Felieton

W 966 i w 1989 kluczowa jest kwestia elit

Niestety sam pamiętam, jak głęboko w umysłach siedziała wtedy szkoła twardego neoliberalizmu i braku szacunku wobec robotników, którzy przecież zdemontowali system.

Dwanaście kilometrów od Koszalina, na wybrzeżu Bałtyku, leży Mielno – „twój promień słońca”, jak reklamuje się gmina. Na oficjalnej stronie internetowej w dziale historycznym można co prawda przeczytać, że w 1804 roku wieś zakupił ród Schmelingów, ale później w dziejach rybackiej osady zdaje się ziać wielka wyrwa: Grossmollen w jakiś tajemniczy sposób nagle zamienia się w Mielno. Jeszcze parę lat temu, kiedy po raz pierwszy przyjechałem w te okolice na festiwal „Młodzi i film”, przy wysadzanej drzewami ulicy 1 Maja stały piękne poniemieckie wille. Tego roku odkryłem, że wyburzono już większość z nich, ponieważ nie były wpisane do rejestru zabytków, a na ich gruzach planuje się np. „parterowe obiekty handlowe”. Fakt, że w ulicę 1 Maja skręca się z miejsca, gdzie ulica Lechitów łączy się z Bolesława Chrobrego, zakrawa w tym kontekście na okrutną ironię. Jak zwykle w Polsce: lubimy pomniki i historyczne nazwy alei, skwerów i placów, natomiast namacalne ślady przeszłości wolimy wyburzać, są niewygodne.

Podobnie jest ze słowiańską, pogańską tradycją sprzed 966 roku, ale można ją wskrzesić nagrywając płytę pt. Brzask Bogów, jak to uczyniła formacja Lelek. Jej lider Maciek Szajkowski podobnie jak w Kapeli ze Wsi Warszawa czy na płytach firmowanych jako RUTA, realizuje pewien intelektualno-muzyczny program pod hasłem „korzenie patrzące do przodu”. Znajomość tradycji, szczególnie tej wypartej, służy w takim ujęciu nie ucieczce w przeszłość, lecz twórczemu myśleniu o przyszłości. Aby to było możliwe, nie można poprzestać na ortodoksyjnej dbałości o szczegół – należy uwolnić umysł i wyciągnąć wnioski. Nawet jeśli purytanie uznają je za zbyt daleko idące i heretyckie.

Do takich właśnie wywrotowych idei należy także stwierdzenie, że skoro w X wieku świat islamu stał na dużo wyższym poziomie rozwoju niż chrześcijańska Europa, to Mieszko nie powinien się chrzcić, lecz raczej powinien zostać muzułmaninem. Pierwszym autorem, który wyciągnął taki radykalny wniosek, według mojej wiedzy, jest doktor Kacper Pobłocki, którego książka Kapitalizm. Historia krótkiego trwania ukaże się tej jesieni w wydawnictwie Fundacji Bęc Zmiana. Czytałem jej fragment w ubiegłym roku (w celu rekomendacji tekstu do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego) i zainspirował mnie on później do napisania felietonu pt. Państwo Piastów za muzułmańskie pieniądze. Czekając na publikację Pobłockiego, warto jeszcze raz – skoro opadł już kurz wzniecony wokół rocznicy chrztu i nim podniesie się na nowo w trakcie Światowych Dni Młodzieży – wyobrazić sobie „dobrą zmianę” i reakcję elit czasów księcia Mieszka. Dla mnie szczególnie ciekawe jest zestawienie modernizacji 966 roku z transformacją „sweet 80s/90s”. (Tak, „sweet” jest ironiczne; gdyby ktoś miał wątpliwości, nie musicie od razu pisać równie zjadliwych co sążnistych komentarzy w tej sprawie.) Obydwa słowa brzmią zarazem uwodząco i groźnie, ponieważ zawierają dwuznaczny dźwięk podobny do odgłosów, które wydają bawiący się na podwórku chłopcy, gdy naśladują odgłos karabinu maszynowego: „TRRRansformacja”, „ModeRRRnizacja”.

Obydwa pojęcia oznaczają zmianę, a dopiero po skończeniu czterdziestki zrozumiałem, że zarówno dla dojrzałego liberała, jak i dla konserwatysty zmiana tak naprawdę nie kojarzy się z niczym dobrym.

