Felieton

I oto mam okazję bronić Razem „z prawa”

Świat nie potrzebuje dziś nowej, radykalnej siły na lewicy, która zagrażałaby samemu bytowi systemu i sprawiła, że elitom by się „pod dupą zapaliło”.

Publicyści „Gazety Wyborczej” wzywają partię Razem, by porzuciła mrzonki o lepszym świecie na rzecz wspólnego frontu z PiS. Ja sam jak pijany płotu trzymam się tezy, że bez szerokiego zjednoczenia lewicy za dwa lata w tym kraju nie będzie niczego, a już na pewno nie progresywnej polityki państwa. Zdaniem niektórych obie opcje to jeden pies, w związku z czym ląduję w jednym worku z atakującymi naszych karmazynowych socjaldemokratów liberałami. Na szczęście z pomocą pospieszył mi były członek tej partii, sfrustrowany niedostatkiem jej radykalizmu – i oto mam okazję bronić Razem „z prawa”.

Liberalna strategia Razem nie działa [polemika]

Tezy autora można streścić następująco: Razem nie potrafi w swym przekazie wyjść poza retroutopię regulowanego kapitalizmu znanego z krajów Zachodu lat 60. – wizję nie tylko nieadekwatną do wyzwań, nie tylko nierealistyczną w XXI wieku w Polsce, ale też mało atrakcyjną nawet w czasach swego istnienia, czego dowodem mają być rewolucyjne wydarzenia 1968 roku. Wówczas to, twierdzi Jakub Danecki, świat miał być „o pół kroku” od rewolucji, która odmieniłaby stosunki własności (tzn. zniosła kapitalizm). Skoro Niemcom i Francuzom system wtedy się nie podobał, trudno żeby Polakom spodobał się dziś i skłonił do głosowania na Razem. Ta, niestety, za horyzont obrała sobie umiarkowane, w istocie chadeckie rozwiązania, ulegając szantażowi liberalnych mediów, którym wcale nie zależy na dyskusji o źródłach problemów naszej epoki, lecz eliminacji sił prawdziwie radykalnych. Nie bez powodu – lekcja z historii, jaką wyciągnąć powinna lewica jest taka, że świat do przodu popycha właśnie radykalny margines, dążący do obalenia systemu, zdolny osiągnąć – jeśli nie jego zniesienie, to przynajmniej istotne koncesje dla „ciężko pracujących mas”. Lepiej niż autor sam tego nie ujmę, więc przytoczą clou w całości: „Prawdziwą lekcją realpolitik jest zrozumienie, że ustępstwa kapitalizmu nie są efektem dobrej woli, a bardzo brutalnej politycznej walki na ekstremalnych końcach debaty. Kuszenie nagrodami w zamian za uległość służy wyłącznie oddaleniu konieczności zmian”. Krótko mówiąc – na barykady, drogie Razem, albo czeka cię niebyt i szklany sufit dwóch procent w sondażach.

Opozycjo, chcesz wygrać z PiS? Podziel się na pół

No to jedziemy. XIX-wieczny konserwatysta Józef Szujski pisał, że fałszywa historia to matka fałszywej polityki. Do tekstu Daneckiego pasuje jak ulał – i w ogóle, i w szczególe. W 1968 roku ani Francja, ani reszta świata nie były na krawędzi rewolucji; był to kryzys w systemie biurokratycznego, fordowskiego kapitalizmu, który coraz gorzej sobie radził z akumulacją kapitału i zarazem coraz mniej odpowiadał rozbudzonym aspiracjom obywateli (zwłaszcza młodzieży i kobiet). A skąd to wiemy, że do zmiany stosunków własności było jednak więcej niż „pół kroku”? Po pierwsze, po reakcji społeczeństwa i państwa. Na manifestację poparcia dla de Gaulle’a przyszło milion ludzi. Niech będzie, że strasznych mieszczan, niemniej na ulicę wylegli, by bronić status quo. Była jeszcze armia francuska, był kurs franka, którym otoczenie mogło francuską gospodarkę z jej fabrykami zabić. O tym, jak bardzo daleko było do krawędzi, świadczy też prosta statystyka – w trakcie wypadków majowych zginęła jedna osoba, kilka lat wcześniej demonstrujący Algierczycy spłynęli Sekwaną w liczbie kilkuset. I także kilka lat wcześniej wobec skrajnej prawicy stosowano tortury i skrytobójstwo, a antypaństwowych buntowników z OAS skazywano na karę śmierci – to wszystko dobrze pokazuje, czyjej rewolty ówczesne państwo francuskie bało się naprawdę.

