Felieton

Z Wrocławia do Tangeru i z powrotem

max-cegielski

Co mogę zrozumieć z długiej i skomplikowanej historii Wrocławia, wracając tu raz do roku na festiwal Nowe Horyzonty?

Wzdłuż dawnej fosy, Promenadą Staromiejską dookoła starego centrum. Od Krupniczej wzdłuż Dzielnicy Czterech Świątyń, gdzie blisko siebie stoją sobór prawosławny, kościoły katolicki i ewangelicko-augsburski oraz synagoga. Dalej za ulicą Ruską wzdłuż Podwala w dzikie, zaśmiecone krzaczory nad Odrą, potem Grodzką obok opustoszałych budynków na wysepce Tamka i eleganckimi bulwarami z widokiem na Ostrów Tumski. Doceniam zmiany, jakie przeszło miasto od 1989 roku, ale zamiast hasła Europejskiej Stolicy Kultury: „Wroclove” ciągle myślę: „Breslau”.

Ani tworzenie tutaj twierdzy przez nazistów, ani sowieckie naloty z 1945 roku, ani współczesne inwestycje nie zniszczyły siatki urbanistycznej. Dlatego czuję się nad Odrą zupełnie inaczej niż w Warszawie, której miejska tkanka rozpada się na strzępy, mam wrażenie miejskości jak w Berlinie. Co jednak mogę zrozumieć z długiej i skomplikowanej historii Wrocławia, wracając raz do roku, spacerując, gapiąc się –„flaneurując”? Chciałbym tutaj pomieszkać i lepiej pojąć to miejsce, zaczynając pracę chociażby od Hieronima Bonapartego, który po zdobyciu grodu w 1807 nakazał zburzyć fortyfikacje wzdłuż fosy, co umożliwiło rozwój Wrocławia – to dało mu oddech i przestrzeń. Od tej metaforycznej kapitulacji-rewitalizacji mógłbym zacząć opowieść i może po roku intensywnej pracy miałbym prawo zaproponować jakąś wizję historii.

Zawsze jednak miałbym wątpliwości co do prawomocności swoich sądów, podobnie jak twórcy dyptyku: filmów Mimosas oraz Niebo drży, ziemia boi się, a oczy nie są braćmi, które oglądam na festiwalu Nowe Horyzonty.

Reżyserem pierwszego dzieła, biorącego udział w konkursie głównym, jest Oliver Laxe, potomek hiszpańskich emigrantów urodzony we Francji, ale od dawna mieszkający w Maroku. Znając arabski, nakręcił zanurzony w lokalnej kulturze film – moralitet, suficką przypowieść, na tyle uniwersalną, że mogłaby być pokazywana na ekumenicznych przeglądach zarówno w Buenos Aires, jak i na Filipinach, w Delhi czy nawet w Warszawie. Kontekst muzułmańskiego mistycyzmu umyka krytykom traktującym Mimosas jako arthousowy, orientalny film drogi, choć wskazówki są oczywiste: szczątkowa akcja rozgrywa się wokół transportu zwłok szejka – mistrza duchowego. Mieszają się jednak plany czasowe, bohaterowie mkną taksówkami przez pustynię, a chwilę potem jadą z szablą u pasa na koniu. To wręcz Burak, cudowny wierzchowiec Mahometa, z ekranu padają słowa o podróży na wschód, aż po Kitaj, zgodnie z hadisem – przypisywaną prorokowi zachętą: „Poszukujcie wiedzy, choćby w Chinach”. Sam Oliver Laxe w wywiadzie dla Filmmaker Magazine mówi, że zarówno kręcenie filmów, jak i islam opierają się na uległości. Nie chodzi mu jednak o sens, jaki niesie książka Michela Houellebecqa, lecz właśnie o suficką akceptację (a także, dodałbym, buddyjską, czy chrześcijańską ) oddanie się drodze – życiu, światu.

Dawno nie widziałem tak spójnego, a zarazem ambitnie artystycznego filmu, którego twórca byłby świadom kontekstu kulturowego, w jakim działa.

