Felieton

Varoufakis ma plan

Varoufakis napisał już książkę o gospodarczym Minotaurze. Jeśli uda mu się zbudować ruch, który potwora ujarzmi, to o nim historia będzie pisać legendy.

Janis Varoufakis ma plan. Ma też wpatrzonych w niego zwolenników i polityczną opowieść o tym, że Europa nie tylko może, ale i musi być zbawiona. Jedno pytanie na dzisiaj brzmi, czy plan, zwolennicy i narracja złożą się na ruch – bo ten jest dopiero „w fazie koncepcyjnej”. A drugie – czy ten ruch faktycznie wystarczy, by wymusić polityczny zwrot na miarę Rooseveltowskiego Nowego Ładu z lat 30. Bo właśnie o to – a nie o wyśnioną rewolucję prekariacką na gruzach upadłego Imperium Europa – zdaje się Varoufakisowi chodzić, niezależnie do tego, na ile dobrze rozumieją to jego wyznawcy.

Plan jest (teoretycznie) prosty i bazuje na dość konsekwentnie czytanej teorii ekonomicznej; raczej tej od Keynesa niż od Marksa i to raczej technokrata z Cambridge niż rewolucjonista z Trewiru – mimo retoryki „wojny klasowej”, demokracji horyzontalnej i przywracania polityki ludziom – patronuje całej wizji byłego ministra finansów Grecji.

Zacznijmy od ekonomii: recesja i bezrobocie w strefie euro wynikają z niedostatku inwestycji. To banał, ale od niego ważniejszy jest konkretny pomysł: lukę produkcyjną (różnicę między aktualnym poziomem inwestycji a takim, który zapewnie zatrudnienie bliskie pełnemu) wypełnić mają (i tym samym rozkręcić gospodarkę do pełnych obrotów) inwestycje publiczne prowadzone przez Europejski Bank Inwestycyjny. Inwestycje na ogromną skalę, bo Varoufakis mówi o 5 procentach unijnego PKB. Sfinansować je mają obligacje, których gwarantem byłby z kolei Europejski Bank Centralny.

Życzliwi powiedzą, że to keynesowska polityka fiskalna, która nie tylko przyniesie impuls koniunkturalny (praca!), ale też zmianę strukturalną – bo EBI miałoby finansować „zielony Nowy Ład”.

Krytycy – że żelazne prawa ekonomii ukarzą drukarzy pieniędzy (i obywateli, wraz z ich oszczędnościami) hiperinflacją.

W obecnych warunkach (a do nich odnosi się Varoufakis) hiperinflacja to jednak o tyle widmowe zagrożenie, że gospodarki UE mają ogrom niewykorzystanego potencjału produkcji. Przede wszystkim w postaci milionów bezrobotnych z najlepiej wykształconego pokolenia w historii. Drukowany pieniądz staje się „pusty” dopiero wówczas, gdy zatrudnienie jest pełne (wówczas podnosi ceny), ewentualnie, gdy zamiast sprzyjać zwiększaniu własnej produkcji finansuje zakup dodatkowych towarów z importu (wówczas zwiększa się zadłużenie).

Do pełnego zatrudnienia nam jednak bardzo daleko, a bilans handlowy UE jest dziś bliski równowagi; co więcej, ewentualny spadek wartości euro względem innych walut (możliwy skutek planu Varoufakisa) sprzyjałby raczej eksportowi, a zniechęcał do kupowania za granicą.

Idąc dalej, spodziewana redukcja bezrobocia wzmacnia siłę przetargową świata pracy (odwracając tendencję, w efekcie której labor isnt’t working) i zwiększa tym samym szanse na polityczne podtrzymanie polityki prowzrostowej.

No i wszyscy są zadowoleni, bo ludzie pracują, zamiast rzucać butelkami z benzyną w policję, przedsiębiorcy mają zbyt na swoje towary, Unia Europejska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej.

Proste, prawda? Niestety, jest kilka kłopotów.

Varoufakis błyskotliwie wyjaśnia, dlaczego ruchy społeczne emanujące ze świata pracy są takie słabe. Trudno, żeby były silne, skoro od lat trwa na rynkach pracy wyścig w dół, a inwestycji (poza wirtualno-realnym światem rynków finansowych) jak na lekarstwo.

Po II wojnie światowej (w USA dekadę wcześniej) ruch związkowy świata zachodniego był na fali wznoszącej: eksperci od keynesowskiego zarządzania popytem podsunęli związkowcom gotowy koncept, jak poprawić stopę życiową robotników, a elity przemysłowe gotowe były na społeczną umowę – sprawiedliwy udział w owocach wzrostu w zamian za pokój społeczny. Sprzyjały temu powojenne poczucie solidarności narodowych wspólnot, ogólne pragnienie stabilizacji i przede wszystkim widmo komunizmu plus mniej widmowe czołgi Armii Czerwonej na Łabie.