Po drugie, wiemy po owocach. Świat nie przypadkiem zapamiętał z Maja głównie studentów i seks – bo dalekosiężne (i jakoś zbieżne z intencjami autorów) skutki buntu to zmiana modelu rodziny z hierarchicznego na partnerski, równouprawnienie kobiet, dowartościowanie aspiracji jednostek i generalnie – indywidualizacja ludzkich aspiracji i horyzontów, choć nie w duchu dezalienacji, lecz nowego konsumpcjonizmu. A także podglebie pod demontaż państwa opiekuńczego jako hierarchiczno-biurokratycznego molocha, którym faktycznie było. Pochód neoliberalnego kapitalizmu na gruzach dawnych struktur to z pewnością niezamierzona konsekwencja tamtych wydarzeń, ale przywołanie ich na wstępie radykalnego manifestu średnio się broni jako argument na rzecz rewolucyjnych tez.

Kolejna sprawa to powojenny welfare state. Danecki stara się zdemaskować anachronizm programu i aspiracji Razem wymieniając warunki jego możliwości: „gehenna wojny, po której Europie zostały krwawe ruiny, składane z powrotem w miasta przez kalekich weteranów i straumatyzowane gwałtem kobiety. Był to paniczny strach kapitalistycznych elit przed nominalnie komunistycznym ZSRR. To wewnętrzny nacisk radykalnej lewicy”. Niby wszystko się zgadza – z zastrzeżeniem, że widmem straszącym elitę był nie tylko lokalny komunizm, lecz także złogi nieprzezwyciężonego faszyzmu. Ale mniejsza o to – tak było i tak już nie jest. Tylko że te dwa zjawiska – powojenny kontrakt społeczny z jego warunkami oraz rewolta z 1968 roku – prowadzą autora do dwóch konkluzji. Pierwsza jest trafna, choć banalna – nie da się odtworzyć „złotego wieku” kapitalizmu z jego zaletami także dla robotników, bo żyjemy w innych czasach. Tylko czy naprawdę o to chodzi Razemitom? Program socjaldemokratyczny nie musi oznaczać chęci powrotu do tego, co było – większość postulatów tej partii (może poza nieszczęsnym, bo zbyt kosztownym politycznie w stosunku do zysków PIT-em ze stawką 75 procent i demagogiczną obniżką uposażeń dla posłów) to elementarne wymogi cywilizacji socjaldemokratycznej.

Druga konkluzja jest bardziej kłopotliwa. Powtórzmy: „ustępstwa kapitalizmu nie są efektem dobrej woli, a bardzo brutalnej politycznej walki na ekstremalnych końcach debaty”. Brutalnej walki – czasem tak, relacje pracodawców z pracownikami w Szwecji, Anglii, Francji czy Niemczech nie były idylliczne. Ale to nie aktorzy z „ekstremalnego końca debaty”, łatwi przecież do spacyfikowania, sprawiali, że udział płac w PKB rósł, a wynagrodzenia indeksowano powyżej inflacji, lecz potężne organizacje związkowe i partie masowe, zrzeszające nie dające się ominąć większości. Mówiąc krótko: poprawę bytu całych klas społecznych negocjowali twardzi gracze przy stołach różnych komisji trójstronnych i rad zakładowych, a nie organizacje tyleż wojownicze i rewolucyjne, co marginalne.

Poprawę bytu całych klas społecznych negocjowali twardzi gracze przy stołach różnych komisji trójstronnych i rad zakładowych, a nie organizacje tyleż wojownicze i rewolucyjne, co marginalne.

Świat nie potrzebuje dziś nowej, radykalnej siły na lewicy, która zagrażałaby samemu bytowi systemu i sprawiła, żeby się elitom „pod dupą zapaliło”. Abstrahuję od kwestii, jak taką siłę mieliby w Polsce stworzyć ludzie i środowiska, na tle których liczebności i zdolności organizacyjnych Razem to jeśli nie wieloryb, to przynajmniej gruba ryba – i których liberalne media nawet nie „eliminują”, tylko po prostu nie wiedzą o ich istnieniu. Abstrahuję również od tego, czy świat, który by nam urządzili, na pewno by się nam spodobał. Praktyczne zagadnienie jest inne. Otóż radykalna siła, której liberalne elity się boją, już istnieje – to szeroki obóz prawicy, od PiS po narodowców. Oczywiście to nie jest siła antykapitalistyczna, ale nie tylko takich establishment się boi. Zwłaszcza ten polski, opiniotwórczy, który z hasła „kapitalizm” rozumie niewiele, ale z nacjonalizmu już całkiem sporo i boi się go jak cholera.