A jednak jego kolega, angielski reżyser Ben Rivers nakręcił swój przypis do Mimosas, również pokazywane we Wrocławiu na Nowych Horyzontach, ale w konkursie filmów o sztuce: Niebo drży, ziemia boi się, a oczy nie są braćmi.

„Brutalny esej o orientalizmie” (jak napisał recenzent „Guardiana”) zaczyna się od wskazówki interpretacyjnej, którą trzeba wykorzystać, aby nie zgubić się w tym labiryncie – fragmentu z opowiadania Paula Bowlesa Odległy epizod. Potem film wygląda jak typowy making-of z planu Mimosas, ale nagle, w scenach nawiązujących do Zawodu reporter Antonioniego i Pod osłoną nieba Bertolucciego (nakręconego właśnie na podstawie marokańskiej prozy Bowlesa) zamienia się w koszmar, który śnił się zarówno mnie, jak i innym przewrażliwionym podróżnikom. Bohater, reżyser Oliver Laxe, zostaje porwany przez pustynnych zbójów, którzy nie dość, że odcinają mu język, to jeszcze kradną do końca tożsamość Europejczyka, przebierając go w strój z brzęczących puszek. Zamęczają każąc tańczyć, a w końcu sprzedają jak niewolnika – odwracając tym samym historyczne narracje o dominacji ras i kultur. W oryginalnym opowiadaniu Paula Bowlesa ofiarą jest naukowiec, lingwista, który chce badać kulturę Maroka, ale obraża miejscowych, za co spotyka go sroga kara. Nawet bez kontekstualnych odniesień i doczytywania się tego, co poza kadrem, widz rozumie, że w Niebo drży, ziemia boi się, a oczy nie są braćmi zostaje zanegowana możliwość zrozumienia Południa, Afryki przez przybysza z Północy, z Europy.

To skrajna wersja orientalizmu Edwarda Saida, który zakładał, że każda wiedza gromadzona przez Zachód służy zdobyciu kontroli nad Wschodem.

Film Riversa to także ostateczny wniosek z nauk postkolonialnych, który jednak muszę odrzucić, ponieważ oznaczałby, że nie mogę pisać reportaży o islamie czy Azji. Doprowadzony do granic relatywizm poznawczy zamieniłby się w rodzaj nihilizmu. Pomimo tego, że we Wrocławiu mówi się po polsku, pomimo wspólnoty kulturowej musiałbym uznać, że jako przybysz z Warszawy, nie związany z Dolnym Śląskiem, jestem tu obcy – jak Europejczyk w Magrebie.

Tak oczywiście nie jest, ale podróżując i pisząc zawsze trzeba brać pod uwagę możliwość poznawczego fiaska. Mistrzowi Kapuścińskiemu wierzę tylko wtedy, kiedy w Podróżach z Herodotem przyznaje się do porażki, którą poniósł w Indiach, albo wtedy, kiedy w Szachinszachu wie, że nic nie wie. Podobnie jak Ben Rivers czy godzący się na wystąpienie w jego filmie Oliver Laxe, mógłbym pisać o Wrocławiu, dopiero zrozumiawszy lekcję płynącą z biografii i twórczości Paula Bowlesa. Amerykanin, kompozytor urodzony w 1910 roku, gej żyjący w małżeńskim związku z pisarką Jane Bowles, w 1947 przenosi się na stałe do marokańskiego portu Tanger. Pisze wtedy Pod osłoną nieba, powieść o rozczarowaniach czy wręcz grozie podróży, choć już wcześniej, tworząc opowiadanie Odległy epizod, musiał wiedzieć, że nawet jeśli z turysty zamieni się w podróżnika, to i tak grozi mu moralna porażka. Paul Bowles nie był jednak naukowcem – w oparach kifu, czyli mocnej marihuany, w objęciach młodych chłopców, których usługi mógł za grosze kupić w biednej Afryce, pisał artykuły dla zarobku oraz autobiograficzną, subiektywną prozę. Czasem tak oniryczną, że jego śladem, ale przesuwając dużo dalej granicę eksperymentu, poszedł William Burroughs, gdy pisał w Tangerze od 1954 roku, już w głębokim narkotycznym obłędzie. Potem Paul Bowles i Burroughs przyciągnęli do Maroka młodsze pokolenie amerykańskich bitników, do Magrebu powędrowali Kerouac, Ginsberg i inni.