Krótko mówiąc: był pomysł na korektę kapitalizmu, były instytucje (masowe partie i związki zawodowe) gotowe o niego walczyć, była groza scenariusza alternatywnego.

Janis Varoufakis wprost odwołuje się do tamtej właśnie epoki – przypomina tragiczne w skutkach błędy niewymienionych z nazwy niemieckich socjaldemokratów i chadeków z początku lat 30., czyli cięcia budżetowe traktowane jako receptę na kryzys. Niechętnej mu prawicy przypomina zaś, że gra toczy się dziś o demokrację liberalną. Chcecie obronić swój Weimar, to zreformujcie (!) go na lewo, inaczej faszyści zrobią porządek i z wami, i z nami, i z naszą wspólną Unią Europejską. To jego alternatywne „widmo komunizmu”, nie tego z rewolucyjnej utopii Marksa, ale z koszmarów sennych powojennego establishmentu.

Nie wiadomo, czy widmo okaże się wystarczająco przekonujące – i przerażające. Może Orbana i Kaczyńskiego brukselska technokracja ani liberalne elity nie kochają, ale duży biznes i mniej poprawne politycznie media jakoś te widmowe rządy prawicy przeżyją. Zwłaszcza tej „racjonalnej”, jak Marine Le Pen czy Horst Seehofer, którzy pogonią uchodźców za Morze Śródziemne, ale kapitałowi zbyt wiele profitów nie uszczkną.

Wizja socjalnej Europy Varoufakisa teoretycznie mogłaby zjednać mu sporo przedsiębiorców, zwłaszcza tych z sektorów „realnych”, gdzie bezrobocie, ubóstwo i brak popytu to dużo większe kłopoty niż widmo inflacji i ewentualnego podwyższenia stóp procentowych. Tu jednak zapowiedziany w Berlinie projekt DiEM25 może się zderzyć z podobną ścianą, o jakiej już w latach 40. pisał Michał Kalecki. Choć w teorii wszystkim powinno zależeć na tym, by inwestycje rosły a gospodarka pracowała na pełnych obrotach, zwiększenie zakresu interwencji państwa (dodajmy: lub instytucji UE) i wzmocnienie świata pracy raczej nie będą widziane dobrze przez posiadaczy kapitału, nawet tych, którzy – jak przemysłowcy – naprawdę zasługują na miano przedsiębiorców. O rentierach nawet nie ma co w tym kontekście wspominać. A do przeciwników „opcji Varoufakisa” można jeszcze doliczyć wszystkich tych, którzy dziś forsują umowę handlowo-inwestycyjną Unii z USA – bo to w nią przede wszystkim wymierzony jest postulat transparentności, jako niezbędny punkt wyjścia do reform z Manifestu Demokratyzacji Europy DiEM25.

W obliczu słabości i dezorganizacji świata pracy (zwłaszcza w punkcie startowym pożądanej przez Varoufakisa reformy) polityczny układ sił nie przedstawia się dobrze dla postulowanego ruchu wyobrażonej lewicy transeuropejskiej. Last, but not least, warto pamiętać, że zanim Ogólna teoria… i praktyczne koncepty Keynesa zdążyły się w Europie zadomowić, ich autor zdążył umrzeć z przepracowania, a po drodze wydarzyła się II wojna światowa.

Czy współczesne elity Europy są bardziej światłe? Fakt, że Varoufakisa usilnie próbowano przedstawić jako greckiego nacjonalistę, choć tak naprawdę to radykalny zwolennik federalnej Europy socjalnej, nie sugeruje specjalnej otwartości establishmentu. Jego lewicowy euro entuzjazm może być jednak niełatwy do strawienia także dla wpatrzonych w niego fanów.

Najtrudniejszy bowiem element wizji Varoufakisa to ruch społeczny, który miałby być – w swej funkcji wymuszania zmiany – odpowiednikiem dawnej reprezentacji świata pracy. Oczywiście ruch „całkowicie horyzontalny”, demokratyczny, partycypacyjny, w którym nie będzie komitetu centralnego, a każdy uczestnik będzie nim współrządził z poziomu aplikacji w smartfonie. To język dobrze znany i lubiany wśród „postępowej młodzieży” i autor Globalnego Minotaura doskonale o tym wie. Hasła bliskie Oburzonym głosi przekonująco, w tempie karabinu maszynowego. Kłopot w tym, że hiper-horyzontalizm zapowiadanego przezeń ruchu może wejść w konflikt z wymyśloną przez niego a priori agendą – choćby i była najbardziej przekonująca dla postępowych technokratów.

Varoufakis zdaje się rozumieć – sugerują to jego analogie do lat 30. i nacisk, jaki w ekonomicznej części wywodu kładzie na rolę konkretnych instytucji – że frankfurckiej, brukselskiej czy londyńskiej technokracji lewica musi przeciwstawić technokrację własną, tyle że nastawioną na stymulowanie inwestycji, egalitarną redystrybucję, zieloną transformację, itd.