Doświadczenie uczy, że lepsza polityka nie bierze się z samego strachu i świeżej pamięci katastrofy – po hekatombie I wojny światowej potrzeba było jeszcze Wielkiego Kryzysu i II wojny po to, by establishment zdecydował się na nowy kontrakt społeczny. Wcześniej (przynajmniej w Europie) nie mógł się na to zdecydować, także dlatego, że lewica albo pętała się po marginesach, albo nie potrafiła – nawet mając pewną siłę, jak SPD – przedstawić wiarygodnego programu. Zamiast „jedynie poprawiać kapitalizm” Keynesem socjaliści w Niemczech woleli czekać na jego upadek Hilferdingiem – tylko pięciu milionów niemieckich bezrobotnych jakoś to nie przekonało. SPD po prostu nie pokazała alternatywy, ani dla weimarskiego status quo, ani dla propozycji Hitlera.

W naszej sytuacji potrzebna jest taka siła, która pokaże wyborcom właśnie to – wiarygodną alternatywę dla obecnego duopolu politycznego, a nie perspektywę dyktatury proletariatu. Zaoferuje ją wyborcom, którzy nie będą wtedy skazani na wybór „tego, co było” przeciw „temu, co jest”, ale też światlejszej części elit, sugerując im kierunek zmian, który może uratować system przed społeczną i polityczną katastrofą. Kiedy u Daneckiego czytam, że „bezrefleksyjne skupienie na postulatach programowych w postaci progresywnych podatków, miejscach w żłobkach i budownictwie komunalnym to kult cargo polityki”, trudno mi nie wspomnieć frazy o tym, że ci, którzy nie znają historii, skazani są na jej powtarzanie.

To niech PO stworzy lewicę

O ile bowiem tracę powoli nadzieję, że liberalne środowiska opiniotwórcze da się przekonać do tak choćby umiarkowanej tezy, jak potrzeba zbudowania lewego skrzydła dla opozycji – to wciąż wierzę, że uda się do tego przekonać i lewicę, i całkiem sporo wyborców. Bo ci, wbrew pozorom, nie pragną w swej masie „podcięcia korzeni systemu”, tylko przebudowania go tak, by ludziom żyło się w nim znośniej. A przynajmniej ci postępowi, bo ci reakcyjni pragną po prostu pogonić stojących wyżej w hierarchii i zastąpić ich miejsce, względnie znaleźć jakichś underdogów, by – nie mogąc wspiąć się wyżej – móc przynajmniej wyżyć się na słabszym.

Przeciwdziałanie skutkom zmiany klimatu czy wyczerpywanie się współczesnego modelu kapitalizmu to wyzwania globalne, z którym rządząca partia lewicy musi się mierzyć i traktować jako niezbędny kontekst dla swoich programów, ale – w Polsce – to na pewno nie są wehikuły wyborcze do gromadzenia elektoratu. A warto pamiętać, wstępując do partii tej czy innej, że przy tej formie organizacyjnej to właśnie o wyborcę przy urnie chodzi.

Przychodzi mi również na myśl, że doskonałym przykładem kultu cargo – bezrozumnego przenoszenia i otaczania estymą stworzonych gdzie indziej rozwiązań w nowy kontekst, bez rozumienia warunków i kontekstów, w jakich oryginalnie powstały – jest cały ten werbalny radykalizm, ten kompromis, co to „przestał być wartością, kiedy wyzwaniem stało się przetrwanie”. Doprawdy? Mieszkacie w Polsce i chcecie obalać globalny kapitalizm? Przypominam: pochodzicie z kraju, którego władza potrafi spieprzyć nawet festiwal w Opolu. I co, zbudujecie tu autarkiczny socjalizm czy inny postkapitalizm – wzór dla warstw postępowych całego świata? Gdy ktoś twierdzi, że bez rewolucyjnej ideologii walka o prawa pracownicze czy porządny system mieszkań komunalnych donikąd nie zaprowadzi, mam wrażenie, że w poszukiwaniu korzeni kapitalizmu zakopał się tak głęboko, że już nie widzi powierzchni.

Wracając z głębin na ziemię: horyzontem lewicy w Polsce nie musi być żebranina o więcej bezpośrednich inwestycji zagranicznych i nadzieja, że z minimalnych podatków inwestorzy jakieś nam żłobki czy ochronki wybudują. Chcecie ambitnych planów? To opowiedzcie, a może opowiedzmy, jak Polskę przesunąć w globalnych łańcuchach produkcji, jak ją umieścić w podziale pracy tak, by zamiast zatruwać świat węglem, pomagała atmosferę oczyszczać, by zamiast taniej pracy oferowała światu technologie, z których korzyści będzie mogła dystrybuować między swoich mieszkańców. Jak ją umieścić w Europie w roli dostarczyciela technologii, a nie poddostawcy – choćby coraz lepszych – komponentów i jak sprawić, by w tej Europie nadwyżki redystrybuowano w sposób zrównoważony?

