Felieton

Szanowne Łodzianki i Łodzianie

Nie pisałem, że „Łódź no future”.

Spod wieżyc twierdzy Scheiblera, pomiędzy domami jego robotników – Księżym Młynem, dalej parkiem Źródliska, na Targową, gdzie w latach 90. bywałem regularnie, jako kolega studentów Filmówki, potem kandydat do szkoły i wreszcie jej wolny słuchacz. Wtedy Łódź była miastem zamykanych fabryk, którego przyszłość jeszcze się nie narodziła. Wiele od tamtej pory się zmieniło – widzę to, szanowne Łodzianki i Łodzianie. Zawracam, żeby spojrzeć na „beczki” (choć kształt miał raczej symbolizować szpulki na nici) w słupach warownej bramy do dawnej fabryki Grohmana, gdzie po rewitalizacji ma siedzibę Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna. Jadę dalej do Kilińskiego, na Waszym miejskim rowerze, najbardziej lubię ten odcinek na północ od Piłsudskiego, gdzie nie jeżdżą teraz tramwaje (tak, oczywiście, wiem: to w związku z finiszem prac nad nowym dworcem Łódź Fabryczna oraz centrum naukowo-kulturalnym w elektrowni). W lewo w park i do Sienkiewicza. Nie idę do Off Piotrkowska, którego na pewno zazdroszczą wam warszawiacy, ale ja nie zamierzałem i nadal nie planuję porównywać miast. Nie jestem „znanym dziennikarzem”, nigdy nie określiłbym siebie w ten sposób. Jednak łódzka „Gazeta Wyborcza” była łaskawa tak właśnie zaanonsować mnie jako autora, umieszczając skrót mojego poprzedniego felietonu z Krytyki Politycznej, który wzbudził Wasze wzburzenie – szanowne Łodzianki i Łodzianie. Ciekawy (niestety globalny, a nie lokalny) jest ten nowy zwyczaj „medialnego kanibalizmu”, tworzenia własnego „kontentu” i prowokowania „klikalności” za pomocą streszczania tekstu z innej redakcji, ponieważ w „Gazecie” nikomu nie chce się napisać choćby pozoru polemiki, w której można by przecież zamieścić obszerne cytaty. Rozumiem, że tym razem łódzka gazeta streści ten ciąg dalszy?

Wchodzę do zacnej piwiarni Anna na Tuwima i wkrótce dowiaduję się, że ponoć zamierzałem was sprowokować. Tłumaczę więc wtedy w barze (gdzie kiedyś zamiast telewizora była papuga), i teraz tutaj – jak tam obiecałem – że zaszło jakieś nieporozumienie między nami, drodzy gospodarze, obywatelki i obywatele trzeciego pod względem liczby mieszkańców miasta w Polsce. Dwa tygodnie temu pisałem o różnych wizjach nowoczesności w historii.

Użyłem Łodzi jako przykładu nie dlatego, że nie wierzę w przyszłość tego miasta, lecz właśnie dlatego, że przynajmniej do 1918 roku było ono symbolem nowoczesności na terenach dawnej Polski.

Właśnie dlatego, dużo lepiej niż wówczas zacofana Warszawa (o której nie wspomniałem w tekście ani słowem, ponieważ moim celem nie były żadne przepychanki), Wasze miasto pozwala snuć rozważania na temat modeli przyszłości. Nie pisałem, że „Łódź no future”, więc jeśli o to pytacie: oczywiście, że, jak każda duża i historyczna metropolia, ma przed sobą różne możliwości. To, że nie lubię wielkich centrów handlowych, nawet jeśli mieszczą się w zrewitalizowanych fabrykach (za co Manufaktura dostała międzynarodowe nagrody, wiem), nie oznacza, że chciałbym w Łodzi widzieć jakiś „skansen”. Moje melancholijne spojrzenie na wciąż zrujnowane fabryki nie łączyło się wcale z wnioskiem, że w takim stanie należy je pozostawić. Macie rację – szanowni Łodzianie i Łodzianki – że tacy sami „ludzie, których stać na to, żeby ładnie wyglądać” chodzą do „shopping malls” na całym świecie. Znów: nie napisałem nigdzie, jakoby w Warszawie klient „galerii handlowej” miał wyglądać inaczej, więc czemu się denerwujecie? W barze Anna usłyszałem, że Manufaktura, jako „sztuczne miasto”, jest w pewnym sensie powrotem do przedwojennej „amerykańskości”, o której pisał Karol Hiller i inni awangardziści. Im jednak chodziło o rytm i tempo, tu zaś chodziłoby raczej o Baudrillardowskie symulakrum: Las Vegas na pustyni, co owszem, jest współczesną kontynuacją „wystaw światowych”, pasaży, świata paryskich flâneurów i tematu badań Waltera Benjamina. Dwa tygodnie temu pisałem tylko o tym, że każdy projekt nowoczesności, w każdym punkcie Polski i świata, szybko się starzeje, właśnie przez swoją wizyjność, zawartą w nim futurologię, awangardyzm. Ponieważ poczuliście się znieważeni, jakbym był „menelem” Lindą, pospieszę z wyjaśnieniem: to samo o „starej modernizacji” można by napisać na temat Las Vegas, Warszawy, Ankary, Wrocławia, Pcimia, Czandigarhu, ale ponieważ byłem akurat u Was, więc pisałem o Łodzi.

