Felieton

Listy pani ambasador, czyli myśleć trzeba, nie rechotać

Georgette Mosbacher, Mateusz Morawiecki. Fot. Adam Guz / KPRM

Ludzie listy piszą, cóż, że czasem z błędami. Zgadzam się jednak z ministrem Waszczykowskim: pisząc głośną epistołę w sprawie wolności mediów amerykańska ambasadorka Georgette Mosbacher wykazała profesjonalne braki (nie ona jedyna wśród nominatów Trumpa na funkcje dyplomatyczne).

Prawicowa opinia publiczna słusznie oburza się na połajanki przedstawicielki sojuszniczego mocarstwa wobec szefa naszego rządu: obrona wolności mediów w Polsce powinna być przecież kwestią prawa (polskiego i unijnego), elementarnych wartości demokratycznych i standardów zachodniej cywilizacji, a nie funkcją interesów tej czy innej amerykańskiej korporacji. Do tego pisanie oficjalnych pism z błędami w nazwiskach adresatów to zwyczajne dziadostwo (albo, co gorsza, wyraz ostentacyjnej pogardy, ale na to mimo wszystko, jest chyba w polsko-amerykańskich stosunkach za wcześnie), dodające insult to injury, czyli obelgę do krzywdy w nie od dziś asymetrycznych relacjach Polski z USA.

Wygląda na to, że krytycy polityki zagranicznej i wewnętrznej rządu, do których niżej podpisany się zalicza, mają prawo do chwili złośliwej Schadenfreude. Jak dotąd nasz niedawny „pierwszy sojusznik” opuścił UE, pokłóciliśmy się z Niemcami i Izraelem, zaś Węgry ślą wyrazy poparcia rządowi, ale w Brukseli głosują za Tuskiem. Teraz Amerykanie z dobrozmianowej administracji nie monitują już naszej władzy dyskretnie, lecz tarzają w smole i pierzu. A PiS dowód na to ostatnie sam ujawnia licząc, że błędna pisownia skompromituje w oczach Polaków amerykańskie zarzuty.

Co z tego mamy, oczywiście poza dziką satysfakcją z nieporadności ludzi, na których nie głosowaliśmy? Plus niewątpliwy jest taki, że za sprawą amerykańskiej interwencji rząd faktycznie zostawi w spokoju jedną dużą telewizję – dobre i to w kraju, gdzie druga duża telewizja jest tubą rządową, a życzliwość trzeciej została kupiona za życzliwość państwa wobec jej właściciela. Podobnie jak w przypadku koszmarnej ustawy o IPN, ostrzeżenia ze strony potęg tego świata powstrzymały lub ograniczyły bardzo złą politykę – nacjonalistyczny premier Izraela i republikańska urzędniczka weszli zatem w rolę Tatarów ze znanego powiedzenia o czynieniu woli boskiej. Minusy są takie, że rządowa gracja słonia w składzie porcelany (i wewnętrzne przepychanki między ministrem sprawiedliwości a premierem) musi nas bardzo wiele kosztować. Pal nawet licho wiernopoddańcze gesty, ale trudno nie podejrzewać, że łagodzenie tego typu zatargów opłacane jest różnymi ustępstwami, oby tylko w mierzonej pieniądzem, a nie geopolitycznej walucie. Jak powinna na tego rodzaju incydenty reagować opozycja? Najkrócej mówiąc: brać, nie kwitować i zmienić temat.

Warszawa w ogniu vs bojowy konserwatyzm, czyli Polska polityka zagraniczna po 11 listopada

Po pierwsze zatem, uznać na użytek własnych kalkulacji i analiz, że rząd dostał parę ciosów na korpus i choć nie słania się jeszcze na nogach, to jednak coraz trudniej mu będzie oddychać, czyt. słabnie jego pole manewru, trudniejsza jest polityka wizerunkowa, a „wstawanie z kolan” coraz trudniej będzie wyborcom sprzedać. Tylko najtwardszy elektorat łyknie opowieść o winie jakichś brooklyńskich lobby, „nieszkodliwym nieporozumieniu”, a już tym bardziej (gdyby rząd się na taką opcję zdecydował) o sensie zupełnie samotnej walki ze światem bez sojuszników. To istotny – negatywny – parametr dla PR-u rządu, który zniechęci do niego część „realpolitycznych” wyborców.

Po drugie, nie podstawiać nogi, gdy konia kują. USA czy Izrael to nie Unia Europejska, a więc nie wspólnota, której jesteśmy częścią i której prawo jest naszym prawem. To mocarstwa, które realizują swoje interesy – niekoniecznie i nie zawsze zbieżne z naszymi, tym bardziej, gdy rządzą nimi nacjonaliści. O ile europejscy komisarze i sędziowie luksemburskiego Trybunału Sprawiedliwości bronią praw polskich obywatelek i obywateli UE, o tyle ambasadorka Mosbacher broni w pierwszej kolejności interesów amerykańskiej firmy, zaś Netanjahu buduje swój wizerunek w (swoim) kraju. Jeśli przy okazji zrobią coś pożytecznego (np. sprzyjają pluralizmowi mediów i badań naukowych), to bardzo dobrze, ale jeszcze nie powód, żeby zapisywać ich do obozu obrońców polskiej demokracji. Naprawdę, w sporze o nieszczęsny list nie musimy się zaraz samookreślać.

Po trzecie, jak pijany płotu trzymał się będę tezy, że samo punktowanie fakapów PiS zadowala i cieszy jakieś 25-30 procent wyborców. Opowieść ograniczona do tezy „PiS robi katastrofalne błędy” u wielu pozostałych zaowocuje nie tyle wyborem „mniejszego zła” (czyli np. KO), ile uznaniem, że „oni wszyscy są siebie warci”. Jednocześnie kolejne potknięcia rządu w polityce zagranicznej i ich konsekwencje będą powoli budować zbiorowe przekonanie, że nad Polską w świecie zbierają się czarne chmury. Nic dziwnego: tuż obok Krymu znowu wojna, Austria chce wycofywać Nord Stream II z dyrektywy gazowej, trwają zamieszki w Paryżu i zbliża się koniec ery Merkel – a rząd się ściera z największym sojusznikiem po tym, jak już wszystkich pozostałych pogonił na drzewo.

W tej sytuacji „powstrzymanie Polexitu” – narracja, która dotąd sama się opozycji narzucała – to za mało. Nawet jeśli na barykadzie stanie rycerz na białym koniu, na razie zdolny obiecać wyborcom siłę spokoju, ciętą ripostę i powrót do tego, co było.

Polską doktrynę unijną i pomysł na „twarde” bezpieczeństwo (inny niż „amerykański lotniskowiec w Europie”) będą pisać eksperci, ale opowiedzą ją wyborcom – politycy. To oni będą musieli przekonać ludzi, że ogarniają ten świat lepiej od Morawieckiego z Kaczyńskim i że mają receptę na trudne czasy. Na ruinach PiS-owskiej polityki zagranicznej opozycja musi więc zbudować nowy gmach – swój pomysł na Polskę w burzliwym świecie. Musi go po prostu wymyślić. Bo rechot z lizusa zruganego przez nauczycielkę prymusem jeszcze nie czyni.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.