Chcecie innego silnika dla gospodarek i społeczeństw? Chcecie go wymienić? Nie wiem, czy mechaników z Polski ktoś posłucha – nie bardziej pewnie niż elity europejskie Beatę Szydło… Chyba że najpierw spróbujcie przesunąć własny kraj w takie miejsce, skąd będzie zauważalny przez świat i skąd ruchy społeczne, idee, ale też technologie będą wpływać na rzeczywistość. Nie wiem, czy to wszystko są tematy na sztandar wyborczy; pewnie należałoby je ukonkretnić i przełożyć na sprawy, których związek ze swym życiem przeciętny wyborca będzie w stanie dostrzec.

Tak czy inaczej, lewica w Polsce nie potrzebuje nowej ekstremy – ta, zamiast przesunąć spektrum polityki, albo cokolwiek ludziom wywalczyć, nie mówiąc o „obalaniu systemu” służy głównie do delegitymizowania lewicy jako całości i wzmacnia aparat represji, na co historycznych świadectw mamy aż nadto (żeby było jasne, nie nazywam ekstremą anarchistów z ruchów lokatorskich, którzy o ludzi walczą słusznie i często skutecznie, ale to raczej oddolni społecznicy niż ruch rewolucyjny). Lewica potrzebuje alternatywy. To znaczy: programu, rozpoznawalności, liderów i wreszcie siły politycznej, na którą warto będzie głosować, by w parlamencie wywierała wpływ inny niż tylko „blokowanie PiS”.

Lewica w Polsce nie potrzebuje nowej ekstremy. Lewica potrzebuje alternatywy.

Razem przechodzi dziś konflikt typowy dla partii o głęboko ideowych korzeniach – o strategię ścierają się Fundis i Realos. Kibicuję tym drugim, choć rozumiem, jak wiele kapitału symbolicznego dają partii ci pierwsi. Nie mam wątpliwości, że na pozostanie drugą kadencję poza parlamentem pozwolić sobie, ani reszcie lewicy nie mogą. I mam też wrażenie, że właśnie wtedy, gdy stawką jest przetrwanie, kompromis dopiero zaczyna być wartością – nawet jeśli przetrwać mają ledwie trywialne sprawy, jak demokracja liberalno-konstytucyjna i szanse lewicowej polityki w Polsce tu i teraz.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Janusz Allina

Cieszę się, że Michał Sutowski zareagował na krytykowany przez niego artykuł Jakuba Daneckiego, gdyż sam miałem na to ochotę, ale, rzecz jasna, nie posiadam ani wiedzy, ani erudycji MS, która pozwoliłaby mi dać równie bogaty w treść jak i atrakcyjny literacko odpór.
Uważam bowiem, że owa tęsknota JD za radykalizmem (zresztą, niezbyt przez niego precyzyjnie określonym - czy chodzi o rozpalenie rewolucji proletariackiej? a może terror a la Czerwone Brygady bądź RAF?) ma się nijak do dzisiejszych czasów - do społecznych nastrojów, do rzeczywistych zagrożeń ze strony rozpasanego kapitalizmu, czy też zagrożeń płynących ze strony zmian klimatycznych i wojen z nich wynikających. Jeśli "socjal-liberalna", jak ją określa JD (rozumiem, że to ma brzmieć pogardliwie, a przynajmniej - z politowaniem), partia Razem ma trudności z przekroczeniem 3% w sondażach wyborczych, to nie mam pojęcia, na jakich podstawach JD żywi nadzieję, że dla jej bardziej radykalnej alternatywy znalazłby choć jednoprocentowe poparcie. Nie, jestem przekonany, że ludzie pracy nie oczekują rewolucji. A lewicowa (również potencjalnie) inteligencja, o ile posiada odpowiednią wiedzę historyczną, wie dokąd taka rewolucja, choćby nawet początkowo (czyli sam zamach stanu czy inna forma obalenia istniejącego układu politycznego) okazała się w miarę skuteczną, zaprowadzi.
Ludzie pozbawieni godnych warunków życia i pracy, a przede wszystkim - czujący się zlekceważonymi przez dominujące w społeczeństwie siły, potrzebują przede wszystkim przywrócenia im godności: godnych warunków pracy właśnie, szansy na poprawę sytuacji, nadziei. Nie dziwię się tym ludziom, bo społeczeństwo przez te ćwierć wieku wolności okazało równie dużo werwy w budowie tego, co bodajże Jan Śpiewak określił "folwarczno-pańszczyźnianym kapitalizmem", co mało zainteresowania, o empatii nie wspominając, losem, często dramatycznym, tych, którzy z owej budowy niewiele mieli pożytku i radości. Dziwię się natomiast byłemu członkowi Partii Razem, który nie rozumie, że obrała ona wprawdzie mało efektowną, ale jakże ważną i potrzebną drogę do zbudowania realnej alternatywy dla PO-PiS'owego duopolu, będącego w istocie tragicznym w skutkach patem politycznym, nieustającym źródłem permanentnego konfliktu nienawidzących się nawzajem plemion. Program, zakładający przeciągnięcie elektoratu socjalnego z powrotem od nacjonalistycznej prawicy do liberalnej (czemu nie?!), a w każdym razie - nowej lewicy, choć może wydawać się (może też, niestety, okazać się) 'mission impossible' w tym coraz bardziej narodowo-katolickim społeczeństwie, to jednak wierzę, że w dłuższej perspektywie okaże się skutecznym, ku zadowoleniu nie tylko samej lewicy, ale i całego anty-PiS'u. Co więcej, nie widzę w dającej się przewidzieć przyszłości innej drogi do odebrania w Polsce władzy skrajnej prawicy. Niepowodzenie tej strategii może spowodować, że to prawica jeszcze bardziej skrajna od PiS odbierze posłowi Kaczyńskiemu władzę, a nie to, co od niego na lewo...
Odebranie władzy PiS przez PO + "socjal-liberalną" lewicę (w każdym razie, przez siły nie-antysystemowe) stanowi dziś niezbędny warunek możliwości prowadzenia dalszych działań prowadzących do reformowania systemu w kierunku państwa (mądrze) opiekuńczego, w kierunku budowy społeczeństwa (prawdziwie) obywatelskiego, i demokracji bardziej bezpośredniej, a przede wszystkim - dojrzałej, to znaczy takiej, gdzie większość troszczy się o mniejszość, bogaci - o biednych, wykształceni - o wykształcenie innych. Te marzenia mogą się jednak spełnić tylko pod nieustannym naciskiem lewicy, która musi być silna nie tyle zacięciem rewolucyjnym, co potencjałem intelektualnym i moralnym. Taka pozycja lewicy może być ufundowana jedynie, jak mi się wydaje, na nieustającej pracy na rzecz tych, którzy potrzebują wsparcia: skrzywdzonych przez pracodawcę, zapomnianych przez system opieki, poniżonych, pozbawionych nadziei. Mam nadzieję, że Partia Razem obrała właśnie taką drogę, i dlatego, dopóki ta nadzieja nie zostanie mi odebrana, będę im kibicował.