Była to z jednej strony wczesna wersja hippie trail, ucieczka na Wschód w poszukiwaniu wolności, ale z drugiej czysty kolonialny wyzysk: w Maroku tanie było nie tylko jedzenie, spanie i narkotyki, ale przede wszystkim homoseksualny seks.

Ten aspekt zachodniego wykorzystywania lokalnego świata krytykował między innymi marokański pisarz, emigrant żyjący we Francji: Tahar Ben Jelloun. W jeszcze nie wydanej po polsku powieści Partir z 2006 roku gospodyni z Tangeru peroruje o amerykańskich pisarzach, którzy „chcą wszystkiego: młodych, zdrowych kobiet i chłopców z ludu, którzy nie potrafią pisać ani czytać, usługujących za dnia i w nocy. Wiązana umowa, pomiędzy seksem buch z fajki, żeby Amerykaninowi się lepiej pisało” (luźne tłumaczenie własne). Potem opowiada o pracy typów takich jak Bowles nad nagrywaniem, spisywaniem i „tłumaczeniem” marokańskich mistrzów oralnych opowieści, którzy są wykorzystywani artystycznie i finansowo przez przybyszy. Tahar Ben Jalloun jeszcze w esejach z lat 70. pisał o „gwałcie” (w każdym znaczeniu tego słowa) – jego zdaniem niecnym i kolonialnym procederze eksploatacji egzotyki przez Bowlesa. Amerykanina o nadużycia oskarżali zresztą sami Marokańczycy, aż do jego śmierci w 1999 roku.

Nawet mając świadomość wszystkich tych uwikłań, wobec pisarzy: Bowlesa oraz Burroughsa czy filmowców z Nowych Horyzontów: Olivera Laxe’a oraz Bena Riversa trudno stosować wymagania, jakie mamy wobec reporterów. Ci ostatni udają, że są obiektywni, choć jako dziennikarze, poniekąd etnografowie powinni mieć świadomość swoich ograniczeń. Jeśli więc miałbym wrócić do Wrocławia i napisać o Wroclove/Breslau, to chyba tylko subiektywną metodą, na pograniczu faktów i fikcji, ale i tak przygotowany na porażkę.

POWSTANIE-UMARLYCH-HISTORIA-POWSTANIE-WARSZAWSKIE-Marcin-Napiorkowski **Dziennik Opinii nr 211/2016 (1411)

Bio

Max Cegielski

| Dziennikarz, pisarz

Dziennikarz, pisarz. W TVP Kultura współprowadził „Halę Odlotów” uhonorowaną nagrodą Grand Press w 2015 roku. Autor między innymi książek „Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu” (Nagroda imienia Beaty Pawlak, 2009), „Mozaika. Śladami Rechowiczów” (2011), oraz „Wielki Gracz. Ze Żmudzi na Dach Świata” (2015). Twórca i kurator projektów artystycznych: Migrujący Uniwersytet Mickiewicza (Stambuł), Global Prosperity (Gdańsk, Warszawa). Współautor (wraz z Anną Zakrzewską) wielu reportaży i dokumentów telewizyjnych o sztuce współczesnej.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Nie zajmę się krytyką polityczną i chyba nie otrzymam odpowiedzi ? będzie to zrozumiałe ! jednak z dużą dozą nieśmiałości,odważę się zapytać o korzenie rodzinne ! a mianowicie ,czy Rodzina Szanownego Pana Cegielskiego pochodzi ze Lwowa ? a może dziadek kończył Politechnikę w Wiedniu ? będę wdzięczna za odpowiedź i przepraszam ,że tak prywatne pytanie z poważaniem ( Księgarnia bardzo interesująca ! ) Ewa Grzona ,korzeniami z Cegielskich