Felieton

Filmowe plamki ślepe

Festiwal DOK Leipzig – jeden najważniejszych na świecie przeglądów filmu dokumentalnego – poświęca szczególną uwagę filmom z Europy Wschodniej. W tym roku, gdy podział Europy na Wschód–Zachód znów daje o sobie znać, na festiwalu nie zabrakło filmów wadzących się z nową polityczną rzeczywistością.

Co ciekawe, mistrzowie filmu dokumentalnego, którzy podjęli ten temat, pozostali ślepi na najbardziej oczywiste źródła europejskiego kryzysu. Chodzi przede wszystkim o współudział (mniej lub bardziej świadomy) elit – w tym elit artystycznych – w tworzeniu warunków społecznych, które umożliwiły populistyczny zwrot w europejskiej polityce.

Na otwarciu festiwalu odbyła się europejska premiera filmu Meeting Gorbachev w reżyserii Wernera Herzoga oraz jego wieloletniego producenta André Singera. Film powstał w wyniku kilku spotkań klasyka kina niemieckiego z ostatnim przywódcą ZSRR, który mieszka dziś w odosobnieniu pod Moskwą. Dziś w Rosji Gorbaczow jest chyba najmniej lubianą postacią, co mocno kontrastuje z podejściem Wernera Herzoga. To jest ten przypadek, gdy bezgraniczna miłość reżysera do swojego protagonisty po prostu przeszkadza mu zrobić wiarygodny film. Herzog tworzy dzieło hagiograficzne, w którym nie pada żadne niewygodne pytanie. Jednak nawet na pytania całkiem wygodne rozmówca Herzoga nie zawsze potrafi odpowiedzieć w sposób niebanalny.

Jedyny fragment rozmowy, który przekazuje widzom coś ważnego na temat postaci Gorbaczowa, to ten, w którym były sekretarz generalny KPZR szczerze oburza się na opinię, że Związek Radziecki przegrał zimną wojnę. Gorbaczow do tej pory żywi przekonanie, że w zimnej wojnie nie było zwycięzców ani przegranych, że skończyła się ona jakimś posthistorycznym kompromisem. Najśmieszniejsze, że Werner Herzog zdaje się z tym zgadzać, tylko że z nieuświadomionej pozycji przedstawiciela wygranej strony. Nic dziwnego więc, że film Herzoga w całości pomija wątek spuścizny czasów Gorbaczowa, czyli reżimu politycznego, który powstał w Rosji w latach dziewięćdziesiątych i rządzi tym krajem do dziś.

Glukhovsky: Putin to iluzja

Władimir Putin pojawia się w filmie tylko w jednej scenie, która przedstawia pogrzeb żony Gorbaczowa – Raisy. Jego brak – ślepa plamka Meeting Gorbachev – jest z naddatkiem rekompensowany przez inny film festiwalowy: Putin’s Witnesses Witalija Manskiego. Podobnie jak w przypadku Meeting Gorbachev dokument ten powstał w wyniku osobistych rozmów filmowca z liderem politycznym. W przeciwieństwie do Herzoga Manski nie żywi wobec swojego bohatera żadnych uczuć. Nie zaszkodziło mu to co prawda w nakręceniu propagandowego dokumentu telewizyjnego wspierającego Putina w wyborach prezydenckich w 2000 roku. Najnowszy film Manskiego powstał na bazie nakręconych wówczas materiałów.

Kulisy marketingu politycznego, które odsłania Manski, są ekscytujące. Ale komentarze, którymi reżyser opatruje swój materiał, pokazują również, w jak dużym stopniu za błyskotliwą karierę Putina odpowiadają rosyjscy liberałowie, do których zalicza się sam reżyser (który w 2014 roku udał się na emigrację polityczną). W jednej ze scen widzimy Putina – jeszcze jako kandydata na prezydenta – mówiącego do kamery, że jego najważniejszym zadaniem jest zmusić ludzi do wiary, jakoby władza działała dla wspólnego dobra. Co najbardziej zszokowało Manskiego w tej wypowiedzi? Czyżby to, że Putin niemal otwarcie przyznaje się do tego, że jego celem jest wprowadzenie obywateli w błąd? Otóż nie – w autorskim komentarzu Manski oburza się, że Putin stawia wspólnotowy interes nad interesem indywidualnym.

Wydaje się, że największym zarzutem reżysera wobec Putina jest to, że przywrócił on hymnowi Federacji Rosyjskiej melodię hymnu ZSRR. Manski uważnie przygląda się procesowi tworzenia nowego hymnu. Procesem tym sterują rosyjski reżyser Nikita Michałkow oraz jego ojciec Siergiej, autor tekstu hymnu ZSRR, którzy przedstawieni zostają jako artyści służący każdej władzy. Manski próbuje się co prawda zmierzyć z faktem, że sam nakręcił swój materiał na zamówienie polityczne, ale nie wychodzi mu to zbyt zgrabnie. Twierdzi, że do dziś może podpisać się pod każdym ujęciem filmu, który w 2000 roku zrobił na potrzeby kampanii wyborczej. Nawołuje jednocześnie publiczność do refleksji nad tym, które z jej działań – lub ich braku – przyczyniły się do obecnej sytuacji w Rosji. Argument dość słaby w sytuacji Manskiego, bo przecież nie każdy z widzów kręcił w przeszłości filmy reklamujące Putina.