W moim odczuciu Danecki nie ma racji w kwestii przyjęcia strategii radykalizacyjnej, ale ma rację tylko w jednym - lewicy brakuje jakiejś spójnej i porywającej opowieści o świecie, w którą ludzie chcieliby uwierzyć, za którą chcieliby pójść. Kiedyś lewica miała sztandar-wyzwanie, sztandar-gniew, sztandar, który płynął ponad trony, pod którym "będziemy wspólnie pracowali i wspólny będzie pracy plon". "Towarzyszu jest robota, i dla kielni i dla młota, tylko z nami dzielnie stój, Gdy nadejdzie dzień zapłaty, będziesz walił młotem w kraty, będziesz szedł w śmiertelny bój". Lewica roztaczała wizje całkowicie odmienionego społeczeństwa, nowej, sprawiedliwej etyki, określała punkt, Cel, do którego dąży. "Na Cytadeli pod szkłem jest szubienica, wie o tym każda warszawska ulica i ja to wiem, Umierali tam pepesowcy i SDKPiL, Umarli, zgnili, pozostał Cel". Co ma polska lewica dzisiaj? Nie ma Celu, jest tylko garść suchych technokratycznych rozwiązań opisywanych hermetyczną nowomową. To wszystko jest słuszne i szlachetne, ale tak przypomina Unię Wolności, że staje się niestrawne. Tu nie chodzi o radykalizację, ale Danecki ma rację, że Celem nie może być retroutopia Europy Zachodniej lat 60., która dla przeciętnego Polaka jest totalną abstrakcją. Oczywiście rekonstrukcja historyczna PPS i Waryńskiego też nie wchodzi w grę. Po prostu trzeba nowej wizji!

PiS mówi "suwerenność, ojczyzna", Platforma mówi "Europa, nowoczesność", Kukiz mówi "władza w ręce ludzi". Abstrahując od rzeczywistej treści i konkretnych rozwiązań są to hasła i wizje, które są w stanie porwać duże grupy ludzi. A co mówi Razem? "Zmodyfikujemy progi podatkowe, zlikwidujemy recepty na antykoncepcję dzień po, zwiększymy procent PKB przekazywany na służbę zdrowia". Jednym słowem: wprowadzimy szereg rozsądnych udogodnień, dzięki którym będzie nam się nieco wygodniej żyło, a fundamentem, na którym to się opiera są rozwiązania z innych krajów. Wszystko super, ale gdzie jest wizja nowej etyki, w imię której mielibyśmy to wszystko robić, gdzie jest wizja nowego ładu społecznego, do którego dążymy? Gdzie są hasła, w których to wszystko mogłoby się zawrzeć? Nie ma powrotu do "Międzynarodówki" i Waryńskiego, to jasne, ale trzeba w ich miejsce wstawić coś innego. Lewica nie może być zrzeszeniem technokratów.

