Felieton

Zobaczymy się w Rosji

Patrzę na tłum na Krymie i przestaję się dziwić, dlaczego to wszystko tak łatwo im przechodzi przez gardło.

Wsiadając do pociągu Kijów – Symferopol, czuję się przestępcą. W domu zostało wszystko, co mogłoby ujawnić jakiekolwiek powiązania z Majdanem. Z komputera usunięto kompromitujące zdjęcia i filmy. Legitymacje prasowe schowane, by nie zostały ujawnione przy przeszukaniu. Sprawdzono kieszenie, czy coś przypadkiem nie zdradza, czym zajmowałem się przez trzy ostatnie miesięcy. Ale nie da się wszystkiego przewidzieć. Już po powrocie z Krymu dowiedziałem się, że jeden aktywista został zatrzymany na „granicy” z Krymem i był torturowany przez kilka dni, bo miał w telefonie nieusunięte SMS-y z jednej z rozsyłek telefonicznych Majdanu. 

„Samoobrona Krymu” nad ranem przeszukuje pociąg na stacji Dżankoj – pierwszy przystanek po wjeździe na półwysep. Tu po raz pierwszy słychać jakikolwiek przejaw świadomości obywatelskiej wśród pasażerów – przez cały wieczór w drodze rozmowy polityczne starannie omijano, co w tej chwili na Ukrainie jest dosyć trudnym zadaniem. Kiedy do wagonu wchodzi samoobrona, z sąsiednich przedziałów słychać okrzyki: „Kim państwo jesteście?”; „Ja również proszę o pokazanie paszportu!”; „Dlaczego z wami nie ma pracowników milicji?”. Oburzają się przede wszystkim rdzenni mieszkańcy Krymu, którzy pewnie mają te same poglądy co „samoobrona” – pasażerowie bez rejestracji krymskiej siedzą cicho, bo wiedzą, że ich podróż może łatwo skończyć się tutaj, w Dżankoju.

Krymianie natomiast wymagają zachowania przynajmniej pozorów przyzwoitości. Mogą przez całe życie marzyć o przyłączeniu się do Rosji, ale jako mieszkańcy Ukrainy są przyzwyczajeni do pewnego minimum w traktowaniu ich jako ludzi. To minimum, które jeszcze mają, wcale nie broni ich oczywiście przed codziennym nawet gwałceniem swobód i praw – dlatego są tak wkurzeni na Ukrainę, dlatego wymyślili sobie jakąś Rosję, gdzie dopiero będą mieli szczęście. To minimum jednak daje im odwagę przez chwilę chociażby stawić czoło facetowi w dresie, który włamuje się rano do ich przedziału sprawdzać paszporty. A może stawiają mu czoło po prostu dlatego, że jest w dresie, a nie w stroju niezidentyfikowanych „zielonych ludków”, których zobaczymy dopiero na peronie.

Facet z „samoobrony Krymu” sprawia wrażenie autentycznego „zaniepokojonego lokalnego mieszkańca”, któremu zależy na tym, żeby jego ziemi nie deptali terroryści z Prawego Sektora. Widocznie różni się od dwóch innych „pokojowych sił”, które pojawiły się na Krymie, by bronić go przed tą efemeryczną organizacją, którą Kreml musiałby wymyślić, gdyby nie istniała (albo gdyby jej nie powołał do życia). Te dwie siły – kubańscy Kozacy oraz „zielone ludki”, czyli rosyjscy żołnierze bez oznakowań – są dokładnym, choć nieco karykaturalnym odbiciem fantazji o „bojownikach z Majdanu”, lecz z przeciwnego bieguna.

Portretując zmilitaryzowanych aktywistów Majdanu, rosyjska telewizja twierdzi, że są to uzbrojeni po zęby bojownicy, wyszkoleni w specjalnych obozach w Polsce i na Litwie. Mamy zatem prewencyjną, „symetryczną” odpowiedź na ich rzekomą krymską inwazję. A że nikt nie wierzy, że są to po prostu kadrowi żołnierze wojska rosyjskiego? To spróbujcie przekonać widza telewizji rosyjskiej, że na Majdanie nie walczą ksenofobiczni terroryści. Tym bardziej że dzięki staraniom Prawego Sektora i związanych z nim służb specjalnych trudno przekonać o tym nie tylko widza telewizji rosyjskiej, ale też czytelniczkę Dziennika Opinii.

Wyższa szkoła symetrii tak naprawdę dopiero powstaje, i Krym jest jej czołowym laboratorium.

Na wiecu zwolenników referendum – w odróżnieniu od akcji jego przeciwników – nie słychać przemówień, skandowania, prawie nie widać i nie słychać żadnych haseł (jeśli nie uznać za nie okrzyku „Ro-si-ja”). Słychać natomiast rosyjskie czastuszki w wykonaniu ludowych zespołów republiki Tatarstanu. To święto tolerancji kończy się jednak, gdy na scenie pojawia się trzech facetów w strojach bohaterów z dawnych rosyjskich bajek. Zaczynają się śpiewy o tym, że żyjemy na ziemi ojców, Kaukaz chce naszej krwi, a Chiny – naszej ziemi. Pojawia się kolejny zespół, śpiewający „Rosjanin, Rosjaninowi pomóż”. Ubrani w czarną skórę faceci nieruchomo stoją na scenie, trzymając flagi z Chrystusem.

„Wszyscy na referendum! Już jutro! Zobaczymy się w Rosji!” – woła prowadzący koncertu. Patrzę na tłum – emeryci, ale też trochę młodzieży, trochę krymskiej klasy średniej – i przestaję się dziwić, dlaczego to wszystko tak łatwo im przechodzi przez gardło. To, co dzieje się na scenie, jeszcze niedawno części z nich na pewno nie przypadłoby do gustu. Tak samo jak wielu z nas jeszcze niedawno nie wyobrażało sobie pojawienia się na jednym wiecu ze Swobodą. Majdan wszystko zmienił. Tolerowaliśmy wystąpienia patologicznych rusofobów i koncerty faszyzujących zespołów. Pisaliśmy, że Majdan to cud polityki demokratycznej, choć „podejmowanie decyzji” na niedzielnych „wiecach narodowych” Majdanu nie różniło się niczym od „wyborów prezydenta Sewastopola”, od których zaczęła się secesja Krymu: odbyły się na głównym miejskim placu drogą zbiorowego pohukiwania i podniesienia rąk. Tolerowaliśmy pokazy siły na Majdanie, jeszcze kiedy nie była ona niezbędna.

Wynik – flaga rosyjska pełni w ręku mieszkańca Krymu tę samą funkcję, co flaga Unii Europejskiej w ręku mieszkańca Kijowa. Szkoda tylko, że wszystkie inne flagi niedługo zostaną tutaj zakazane.

Bio

Oleksij Radynski

| Publicysta i filmowiec (Kijów)
Filmowiec dokumentalista, członek zespołu Centrum Badań nad Kulturą Wizualną w Kijowie. W latach 2011-2014 redaktor ukraińskiej edycji pisma Krytyka Polityczna.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.