Tylko czy naprawdę horyzontalny ruch będzie na taką możliwość otwarty? Chyba, że horyzontalny naprawdę nie będzie – cynicy powiedzieliby pewnie, że najwyższą sztuką w demokracji jest przekonanie ludzi, że podrzucony im przez lidera pomysł sami wymyślili i na nim wymusili.

Wyzwań przed ruchem, którego zwiastunem było zorganizowane 9 lutego berlińskie spotkanie DiEM25 jest legion – począwszy od wzajemnego przełożenia, jeśli nie uzgodnienia perspektyw ludzi z różnych klas i środowisk, a przede wszystkim narodów i regionów Europy – przynajmniej od Lizbony po Tallin, a najlepiej po Kijów.

Nie wiem, ile radykalnych (albo chociaż progresywnych) środowisk południowej, wschodniej i północnej (!) Europy gotowych będzie walczyć wspólnie o prawdziwie „keynesowski” mandat EBC, reformę priorytetów inwestycyjnych EBI czy zmianę logiki działania Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego. I to wszystko przy zachowaniu (rozszerzeniu?) zreformowanego euro, bo przecież manifest Diem25 ma „odsiać” zwolenników powrotu do narodowych walut…

Nie wiem też, czy Varoufakisowi uda się z wyrafinowanej różnicy między „złym” establishmentem dzisiejszego Frankfurtu i Brukseli, a potencjalnie „dobrą” socjal-technokracją UE stworzyć takie napięcie, które popchnie ludzi do działania, a ruch społeczny uczyni masowym i wpływowym.

Otwarcie umysłów (a potem portfeli) establishmentu na roszczenia (brzydkie słowo, prawda?) ruchu społecznego to zadanie jeszcze trudniejsze. Możni tego świata w zasadzie nie mają czego się bać, skoro skrajna prawica to (jak zawsze) nemezis dla uchodźców, bezdomnych, kobiet i słabych mniejszości.

Wielka wędrówka ludów zepchnęła w cień, jakkolwiek niesłusznie, debatę o ekonomicznych alternatywach, która jeszcze kilka lat temu zdawała się rozkwitać.

Co to wszystko znaczy? Varoufakis napisał już książkę o gospodarczym Minotaurze, przenosząc archetyp z mitologii starożytnych Greków w XXI wiek. Współrządzona przez niego Grecja w labiryncie Minotaura się zagubiła. Jeśli jednak uda mu się zbudować ruch, który potwora ujarzmi, to o nim historia będzie pisać legendy.

Zobacz: TalkReal webshow: Varoufakis, Matias, Sierakowski, Orazzini, Marsili [rozmowa w języku angielskim]

 

**Dziennik Opinii nr 46/2016 (1196)

 

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Krzysztof Mazur

‘Nowy ład’ Roosevelta nie był zwrotem, tylko kontynuacją Hooverowskiego interwencjonizmu. I nie zakończył kryzysu. Powrót do keynesizmu oznacza powrót stagflacji, czyli bezrobocia połączonego z inflacją. Wynika to ze zmiany struktury cen, a nie podnoszenia poziomu cen, przez drukowanie pieniądza. Pompowanie pieniądza w gospodarkę oznacza sztuczne podnoszenie cen surowców oraz aktywów, w szczególności nieruchomości, co z kolei uniemożliwia efektywne inwestowanie. Jest to utrwalanie zjawisk, które doprowadziły do kryzysu. Wyjście z kryzysu jest poprzez wzrost stóp procentowych, chwilową recesję, spadek wyceny aktywów i surowców oraz pobudzenie realnych oszczędności, w miejsce pustego pieniądza z banku centralnego. Spadek wartości euro to recepta na ucieczkę kapitału, a następnie produkcji, co przerabiają USA od 1995 roku, gdy zaczęło się pobudzanie popytu (a także z przerwami wcześniej). Czy osłabienie dolara od 1995 do 2008 roku poprawiło bilans płatniczy lub handlowy USA, czy wręcz przeciwnie? Jeśli chodzi o rzekomy keynesizm powojenny, to ówczesne wydatki socjalne państw były minimalne w porównaniu z obecnymi, a większość społeczeństw stanowili młodzi pracujący, a nie emeryci-rentierzy jak obecnie. Jeśli strefa euro będzie ewoluować w kierunku socjalnym, a na to się niestety zanosi, co prawda stopniowo, to jest poważny argument, żeby do niej nie wstępować i ominąć jej przyszły kryzys. Czy europejski establishment przerzuci się na socjalne pomysły? Jeśli taka będzie moda i możliwość wykołowania konkurencji, to oczywiście tak, co nie znaczy, że w Brukseli będzie siedział Warufakis. Elity w końcu działają w swoim interesie, a nie w interesie społeczeństw.