Innymi słowy, brakuje rozpoznawalnego etosu, mimo że gdzieś w działaniach przecież jest. Empatia, poszanowanie godności ludzkiej, wspólnotowość w sensie globalnym. Trzeba to przełożyć na język symboliczny. Patrzcie na Obywateli RP z tymi ich białymi różami. Śmieszni? PiS też jest śmieszny, ale trafia do ludzi.

Razem to w dużej mierze dawni "Młodzi Socjaliści". MS się rozpadło na tych co chcą burzyć kapitalizm i na reformatorów kapitalizmu. Co ostatni to Razem. Tylko, jak słusznie zauważa P. Ikonowicz, kapitalimzu zreformować się nie da. I to jest bez znaczenia jaki będzie nominalny program Razem, albowiem doświadczenie wszystkich europejskich parlamntarnuch partii socjaldemokratycznych mówi, że wcześniej czy później i tak się sprzedadzą...

Otóż to, już od 1914 SPD zaczęła reformować kapitalizm, a w RFN państwo dobrobytu budował były koalicjant NSDAP - CDU. Sowieckie dywizje za murem były lepszym argumentem niż jęki opozycyjnej SPD. Socjaldemokracja to prostytucja i tyle. Dla polskiej lewicy to obcy nurt, polska lewica ma dwie tradycje komunistyno - internacjonalistyczną (żydowsko-sowiecką) i narodowo - socjalistyczną PPS-owską najbliższą Polakom. Gdybym dzisiaj miał szukać na polskiej scenie partii najbliższej PPS i patriotycznemu nurtowi tzw. chamokomuny z PZPR to wychodzi na PiS. W jednej sprawie różnię się z Ikonowiczem, dla mnie wróg mojego wroga jest sojusznikiem, wrogiem globalnego kapitału jest Putin, sługusem kapitału zachodnie liberalne demokracje, dlatego Piotr wierzy w demokrację, a ja w Putina.

problem jest gdzie indziej. fundamentalizm feministyczny, duże wpływy lobby lgbt, nienawiść do katolików, brak lidera, oddanie zarządu w ręce feministycznych ekstremistek w stylu dziemanowicz bąk, budowanie zakłamanej narracji wokół czarnego marszu i tzw. <>, chęć przyjmowania islamskich zbrodniarzy.
to wszystko kompromituje tę partię.

Dla ciebie to być może jest problem. Dla lewicowca to problemem być nie może. Ba, progresywne stanowisko w tych sprawach to esencja lewicowych wartości obok kwestii ekonomicznych. To jest właśnie spójna lewica, a nie półlewica, która wyrzuca na śmietnik połowę zagadnień.

"Ba, progresywne stanowisko w tych sprawach to esencja lewicowych wartości obok kwestii ekonomicznych."

Żeby było zabawniej (choć to w sumie mało zabawne), to w cywilizowanej części świata nie jest to wcale żadne "progresywne stanowisko". To po prostu standard ochrony praw człowieka, pod którym podpisuje się w tej chwili również klasyczna europejska chadecja.
To że u nas kwestie takie jak świeckość państwa, aktywne przeciwdziałanie dyskryminacji, prawo kobiet do kontroli rozrodczości itd. są uznawane za "kontrowersyjne kwestie światopoglądowe" pokazuje jedynie jak bardzo osuwamy się w kierunku Rosji i Bliskiego Wschodu.

Piotr Ciompa

"... półlewica, która wyrzuca na śmietnik połowę zagadnień." No zaraz, kto co wyrzucił pierwszy? Czy Schroeder i Blair nie wyrzucili na śmietnik balastu programu socjalnego? A Holland nie zliberalizował prawa pracy oferując w zamian koncesje na rzec LGBT? Neoliberalizm w zamian za kapitulację w sprawie tradycyjnych postulatów socjalnych lewicy akceptuje liberalizację obyczajową. Swoje programy lewica rozpisuje na dwie nogi, ale jak dochodzi do władzy, to szybko okazuje się, że nie ma jakiegoś wyważenia kompromisu, tylko w obszarze bezpieczeństwa socjalnego jest kapitulacja, a w sprawach obyczajowych przyciśnięcie pedału gazu mocniej niż deklarowano w programach. Ostatnim, który na Zachodzie wdrażał głęboki program lewicowy był Mitterand w czasie swojej pierwszej kadencji. Potem to już było mydlenie oczu biedakom.

Tylko czemu Razem ma odpowiadać za błędy innych?

Nie roztrząsając czy to ideologicznie poprawne czy nie, po prostu patrząc "z boku", w momencie odsunięcia na dalszy plan kwestii światopoglądowych i skupieniu się na sprawach socjalno-gospodarczych lewicy wzrasta w sondażach. Z automatu.