Obydwa pojęcia oznaczają zmianę, a dopiero po skończeniu czterdziestki zrozumiałem, że zarówno dla dojrzałego liberała, jak i dla konserwatysty zmiana tak naprawdę nie kojarzy się z niczym dobrym. Dlatego zresztą pretorianie prezesa rozumieją ją jako powrót do przeszłości, cofnięcie się w czasie do wyimaginowanego stanu lepszego niż współczesny. Poza tym zmiana, nawet jeśli po latach zostanie nazwana rewolucją, jest długotrwałym procesem. Dlatego nic dziwnego, że redaktor strony Mediewalia.pl, Grzegorz Antosik, w kolejnym artykule o 966 roku przypomina: „Chrystianizacja nie była procesem nieodwracalnym a ochrzczenie władcy nie oznaczało, że odtąd wszystko będzie szło we właściwym kierunku. Poganie pozostawali na tyle silni, by stawiać zbrojnie opór zagrażającej im władzy a nawet usunąć chrześcijańskiego władcę, ustanowić własnego i przywrócić stare porządki”. I podaje liczne przykłady z historii Czechów, Morawian, Rusów, Szwedów, Luciców. Proces chrystianizacji, podobnie jak setki lat późniejsza transformacja Polski, czasem nie tylko się zatrzymywał, lecz wręcz zawracał.

Antosik pisze też, że władca przyjmował chrzest „pomimo oczekiwanych szkód”. „Optymistycznie odmalowany ogrom korzyści, jakie Polska zyskała u zarania swej państwowości dzięki chrystianizacji, skalą rozdmuchania przypomina raczej bańkę finansową na amerykańskim rynku nieruchomości przed kryzysem w 2009 roku”. Ironiczne porównanie prowadzi redaktora portalu Mediewalia.pl do kolejnej heretyckiej idei: Mieszko, zmieniając religię, „a w szczególności na wrogą wobec tradycyjnych kultów, alienował się od reszty społeczeństwa. Nie mógł liczyć na zrozumienie i akceptację”.

Mieszko, zmieniając religię, „a w szczególności na wrogą wobec tradycyjnych kultów, alienował się od reszty społeczeństwa. Nie mógł liczyć na zrozumienie i akceptację”.

Prezes, książę Kaczyński może potraktować to jako słowa pociechy w kontekście swojej rewolty, ale ja znajdę ukojenie w innym zdaniu: „Zrozumienie i wsparcie mógł książę uzyskać w zagranicznych ostojach chrześcijaństwa – w Cesarstwie i u papiestwa. Odtąd jednak pewne sprawy wymykały się z rąk panującego i to nie przejściowo a na trwałe. Część decyzji dotyczących Polski zapadała poza nią na zasadzie religijnej legitymizacji, umniejszając w ten sposób suwerenność kraju”. Tak jak pisałem w innym felietonie: chrzest był zdradą ojczyzny, padaniem na kolana przed Europą.

Uogólniając, wręcz ahistorycznie, za to felietonowo: zarówno w 966, jak i około 1989 roku kluczowa jest kwestia elit, czy też klasy średniej, albo też – wobec jej zasadniczego braku w PRL – inteligencji, szczególnie opozycyjnej. Dzięki różnym ekspiacyjnym wywiadom, jak ten Grzegorza Sroczyńskiego z Michałem Bonim, potwierdziło się to, co już wcześniej podejrzewaliśmy. Opozycja w 1989 roku nie mogła wybrać nic innego niż krwiożerczy, nienowoczesny kapitalizm, ponieważ nie wiedziała o istnieniu innych modeli. Potwierdzają to zresztą wspomnienia Davida Osta, który mówi o tym, że w latach 80. późniejsi ministrowie i inni trzymający rząd dusz czytali Friedricha Hayeka. Teraz, z perspektywy czasu, wiemy, że po okrągłym stole można było postąpić inaczej – zamiast aplikować „terapię szokową” działać przynajmniej rozważniej i wolniej.

Niestety jednak sam pamiętam, jak głęboko w umysłach siedziała wtedy szkoła twardego neoliberalizmu i braku szacunku wobec robotników, którzy przecież zdemontowali system.

W latach 90., kiedy różne związki zawodowe protestowały w Warszawie, sam naigrywałem się z ich niezrozumienia kosztów transformacji. Głupi byłem; nie wiem, czy zmądrzałem, ale ludzie dawnej opozycji, kiedy znaleźli się u władzy po 1989 roku, mogli więcej czytać i zrozumieć, że można rządzić inaczej. Niestety zajęci rządzeniem przestali czytać – nie czytali nawet raportów, które sami zamówili. Wiemy, jak się to skończyło. Wystarczy samokrytyki, czas przejść do działania.