Kolejnym reżyserem, który szuka odpowiedzi na współczesne pytania w archiwach, jest Ukrainiec Siergiej Łoźnica. W konkursie głównym DOK Leipzig pokazano jego najnowszy dokument pod tytułem Process. To już trzeci film Łoźnicy stworzony w tym roku, czym reżyser powtórzył sukces Krzysztofa Kieślowskiego, który w 1994 wystąpił na trzech najważniejszych festiwalach świata (Berlinale, Cannes, Wenecja) z trzema różnymi filmami.

Łoźnica cofa się w czasie dużo dalej niż Witalij Manski. Jego film w całości powstał na podstawie odnalezionych w moskiewskich archiwach relacji z procesu tak zwanej Partii Przemysłowej – jednego z pierwszych stalinowskich procesów pokazowych z 1930 roku. Historycy uważają, że został on w całości wyreżyserowany przez Stalina, a niesłusznie oskarżeni o udział w spisku antyradzieckim w swoich zeznaniach po prostu odgrywali przygotowany wcześniej scenariusz. Przez dwie godziny oglądamy, jak oskarżeni w bardzo dokładnych szczegółach opisują swoje rzekome antyradzieckie działania, które tak naprawdę nie miały miejsca.

Łoźnica zdaje się twierdzić, że w tym materiale odnalazł historyczne źródła postprawdy, czyli radykalną relatywizację rzeczywistości, która stała się jednym z naczelnych narzędzi współczesnych polityków. Problem jednak w tym, że powrotu od postprawdy do starej, dobrej koncepcji prawdy po prostu nie ma. Dobrze pokazuje to kluczowy dla filmu Łoźnicy napis informujący, że wszystkie udzielone podczas procesu informacje są fałszywe. Po dwóch godzinach słuchania w pełni umyślnych kłamstw trudno przecież uwierzyć w jakąkolwiek prawdę.

Pokazany w prestiżowym konkursie Next Masters film Jaśminy Wójcik Symfonia fabryki Ursus również zaczyna się sekwencją archiwalnych zdjęć, ale stosunek reżyserki wobec widm przeszłości jest zupełnie inny niż Łoźnicy. W filmie Wójcik tym widmem jest polska klasa robotnicza, a dokładniej byli pracownicy i pracowniczki warszawskiej fabryki Ursus, gdzie produkowano słynne polskie traktory. Symfonia fabryki Ursus powstała w efekcie wieloletniej współpracy ekipy filmowej z ofiarami jej likwidacji. Nie była to jednak typowa próba złagodzenia sztuką ran zadanych przez transformację ustrojową. W tego typu działaniach postindustrialne wspólnoty i przestrzenie stają się najczęściej materiałem do „rewitalizacji” poprzez praktyki kojarzone z „kreatywną gospodarką”.

Działanie Wójcik i jej ekipy na pierwszy rzut oka wydają się podobne: autorzy filmu prowadzili zajęcia z choreografii, śpiewu eksperymentalnego i innych gatunków sztuki partycypacyjnej dla byłych robotników fabryki Ursus. Symfonię fabryki Ursus wyróżnia jednak to, że jest tak naprawdę musicalem: za pomocą tego surrealistycznego gatunku ożywia marzenia, wspomnienia i traumy związane z fabryką. To czyni film jednym z ciekawszych komentarzy na temat współczesnego postfordyzmu  – w tym przypadku komentarzem dość dosłownym.

Nagrodę Grand Prix DOK Leipzig przyznano w tym roku włoskiemu filmowi I Had a Dream Claudii Tosi – co rozczarowuje na tle braku nagród dla filmów takich jak Symfonia fabryki Ursus czy Process. I Had a Dream opowiada historię dwóch lewicowych działaczek feministycznych związanych z włoską Partią Demokratyczną. Reżyserka śledziła ich działania od 2008 roku, kiedy po sukcesie w wyborach podjęły walkę z systemem Berlusconiego, aż do dziś – czasu wielkiego rozczarowania. Podobnie jak Herzogowi reżyserce zabrakło krytycznego stosunku do swoich bohaterek. A szkoda, bo mógłby powstać ciekawy film o cenie, którą płacimy za kompromisy polityczne. W jednej ze scen filmu widzimy na przykład, jak łatwo jedna z działaczek zgadza się na ksenofobiczną poprawkę zgłoszoną przez przedstawiciela Ligi Północnej do ustawy broniącej praw kobiet. To jasne, że prawa kobiet w tej konkretnej sytuacji były ważniejsze od praw migrantów – ale sukces włoskiej skrajnej prawicy polegał właśnie na wymuszaniu tego typu ustępstw.

Włochy? Tu prawie każdy jest prekariuszem

Najbardziej zadziwiający jest jednak final filmu Tosi, w którym dwie bohaterki przyznają się do całkowitej porażki, dodając, że jako feministki nie mają nawet komu – i to w dobie rozkwitu nowych ruchów kobiecych! – przekazać pałeczki. Film z pewnością powinien obejrzeć każdy, kto po ostatnich wyborach w Polsce ma nadzieję na skuteczne działanie samorządów – jest niemal instrukcją, jak nie odnieść porażki w polityce lokalnej – porażki, która położyła kres karierom politycznym bohaterek filmu… Wystarczy być czujnym na swoje ślepe plamki.

Bio

Oleksij Radynski

| Publicysta i filmowiec (Kijów)
Filmowiec dokumentalista, członek zespołu Centrum Badań nad Kulturą Wizualną w Kijowie. W latach 2011-2014 redaktor ukraińskiej edycji pisma Krytyka Polityczna.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.