Felieton

Kocham cię jak Islandię

Kilkanaście tysięcy ludzi wyszło na główny plac Reykjaviku i obaliło premiera. Snowden pyta, czy był to największy protest w historii. Oczywiście, że nie. Islandczycy organizowali już większe.

Kilkanaście tysięcy ludzi wyszło na główny plac Reykjaviku i obaliło (pokojowo) premiera. Edward Snowden pyta, czy był to największy (procentowo, biorąc pod uwagę liczbę ludności kraju) protest w historii – bo przecież Islandia ma tylko 330 tysięcy mieszkańców. Głupie pytanie – oczywiście, że nie był. 3 albo 4 procent Islandczyków zebranych na jednym wiecu politycznym to dużo poniżej ich możliwości.

24 października 1975 roku w stolicy Islandii zebrało się około 25 tysięcy demonstrantów, głównie kobiet, manifestujących na rzecz równouprawnienia płci – to było ponad 11 procent ówczesnych mieszkańców kraju, a wszystkich uczestniczek strajku (nazwanego, dla złagodzenia wizerunku „dniem wolnym” – wolnym od pracy w pracy i pracy w domu) było niemal 100 tysięcy. Nie trzeba dodawać, że TAKI protest przyniósł efekt – już pięć lat później Islandia miała pierwszą na świecie kobietę-prezydenta wybraną w demokratycznych wyborach, a dziś należy pod tym względem do „najrówniejszych” krajów świata.

Nieco bliżej naszych czasów, bo na początku 2009 roku fala masowych demonstracji doprowadziła do przedterminowych wyborów. Obywatele pogonili wtedy na drzewo polityczne elity swego kraju, które przez poprzednich kilkanaście lat prywatyzowały, uwalniały i deregulowały – najpierw przemysł i handel, a potem system bankowy i finansowy – przerabiając w końcu jedno z najbardziej egalitarnych i zamożnych państw opiekuńczych w jeden wielki (i rozwarstwiony) fundusz hedgingowy.

Reakcja wkurzonych obywateli odpowiadała skali kryzysu, bo krach był naprawdę bolesny. Nie mogło zresztą być inaczej, skoro wcześniej przez cztery lata (2003-2007) wartość rynku nieruchomości na Islandii wzrosła trzykrotnie, islandzkiej giełdy dziewięciokrotnie, a systemu bankowego (wraz z zagranicznymi filiami) kilkudziesięciokrotnie. Kiedy tak nabrzmiały balon pęka, mnóstwo ludzi zostaje z niespłaconymi długami (do tego w obcej, nagle horrendalnie drogiej walucie), niewykończonymi domami i widmem przymusowej emigracji zarobkowej.

Żeby nie było wątpliwości – krachu nie da się przezwyciężyć efektownym marszem pod parlament, a wymiana rządu w niczym nie musi pomóc (o czym aż nazbyt dobrze po swoim kryzysie przekonali się np. Bułgarzy). Kiedy kolejny, wybrany w 2009 roku rząd Islandii podpisał z zagranicznymi (głównie brytyjskimi) wierzycielami umowę, która statystycznego Islandczyka obarczała ciężarem kilkunastu tysięcy euro długu – obywatele wyszli na ulicę ponownie i wymusili stosowne referendum. Przytłaczającą większością odrzucili pomysł, by ich rząd za ich pieniądze zwracał depozyty utopione w zagranicznych filiach islandzkich banków (które poprzedni rząd zmuszony był znacjonalizować). Mało tego, wykreowali atmosferę nacisku wystarczającą, by choć część finansowych manipulantów postawić przed sądem.

I żyli – po referendum – długo i szczęśliwie? Znowu niekoniecznie.

Ten sam polityk, który karierę zrobił na obronie (autentycznych) interesów islandzkiego ludu, w ostatni poniedziałek podał się do dymisji po kolejnej kilkunastotysięcznej demonstracji pod islandzkim parlamentem.

Sigmundur David Gunnlaugsson, którego na fotel premiera wyniosła popularność ruchu „W obronie Islandii” wymierzonego przeciw zagranicznym wierzycielom, ukrył przed opinią publiczną fakt, że do grona wierzycieli upadłych islandzkich banków należy też jego żona, a przez chwilę należał także on sam, jako współwłaściciel zarejestrowanej na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych spółki. Już samo posiadanie udziałów w firmie z raju podatkowego budzi co najmniej podejrzenia; tym większe, że rząd Gunnlaugssona zmienił reguły podatkowe obowiązujące przy wyprowadzaniu pieniędzy z Islandii – zdaniem ekspertów dzięki nim około 2 miliardów euro więcej zostało w kieszeniach zagranicznych inwestorów, tyleż zaś mniej w budżecie islandzkiego państwa. Były już premier tłumaczy, że jego rząd w negocjacjach z wierzycielami faworyzował spłaty ulokowanych w Islandii oszczędności, a nie obligacji – działał zatem wbrew interesom własnej żony; obywatele nie mają jednak wątpliwości, że konflikt interesów między Gunnlaugssonem-szefem rządu (reprezentant dłużnika) i Gunnlaugssonem-mężem (krewny wierzycielki) jest oczywisty. Tak bardzo, że jego dymisji domagał się nawet minister finansów z koalicyjnej partii; ten sam, który dzięki Panama Papers okazał się byłym właścicielem innej spółki w raju podatkowym, tym razem na Seszelach.

Islandia ma więcej szczęścia niż inne kraje – jest praktycznie samowystarczalną energetycznie wyspą, ma resztki socjalnej siatki bezpieczeństwa, jakiej nawet dwadzieścia lat neoliberalizmu nie zdołało unicestwić i żywą kulturę współczesną, dzięki której słyszały o tej wyspie miliony ludzi na świecie. To wszystko „robi różnicę”: za podobny opór stawiony wielkim wierzycielom inny kraj mógłby zostać zmieciony z gospodarczej mapy świata. Z tego choćby powodu siła aktywnego i świadomego „społeczeństwa politycznego” w Reykjaviku jest dużo większa niż w Atenach, gdzie przyćmiewa ją potęga Trojki i własne klientelistyczne sitwy czy w Kijowie, gdzie zagrażają jej rodzimi oligarchowie, skorumpowani politycy, imperium na wschodzie i jeszcze Międzynarodowy Fundusz Walutowy do towarzystwa.

Mimo lokalnej specyfiki, Islandczycy dowodzą reszcie świata, że masowe uczestnictwo w polityce nie musi się ograniczać do doraźnej „kontr-demokracji”.

Zorganizowani obywatele, strajkujący, demonstrujący, piszący w Internecie konstytucję – mogą nie tylko pozbyć się rządzących, nie tylko „pokazać elitom czerwoną kartkę” czy wywieźć spekulanta na taczce, ale też narzucić nowe standardy zachowań, wymusić zmianę polityki, zakwestionować cały obowiązujący porządek. Czy chodzi o spłatę nie swoich długów, równe płace kobiet czy unikanie podatków – to masowe wystąpienia i zorganizowane akcje zbiorowe popychały islandzką historię społeczną i polityczną do przodu.

Z „drugiej Irlandii w Polsce” Donalda Tuska wyszła raczej druga Polska w Irlandii, skąd nie wróciły już setki tysięcy naszych rodaków. Z drugiej Japonii Wałęsy nie wyszło nic. Na szczęście to nie ostatnie kraje, z których można coś sensownego zaimportować.

 

**Dziennik Opinii nr 98/2016 (1248)

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej

Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.