Rodzi się jednak pytanie: czy Mieszko wiedział o tym, że oprócz chrześcijaństwa ma do wyboru także islam, czy też, podobnie jak pragnące twardego kapitalizmu elity w 1989 roku, nie potrafił sobie w ogóle wyobrazić innego wyjścia? Czy w ogóle miał szansę zastanawiać się nad tym, że prawdziwym skokiem cywilizacyjnym byłoby zostać muzułmaninem, jak to wymyślił jako pierwszy dr Pobłocki? Wyobraźmy sobie jeszcze raz księcia „wikinga” czy też „Polaka” (wszystko w cudzysłowie, ponieważ Polaków wtedy nie było, podobnie zresztą jak „Europy” i „klasy średniej”) otoczonego drużyną Normanów.

Wiemy, że pieniądze na inwestycje zdobywał nie pisząc wnioski do UE, lecz sprzedając niewolników do kalifatu w Bagdadzie.

Musiał chyba rozumieć, że skoro tam mają pieniądze na kupowanie taniej siły roboczej, to znaczy, że stoją na wyższym szczeblu rozwoju. A może nie wiedział, nie do końca pojął, co na płaszczyźnie kulturowej znaczą te ekonomiczne fakty? Nawet jeśli wiedział, to dumając ze srogą miną długo w noc, nie myślał o abstrakcyjnej historii ani o długim trwaniu. Z powodu presji sąsiadów i najbliższego kontekstu polityczno-kulturowego zapewne jego otoczenie, elity, „tłuste koty” pchające się do „koryta”, namawiały księcia na szybki awans poprzez pozbycie się części suwerenności na rzecz instytucji Kościoła, papieża i Cesarstwa. Kiedy podjęto decyzję o formie transformacji to nadal upijali się z żalu przy długich stołach, rzucając psom kości z tłustych mięsiw i tłumacząc sobie wzajemnie, że „takie są koszty”, „nic nie da się zrobić”, „takie jest życie”, „na tym polega polityka”. Każda transformacja oraz każda modernizacja, niezależnie od tego, gdzie i kiedy się odbywa, oznacza dokonanie wyboru, oznacza ofiary. Nie odbudujemy już poniemieckich willi w Mielnie, nie zostaniemy ponownie słowiańskimi poganami, nie przejdziemy już na islam, nie cofniemy się w czasie i nie odwołamy planu Balcerowicza. Historii nie da się nigdy zawrócić, ale można wyciągnąć z niej wnioski i wziąć się wreszcie do roboty. A o gierkowskiej modernizacji będzie jednak za dwa tygodnie.

Zinn-Ludowa-historia-stanow Wydawnictwo-Krytyki-Politycznej-Promocja-Wakacyjna

**Dziennik Opinii nr 197/2016 (1397)

Bio

Max Cegielski

| Dziennikarz, pisarz
Dziennikarz, pisarz. W TVP Kultura współprowadził „Halę Odlotów” uhonorowaną nagrodą Grand Press w 2015 roku. Autor między innymi książek „Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu” (Nagroda imienia Beaty Pawlak, 2009), „Mozaika. Śladami Rechowiczów” (2011), oraz „Wielki Gracz. Ze Żmudzi na Dach Świata” (2015). Twórca i kurator projektów artystycznych: Migrujący Uniwersytet Mickiewicza (Stambuł), Global Prosperity (Gdańsk, Warszawa). Współautor (wraz z Anną Zakrzewską) wielu reportaży i dokumentów telewizyjnych o sztuce współczesnej.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Droga "Krytyko", Panie Cegielski.

Przeczytałam dziś, że powyższy tekst zawiera fragment, który jest plagiatem. Spodziewam się, że wiecie o czyje słowa chodzi. Nie spodziewam się za to publikacji niniejszego komentarza. Pisząc chcę dać upust swojemu oburzeniu i złości na to, że nie widzicie nic złego w czynieniu tego, co krytykujecie na łamach. Jest na takie zjawisko kilka określeń, nie użyję ich jednak, pozostawiając Waszej wyobraźni, które z nich najbardziej byłyby bliskie Waszej postawie.

Złamanego grosza nie wydam więcej na publikacje Waszego wydawnictwa. I będę opowiadać o tej sytuacji swoim znajomym i nieznajomym. Chyba że przyznacie się do błędu i go naprawicie. Wtedy przestanę.

Szczerze życzę Wam krytycznego spojrzenia na Wasze poczynania zaprzeczające upowszechnianym przez Was ideom. Gdybyście się namyślili, dajcie znać.

Z życzeniami wszystkiego co sprawiedliwe (wolne, równe i braterskie).

Jakim moralnie scierwem trzeba byc zeby krasc czyjs nieopublikowany tekst troche go zmienic i sie pod nim podpisac. Doprawdy zenujace