Skoro zaś mowa o czarnej legendzie miasta, to nie napisałem o niej ani słowa, ale, co ciekawe, widzieliście w tekście słowa, których tam w ogóle nie było. Uważaliście, że muszą być, ponieważ napisałem „śródmieście jest spokojne jak trup”, więc dziś mogę dodać: „wytworny trup”, albo „trup budzący się do życia”, a nawet mogę wspomnieć o kolejnych programach rewitalizacji stu, dwustu czy trzystu kamienic. Brawo, pani prezydent Łodzi, – powiem nawet, proszę mi wybaczyć poufałość: Pani Hanno (Zdanowska)!

Kiedy druga Hanna, ta w stolicy (Gronkiewicz-Waltz) zostanie już aresztowana przez pretorian nowej władzy ogólnopolskiej, chętnie poproszę w Łodzi o azyl: ja oraz wielu innych warszawiaków.

Nie piszę jednak sponsorowanych tekstów, nie biorę kasy z programu „Łódź kreuje” i mam prawo widzieć dwie strony medalu. Zaletą Łodzi jest to, że nie było w niej powstania, więc tysiące kamienic przetrwały II wojnę światową. Dlatego macie – szanowne Łodzianki i Łodzianie – więcej domów, pałaców i fabryk do renowacji niż jakiekolwiek inne miasto. Zazdroszczę tego oraz faktu, że wprowadzono tutaj konserwatorski „standard Piotrkowskiej”, rzecz nie do realizacji gdzie indziej, gdzie rządzą deweloperzy, a nie władza wybrana przez społeczeństwo. Natomiast o tym, że Manufaktura wyssała życie ze śródmieścia, wie każdy taksówkarz, historyk, socjolog, kibic Widzewa i ŁKS-u, słyszałem to w Łodzi wiele razy. Na samą główną ulicę (tak, wspaniale, że przeznaczona jest głównie dla rowerów) i jej przyległości wraca energia, ale przecież sami przyznacie, że dalej, w bok, na krańcach śródmieścia jest inaczej.

Przy kolejnym piwie w barze Anna, już po zakończeniu meczu siatkarskiego, którego komentator skrzeczał zamiast papugi, muszę wytłumaczyć się też z Pasaży Benjamina, ponieważ z ich powodu, jadąc pociągiem, wróciłem po latach do Wieśniaka paryskiego. Zachowując wszystkie proporcje, nie zamierzam się równać z Louis Aragonem i klasykami surrealizmu, ale czytając wasze komentarze – szanowne Łodzianki i Łodzianie – poczułem się jak „zaciekły wróg” czy „makiaweliczny osobnik”. Tak kupcy z pasażu Opery określili francuskiego pisarza, który mieszał precyzyjny reportażowy opis sklepów, kawiarni i punktów usługowych z własnymi wizjami. „Stare panny sprzedające laski w galerii Termometru mało nie umarły ze wstydu czytając opis ich wystawy. Jakaś Niemka w ich piankowej fajce! Zwołuje się już co najmniej wojenne narady”. Oburzenie wywołało nadrealne zwidzenie Aragona, który pośród lasek i parasoli na wystawie zobaczył syrenkę, w niej zaś rozpoznał ukochaną Niemkę z czasu I wojny światowej. Autor, za przeproszeniem, olał wzburzenie czytelników, ja zaś postanowiłem podjąć rękawicę, rozumiejąc dzięki jego przypadkowi, że intencje autora drukowanego (czy też publikowanego w sieci), który bujał w obłokach, mogą być źle zrozumiane przez odbiorcę pogrążonego w lokalnym konkrecie. Wtedy drobny fakt, że w domu handlowym Magda nie ma już „amerykańskiego fast foodu”, urasta do rangi poważnego naukowego uchybienia i staje się kamieniem obrazy. Poza tym pawilon z czasów gierkowskiej modernizacji ma dziś inny kolor niż na zdjęciu, ale co z tego wynika? Nic, więc pomyślałem sobie, że kiedy pisałem w Krytyce Politycznej o Wrocławiu, Koszalinie, Mielnie, miasteczku Wilanów, zacni obywatele tych miejsc mieli mnie w głębokim poważaniu i w ogóle nie reagowali. Dlaczego więc akurat w Łodzi, którą nie jestem ani „rozczarowany”, ani „znudzony” (nigdzie nic takiego nie napisałem, naprawdę nie wiem, skąd ten wniosek?), zostałem zmieszany z błotem? Nad tą kwestią możemy podebatować przy piwie w Off Piotrkowska, albo w barze Anna, kiedy nieco wystraszony, ale z podniesioną przyłbicą, przybędę znów na spotkanie z Wami – drogie Łodzianki i drodzy Łodzianie.

LORD-GENDER-PLECAK-KP WYPRZDAZ-WYDAWNICTWO-KRYTYKA-KSIAZKI

**Dziennik Opinii nr 239/2016 (1439)

Bio

Max Cegielski

| Dziennikarz, pisarz
Dziennikarz, pisarz. W TVP Kultura współprowadził „Halę Odlotów” uhonorowaną nagrodą Grand Press w 2015 roku. Autor między innymi książek „Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu” (Nagroda imienia Beaty Pawlak, 2009), „Mozaika. Śladami Rechowiczów” (2011), oraz „Wielki Gracz. Ze Żmudzi na Dach Świata” (2015). Twórca i kurator projektów artystycznych: Migrujący Uniwersytet Mickiewicza (Stambuł), Global Prosperity (Gdańsk, Warszawa). Współautor (wraz z Anną Zakrzewską) wielu reportaży i dokumentów telewizyjnych o sztuce współczesnej.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.