"nienawiść do katolików"- no jasne, oni wszystkich kochają poza lewakami, ateistami, innowiercami, obcokrajowcami (no może że z Węgier), zbyt niezależnymi kobietami, osobami o innej orientacji. Nikt nie ma żadnych podstaw, żeby nie lubić katolików! A co dopiero nienawidzić!

No tak raz mowisz ze klamie a potem ze trzeba ninawidzic lewakow i muzulmanow. Rozumiem ze twoje doswiadczenie pokrywa sie z oficjalna polityka kosciola lansowana przez dziwisza rydzyka, ksiedza oko i innych? Bo jakos nie widze w nich checi dogadywania sie i budowania przyjazni. No moze ze uwazasz ze dogadywanie polega na tym ze wszyscy majacy nie-katolickie i nie-koscielne poglady powinni siedziec cicho?

Kłamiesz. Bardzo łatwo przychodzi ci judzenie. Znam mnóstwo przyjaźni między katolikami a ateistami, innowiercami czy obcokrajowcami. No po prostu norma, której nie dostrzegasz i prostacko plujesz. Co do lewaków - to trochę inna sprawa. Osobiście uważam, że lewacy istotnie są godni nienawiści, ponieważ nie licząc się z opiniami innych chcą wdrażają swoją chorą inżynierię społeczną w Europie. Mówiąc wprost: propagują islamizację kontynentu. Za to lewactwo prędzej czy później trafi tam, gdzie jego miejsce: na śmietnik historii. Logicznie myślącemu człowiekowi trudno wspierać islam, który wprost (chociażby poprzez zasady szariatu) wyraża pogardę dla człowieka. Wy - lewaczki - nie zwracacie na to uwagi i naiwnie propagujecie islam. Ale to właśnie wami islam najbardziej pogardza. Spokojnie czekam, kiedy się o tym przekonacie.

"fundamentalism feministyczny" is now a meme.

To, czego wciąż nierozumiecie, towarzyszu Sutek, jest fakt, że po odrzuceniu łatek partyjnych, idiosynkrazji, indukowanej nienawiści itp. około 90% Polaków to mentalni PiSowcy. A kaczyzm krok po kroku realizuje to, co podświadomie te 90% uznaje za słuszne. Niezależnie od tego, jak to na danym etapie oceniają, czy są zmanipulowani czy nie. Ludzie w Polsce w dupie mają progresywną politykę państwa, socjalistyczne brednie, feminizm (raczej jest to okazja do śmiechu), ekologów, LGBQWERTY itp głupoty. Z każdym dniem wiarygodność PiS jako siły realnie wdrażającej w Polsce polski program, staje się oczywiste dla kolejnych ludzi.
Nic na to nie poradzicie, bo kaczyzm robi po prostu to, co większość uważa za dobre.
Nie jesteście temu w stanie nic przeciwstawić.
Już przegraliście i dobrze o tym wiecie. Wróż Sławomir Sierakowski przecież sam to powiedział w tok.fm- jeśli PiS zrealizuje program 500+, mieszkanie +, to teza o Układzie stanie się faktem. Będzie dowodem, że Układ funkcjonował i Polskę rabował. I to oznacza delegitymizację III RP. To właśnie następuje.
Pomyślcie nad jakąś tłustą stypą, zanim wam Kaczor odetnie resztę forsy i będziecie musieli funkcjonować za swoje.

To oznacza że większości Polaków tak naprawdę mentalnie bliżej do Rosji czy krajów arabskich. Ta sama koltuneria

I to mówi lewak, czyli mentalny sowiet i Azjata? Z lustrem sobie możesz pogadać.

"jeśli PiS zrealizuje program 500+, mieszkanie +"

Jeśli.

Masz coś z oczami?

Większość może się mylić i da się to zmienić. Mamy przykład historyczny: wpływ pozytywistów i pracy u podstaw. Tak więc nie należy tracić nadziei na zmiany na lepsze.

Tyle że wy chcecie zmian na gorsze. Przy czym zabawne jest to poczucie wyższości nad większością, która może się mylić. To takie demokratyczne.

Jakie 'wy'? Nie jestem członkiem ani partii Razem ani jakiejkolwiek innej.

wy- lewaki, nie ważne jakiej proweniencji

Pan Sutowski powinien w mojej opinii zapisać do liberałów. Stawia znaną tezę, że istnieje tylko alternatywa kapitalizm albo krwawa łaźnia. Znamy tę śpiewkę. Bez zakwestionowania tej fałszywej alternatywy lewica może się już przyłączyć do obozu liberalnego. Myli się pan - lewicy, wbrew temu, co pan twierdzi, jest potrzebny RADYKALNA I OPTYMISTYCZNA WIZJA PRZYSZŁOŚCI. Duby smalone pan prawisz, panie Sutowski. Właśnie w stylu sprzedajnych powojennych socjaldemokratów.

