Felieton

O czym śni Waszczykowski

Londyn, Budapeszt i Waszyngton to filary jego układanki. I chyba naprawdę wierzy, że kraje te mają z nami wspólne interesy.

Do czego właściwie zmierza PiS-owska „ofensywa dyplomatyczna”, tak ostatnio intensywna? Z pewnością wiemy jedno: rząd Prawa i Sprawiedliwości ustami ministra Waszczykowskiego zapowiedział strategiczny zwrot w polskiej polityce zagranicznej. Zostawmy na boku kwestię, czy minister i premier Szydło mają w sprawach międzynarodowych choć trochę podmiotowości, czy też jedynym ośrodkiem siły jest w tym układzie Jarosław Kaczyński. Tak czy inaczej, będzie… inaczej.

Platforma Obywatelska w Europie starała się dryfować w głównym nurcie, z wszystkimi tego wadami (żyrowanie szkodliwego podziału na dobrą Północ i złe Południe, bierność w negocjacjach umowy TTIP) i zaletami (po pierwsze kasa, po drugie kasa, po trzecie cząstkowe – ale jednak – uznanie racji naszej wyobraźni geopolitycznej na Wschodzie). Wyjątkiem była polityka klimatyczna, której skutki próbowano odsuwać w czasie, broniąc interesów lokalnego lobby „węglowego”, obejmującego energetykę, wydobycie i część energochłonnego przemysłu. I w tej materii wielkich zmian oczekiwać nie należy – PiS wyzbędzie się jedynie obłudnej retoryki PO, która przynajmniej przed Niemcami udawała, że ocieplenie klimatu i wyzwania transformacji energetycznej traktuje poważnie („tylko dziś jeszcze nas nie stać”). Polska nadal będzie sabotować „zielony zwrot” Europy, zapewne w podobnych jak dotychczas koalicjach. Nie wiadomo tylko, czy podjęty na nowo zostanie temat gazu łupkowego, w którego polskie złoża wyraźnie przestali wierzyć Amerykanie, choć do końca zdawała się wierzyć PO.

To tyle ciągłości – a gdzie „dobra zmiana”? Z dotychczasowego kalendarza zagranicznych wizyt rządu PiS, a także z exposé ministra Waszczykowskiego wyłaniają się dość czytelnie nowe kierunki politycznej orientacji: Londyn, Budapeszt z Wyszehradem (a może i Międzymorzem) i oczywiście Waszyngton. A do tego: myślenie w kategoriach twardego interesu narodowego, bez idealistycznych opowieści o wspólnym europejskim domu – nie będzie Niemiec pluł nam w twarz (i Francuz też nie). Polska powstanie z kolan, przerwie geopolityczny dryf i wysforuje się na czoło środkowoeuropejskiego peletonu. Z pewnością jako lider „suwerennistycznej” czwórki wyszehradzkiej, z Bałtami na dokładkę (plan minimum) – a być może jako regionalne mocarstwo zakotwiczone w sojuszu z USA, na przekór dyktatowi możnych eurokratów z Berlina i Brukseli (plan optimum). To tyle założeń – a co z możliwościami?

Po kolei.

Niby pamiętamy, że „Wielka Brytania nie ma przyjaciół, Wielka Brytania ma interesy”. Niby, bo mało kto naprawdę bierze pod uwagę, że być może już po czerwcu Polska nie będzie wyspiarzom do niczego potrzebna.

Przed referendum w sprawie Brexitu poparcie Polski dla swych postulatów (koniec reguły „coraz ściślejszej unii”, parlamenty krajowe z prawem weta wobec decyzji Brukseli) David Cameron ma w zasadzie zagwarantowane, bo zbieżność poglądów Warszawy i Londynu w tych sprawach rząd nasz z dumą głosi od początku. Po referendum z kolei to my będziemy Brytyjczyków prosić, żeby socjal obcinali najpierw „imigrantom z krajów pozaeuropejskich”, żeby brytyjscy komandosi wpadali do nas częściej niż na zimowe obozy kondycyjne, żeby rosyjski kapitał nie znajdował w Londynie bezpiecznej przystani… Krótko mówiąc: dużo roszczeń, mało aktywów i oczywiście oczywista „racja moralna” nie złożą się na dobry dla Polski układ sił.

Idźmy dalej: Węgry. Mamy generała Bema, legendę C.K. Dezerterów i premiera Telekiego, co w ’39 nie poszedł z Niemcami na Polskę. Do tego wspólną Fideszowi i PiS fascynację modelem „nieliberalnej demokracji”, w której rząd jako emanacja narodu podważa dogmaty politycznej europoprawności. To trochę za mało, żeby oś Warszawa-Budapeszt pozwalała realizować polskie interesy, choćby nawet i takie, jakie definiuje PiS. Polska chce utrzymania i wzmocnienia zachodnich sankcji wobec Rosji po militarnej agresji na Ukrainę i domaga się poszanowania integralności terytorium sąsiada. Węgry chcą zniesienia sankcji, od Rosji kupują broń, a kryzys ukraińskiego państwa to dla nich szansa na uśmierzenie choć części traumy po traktacie z Trianon (Zakarpacie!). Polska nie chce drugiej nitki rurociągu Nord Stream II i szuka za wszelką cenę dróg uzupełnienia lub zastąpienia rosyjskich źródeł energii. Węgrzy (tak jak my) nie chcą kolejnej rury pod Bałtykiem, ale (inaczej niż my) dlatego, że woleliby rurociąg południowy pod Morzem Czarnym; o inwestycjach Rosji w węgierską atomistykę nie trzeba wspominać. Angelę Merkel węgierski rząd potępia w czambuł za uchodźców, ale jednocześnie ściąga do siebie fabryki Audi i Mercedesa. Polski rząd Angelę Merkel też potępia za uchodźców, a posłowie PiS domagają się reparacji za II wojnę światową.

