Ale co tam, jest SYMBOL, dodatkowa warstwa krzywd. A więc mnie zabiliście. A więc to tak działa wasz świat. A więc nic nie jestem wam winna.

W finale wiemy już, że Kingi nie ma i nie będzie. Alicja odbywa filozoficzną rozmowę z synem i odchodzi, jakże znacząco, na przełaj, przez pola, w stronę Sobótki, chociaż asfaltowa droga zaczyna się tuż za furtką. Mąż pogodził się z tym, że tak musi być, patrzy za odchodzącą kobietą jasnymi oczami. Rany uleczone, gorycz wyssana. Zza chmur wychodzi słońce. Jutro pewnie przyjdzie kochanka i ugotuje pomidorową.

Berlińska depresja [fragment książki Andy Rottenberg]

A właśnie, kochanka. Zabolał mnie sposób, w jaki pokazane są w Fudze siostra Alicji-Kingi i kochanka męża, będąca jednocześnie dawną koleżanką z pracy. Wtłoczone w garsonki, w makijaże, traktowane oschle lub chamsko przez mężczyzn, służą tylko jako kontrast dla wyzwolonej-przez-obłęd bohaterki, która ma dla nich zero współczucia. Spodziewałam się, że Alicja w którymś momencie ich dotknie, dosłownie albo – niech będzie – symbolicznie, sięgnie ponad przepaścią i powie „Jesteśmy razem w tym paskudnym świecie, sztama”. Nic takiego się nie dzieje. Emancypacja przez szaleństwo jest jednostkowa, a kobietami, które się na nią nie zdobyły, można swobodnie gardzić. Niech smażą kotlety, myją nasze gary, pocieszają naszych mężów i synów. Dobrze im tak.

Mnie za to źle, bo chciałabym zobaczyć na ekranie kobietę, która odrzuca dotychczasowe życie, ale nie musi za to płacić szaleństwem. Chciałabym zobaczyć film o kobiecie, która działa, a nie ucieka, która wymusza zmianę zamiast biec do lasu i tarzać się w błocie. Smoczyńska i Muskała (autorka scenariusza i odtwórczyni głównej roli) , nurzając Fugę w psychoanalitycznych symbolach, robią sprytny unik – czy możemy do ich filmu przykładać rozumowe oceny i analizy? Przecież to baśń, przecież to metafora, Karolina Korwin-Piotrowska pisała już o dybuku, Smoczyńska w wywiadzie opowiada o onirycznym domu pod lasem, wyłączonym z rzeczywistości (aż dziw, że nie ma sceny, w której Alicja-Kinga schodzi do piwnicy).

Pustkowiak: W życiu jestem bardzo miła, w pisaniu bardzo niemiła

A ja pytam uparcie: skoro rozmawiamy o ucieczce w dzikość, to może porozmawiajmy o jej prawdziwej cenie? Co działo się z Alicją przez dwa lata, które minęły między wypełznięciem z chtonicznej czeluści dworca a powrotem do domu? Zakładam, że błąkała się po ulicach, prowadziła egzystencję osoby bezdomnej, bez rodziny, bez pieniędzy. W takim razie życie obeszło się z nią łaskawie, parę siniaków i estetyczna blizna w okolicy łuku brwiowego. Nie muszę chyba wyjaśniać, że nie jest to realne doświadczenie kobiety w kryzysie bezdomności, że prawdziwe Alicje miałyby dużo większe zmartwienia niż dociekanie, czy kochały męża. Dla nich ucieczka mogłaby zakończyć się śmiercią, chorobą, gwałtami, molestowaniem, a nie samopoznaniem i wyzwoleniem.

Jestem pewna, że wiele osób obejrzy Fugę i padnie z zachwytu, bo wreszcie mamy przełomowy film o kobiecej naturze, bla bla. Ja natomiast jestem zdegustowana ubieraniem w nowe dekoracje podniesionej do rangi archetypu opowieści o kobiecie, która „musi odejść od zmysłów, by nie zwariować”. Wprawdzie na koniec pojawia się lekki twist – Alicja nie zostaje zamknięta w zakładzie i poddana kuracji lodowatymi biczami wodnymi, może odejść i jej mąż to akceptuje. Alleluja, chwalić dobrego pana.

Naprawdę duchy kobiet nic ciekawego nie mają nam do powiedzenia?

Dzisiaj mamy inne narzędzia walki o swoje prawa i inne możliwości sterowania życiem. Być może jednak konsekwentna, uparta, męcząca szarpanina jest trudniejsza do pokazania niż jednorazowe zerwanie więzów i indywidualistyczne postawienie się poza nawiasem społeczeństwa. Popatrzmy na kobiety angażujące się w polskie #metoo – na Maję Staśko, na Patrycję Wieczorkiewicz, Dominikę Dymińską, Agnieszkę Ziółkowską, Sarę Czyż, na założycielki Aborcyjnego Dream Teamu – Natalię Broniarczyk, Justynę Wydrzyńską, Karolinę Więckiewicz. Praca u podstaw jest zawsze mniej spektakularna niż romantyczne, nihilistyczne odloty. Gorzej komponuje się w kadrach.

Aborcja bez tłumaczeń i bez wstydu [rozmowa z Karoliną Więckiewicz]

Nie uciekajmy do lasu, dziewczyny. Walczmy w swoich domach, na swoich podwórkach, w rodzinnych oranżeriach. Nie oddawajmy tego terenu, on jest nasz. Zmieniajmy i burzmy od środka. Może przy okazji wymieciemy trochę klisz, które są najwyraźniej nie do zdarcia.

PS Ciekawym tematem wyłaniającym się z młodego kina kobiecego jest porzucanie rodziny, szczególnie dziecka – myślę tu o Wieży. Jasnym dniu Jagody Szelc, którego porównanie z Fugą to temat na osobny felieton.

Prawa wyborcze nie były prezentem dla kobiet

Bio

Olga Wróbel

| Kulturoznawczyni, autorka komiksów
Kulturoznawczyni, autorka komiksów, pracownica muzeum. Prowadzi (wraz z Wojciechem Szotem) bloga książkowego Kurzojady.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.