To idź robić rewolucję i obalaj kapitalizm - powodzenia. Ani Sutowski, ani Razem Ci tego nie zabronią. Tyle, że to jak robienie rewolucji proletariackiej w carskiej Rosji. Nawet jak uda się obalić znienawidzonego cara, to skończy się zamianą jednego zamordyzmu na drugi. Aby rewolucja była skuteczna musi istnieć powszechna świadomość procesów społeczno-gospodarczych i wynikające z niego poczucie konieczności zmian w danym kierunku. Tymczasem w Polsce tego nie ma i w najbliższym czasie nie będzie - my ciągle mentalnie gonimy Zachód i przerabiamy fascynację neoliberalizmem. Jeśli dojdzie do jakiegoś gwałtownego przewartościowania, to stanie się to w krajach bardziej od Polski rozwiniętych, gdzie krytyka kapitalizmu jest dużo bardziej popularna. Pozostaje żmudna praca u podstaw i próby przyciągnięcia ludzi do jakiejkolwiek lewicy. Tymczasem wyjeżdżanie z ostrym socjalizmem kończy w Polsce dyskusję - zostajesz z automatu uznany za wariata i peerelowską skamienielinę. Choćbyś mówił najmądrzejsze rzeczy, nikt cię nie będzie słuchać.

Myślę że pod większością tekstu mógłbym się podpisać. W każdym razie, jeśli Razem zacznie się radykalizować, to straci mój głos. Smutne jest jednak to, że właściwie Razem w tym momencie zjechało z 4% do 2% w sondażach (tak wiem, że nie powinno się do sondaży przywiązywać większej wagi, jednak w przypadku Razem można już mówić o stałej tendencji od dobrych kilku sondaży) i właściwie nadziei specjalnie nie widać, przynajmniej ja staję się coraz większym pesymistą jeśli idzie o lewicę w Polsce.

Przecież ta teza Daneckiego jest totalnie wyssana z palca. W wyborach parlamentarnych było 3,62%, średnia sondażowa w okresie styczeń-kwiecień wynosi 3,3-3,4%. Nawet jeśli w maju jest wahnięcie w dół (pewnie przez rękę Czarzastego), to to jest wahnięcie, a nie długofalowy trend.

Partia żeby zaistnieć musi mieć niszę.
W Polsce nie było partii "skandynawskiej" (jak zwał, tak zwał) a jest to formacja, która zawsze znajdzie swoich sympatyków, zwłaszcza w Europie, gdzie obserwacja jak się żyje w państwach o długiej tradycji dobrobytu jest łatwe.
"Drobne" zmiany (jak mieszkania czy kwota wolne czy ochrona kobiet) przynoszą duże efekty dla osób, których to bezpośrednio dotyczy.

Zeby Razem przekroczylo prog wyborczy to musi zlikwidowac te nieszczesne 75%. Razem nie istnieje w swiadomosci Polakow, a pierwsza wiadomosc ktora wyborca dostaje to "a to ta partia ktora chce ci zabrac 75%", i tu nie pomoza zadne tlumaczenia, zadne uratowanie (zbawienie?) ludzkosci i planety Ziemia. Polak nie chce aby mu ktos zabieral 75% niezaleznie od szczytnego celu. Jesli juz to Razem powinno mowic, "zwiekszone podatki dla bogatych", ale podatki i tak mniejsze niz we Francji czy Belgii, nie mowiac o Skandynawii. Jesli Razem traktuje te 75% jako swoj zelazny postulat to robi blad.
Kowalski zaglosuje na mniejszy podatek i zrobienie Jezusa krolem Polski, niz odwrotnie. Bo wie ze "krol Polski" to nic nie znaczacy zabobon, a 75% to duzo mniej w portfelu. I tu nie pomoze tlumaczenie zawilosci proponowanego systemu 75%. Zwykly Kowalski i tak nic z tego nie rozumie, do niego dociera jedynie liczba 75% i to mu wystarczy.

Kuba Szymkowiak

"[O]powiedzmy, jak Polskę przesunąć w globalnych łańcuchach produkcji, jak ją umieścić w podziale pracy tak, by zamiast zatruwać świat węglem, pomagała atmosferę oczyszczać, by zamiast taniej pracy oferowała światu technologie, z których korzyści będzie mogła dystrybuować między swoich mieszkańców. Jak ją umieścić w Europie w roli dostarczyciela technologii, a nie poddostawcy – choćby coraz lepszych – komponentów i jak sprawić, by w tej Europie nadwyżki redystrybuowano w sposób zrównoważony?"
Czyli jak w globalnym kapitalizmie przesunąć się z grupy ruchanych do ruchających. Gratuluję.