Orban umiejętnie między Rosją i Niemcami balansuje, Kaczyński zaś idzie na werbalną wojnę z obydwoma krajami naraz. I to właśnie Orban – polityk „pomostowy”, jak słusznie wskazuje Ziemowit Szczerek – jest dziś lepiej predysponowany do przewodzenia w regionie niż skłócony ze wszystkimi Kaczyński.

W tle tych wszystkich interesów są jeszcze Czesi i Słowacy: bliscy Orbanowi w spojrzeniu na Rosję i Ukrainę, podobnie pragmatyczni w relacjach z Niemcami. Z Polską Czesi nieraz chcą się układać (na horyzoncie są plany budowy gazociągów i zakupów płynnego gazu z Iranu, które uczyniłyby świnoujski gazoport inwestycją opłacalną), ale nieraz też nie chcą – pierwszy oligarcha i wicepremier tego kraju Andrej Babiš ma wyraźną alergię na PKN Orlen. Rosyjskie uwikłania czeskiego i słowackiego biznesu każą zaś wątpić, czy na tym odcinku możliwe są przedsięwzięcia choćby pośrednio wymierzone w Kreml.

Torysów, Fidesz i PiS łączy z pewnością wizja ustroju Unii Europejskiej, ale jej realizacja opłacać się może głównie Wielkiej Brytanii. Zapewne Węgrzy ze swym pragmatyzmem i niemieckimi fabrykami też jakoś sobie poradzą, ale w naszym przypadku cofnięcie integracji do etapu EWG ułatwiłoby już tylko obsługę resentymentów formacji Kaczyńskiego. W sprawie uchodźców Orban ma do wygrania lęki własnego elektoratu i święty spokój nad Dunajem. Koszty? Drut kolczasty na serbskiej granicy. Kaczyński też ma do obsługi lęki swojego elektoratu, ale dla Polski koszt „obrony przedmurza” może być dużo większy. Każdy bowiem kolejny kraj w antyimigranckiej koalicji w UE to wyborcze punkty dla Horsta Seehofera z CSU (Bawarczyka, co lata do Moskwy) i Frauke Petry ze skrajnie prawicowej AfD (drezdeńskiej Ossi, co strzelałaby do uchodźców) uzyskane kosztem Angeli Merkel. Tej, która wpuściła do swego kraju uchodźców, by ratować strefę Schengen (kwestię honoru Europy w analizie z gatunku Realpolitik pomińmy) i którą nawet bardzo życzliwi PiS eksperci uznają za najlepszą możliwą dla Polski kanclerz Niemiec na długie lata.

Zostają jeszcze Stany Zjednoczone, ostatni filar Waszczykowskiej układanki. PiS intensywnie śni swoją Amerykę z czasów Reagana, która tnie podatki, zrzuca bomby jak trzeba i nie kłania się Ruskim. Ta prawdziwa i współczesna zdążyła się jednak zwrócić na Pacyfik, a resztki swego zaangażowania w Europie wydelegować na zjednoczone Niemcy. I tu właśnie jest pies pogrzebany.

Tak się nieszczęśliwie dla PiS złożyło, że od dłuższego już czasu znaczenie Polski dla USA jest funkcją relacji naszego kraju z zachodnim sąsiadem.

Konflikt Warszawy z Berlinem to zatem ostatni czynnik, który zwiększałby nasze szanse na to, że „wschodnia flanka Sojuszu” będzie czymś więcej niż dekoracją. I na to, że zaatakowanym przez zielone ludziki Bałtom na pomoc przez nasz „korytarz suwalski” przejadą leopardy (niechciane, o ironio, na polskiej ziemi przez Kaczyńskiego), a nie popłyną noty dyplomatyczne.

Lęki własnego elektoratu, fascynacji naddunajską rewolucją antyliberalną, resentymenty wobec Niemiec i sny o międzymorskiej (a choćby i „wyszehradzkiej”) potędze pod atlantyckim parasolem to dziś fatalna mikstura. W sytuacji, kiedy Kreml wyraźnie gra na usunięcie z urzędu kanclerz Merkel i dezintegrację UE, jawnie finansując i ksenofobiczną prawicę, i medialne nagonki na uchodźców, pomysł utworzenia antyuchodźczej, antyniemieckiej i antybrukselskiej osi w Europie Środkowej jawi się niestety jako pożyteczny idiotyzm. Bo jeśli rozpadnie się strefa Schengen, „wschodnia flanka” NATO pójdzie w drzazgi, a kraje kontynentalnej i skandynawskiej Północy dojdą do wniosku, że  rozszerzenie na Wschód to jednak nie był dobry pomysł – zasiłki dla Polaków na Wyspach okażą się najmniej bolesnym z naszych problemów.

 

**Dziennik Opinii nr 41/2016 (1191)

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Na razie to te kraje łączą rosyjscy oligarchowie.