Felieton

Spedalić SS, spedalić kapitalizm… [nowy Witkowski]

„Fynf und cfancyś” wreszcie w księgarniach. Co o książce pisała Kinga Dunin tuż po aferze z „promowaniem nazizmu”?

Przepraszam, powinnam raczej napisać squeerować, zamiast spedalić. Zamiast prowokować, uciec w dyskurs akademicki. Dzięki temu można bezpiecznie mówić rozmaite rzeczy, które w innym wypadku mogłyby okazać się drażniące i kontrowersyjne. W dyskursie naukowym, także w literaturze czy sztuce, wolno więcej. Trzeba jednak zapłacić za to cenę, jaką jest brak wpływu na rzeczywistość. W niektórych wypadkach rzeczywistość upomina się jednak o swoje – wytaczając proces Nieznalskiej albo księdza Oko przeciwko gender. Albo składając doniesienie do prokuratury na Michała Witkowskiego. Przyobleczony w kostium cioty, jako Michaśka, od dawna droczy się on z rzeczywistością i używa do tego środków niskich – skandalu, pudelków, mody, przegięcia, kiczu, głupoty. Niektórzy go kochają, inni nienawidzą, a jeszcze inni z większą lub mniejszą pobłażliwością lekceważą jego popisy, nie zawsze zdając sobie sprawę, jak blisko jest od tego do pogardy.

Świat pudelkowych celebrytów, szemranych elit, modowych wygłupów, imprez dla wybranych też jest, wbrew pozorom, strefą ochronną. Można w niej dużo więcej, ale nic z tego nie wynika, poza chwilowymi burzami w internetowej szklance wody. Tym razem jednak strefa ochronna nie ochroniła. Witkowski za to, że pokazał się na jakieś gali czegośtam w furażerce z emblematem SS został oskarżony o szerzenie nazizmu, opisany w poważnej prasie, a wśród niektórych wzbudził głębokie i święte oburzenie. Inni, ci bardziej tolerancyjni, uważają, że to tylko głupie i niesmaczne i należy mu się co najwyżej prztyczek w nos. Sam Witkowski, jak to przestraszona ciota, przeprasza i mówi, że nie wie, co miał na głowie. Zrobił mu to stylista. Zatem brawa dla stylisty!

Wyjmijmy na chwilę stylizację na głowie Michaśki z kontekstu polskiej medialnej debaty i przenieśmy ją do galerii sztuki współczesnej, gdzie krytycy zajmą się odczytywaniem jej sensów. Jak wiadomo, sensy mieszkają w galeriach, a nie na podejrzanych imprezach.

Paski – co prawda skośne, ale mogą się kojarzyć z obozowym pasiakiem. I do tego są różowe. Czy prowadzi nas to do tematu gejowskich ofiar holocaustu i wypada się oburzyć? Na tym tle ozdobiony jarmarcznymi fidrygałkami symbol SS zostaje pozbawiony swego pierwotnego sensu, można powiedzieć, że zostaje spedalony. Wyśmiany. Jego znaczenie ulega transformacji. Niepokoi i narusza sacrum: płci, Zagłady, stosunku do groźnej symboliki. Obnaża fascynacje, które usiłujemy ukryć. Gdyby ktoś, powiedzmy, w roku 1940 w Berlinie stworzył takie dziełko i oznajmił, że ma ono propagować faszyzm, zapewne po okrutnych torturach zostałby powieszony na haku.

Kwestie styku popkultury, kiczu i hitlerowskich symboli, porno i homoerotyzmu chłopców w niemieckich mundurach (projektowanych chyba przez Hugo Bossa) bardzo dobrze nadają się do rozmaitych analiz. Można o tym napisać magisterkę, a nawet doktoracik. Tylko oczywiście trzeba zacząć od rozważań o kampie, zacytować Susan Sontag, wspomnieć o subwersji i abiekcie. A można to też po prostu pokazać!

„Spedalić” w ustach homofoba, także w potocznej polszczyźnie, to określenie pejoratywne, poniżające i degradujące, w kampie – sparodiowane, doprowadzone do absurdu – odsłania swoje drugie dno. To upokorzenie obrócone przeciwko upokorzeniu. Szpila wsadzona w balon patosu. Przesada atakująca granice dobrego smaku, które bywają też ochronnymi granicami obłudy.

I taką strategię stosuje Witkowski przynajmniej od czasów słynnego Lubiewa. Nie pytajmy go jednak, czy chodzi mu o subwersję, queer czy transgresję. Gdyby zapytać o to jakąś ciotę z Lubiewa, można by najwyżej oberwać torebką po głowie. Pisarz jest od tworzenia znaków, ale niekoniecznie od ich komentowania. Postać Michaśki ma już w sobie tyle cudzysłowów, że kolejny jest niepotrzebny. Jest właśnie postacią, kreacją. Twórca Michał Witkowski pisze książki i stworzył Michaśkę.

Lubiewo wzbudziło zachwyt wśród krytyki i uwielbienie dla barwnych peerelowskich ciot wśród czytelników. A przecież cioty były okropne – chutliwe, zawistne, ostentacyjne, łamiące wszelkie normy, gotowe okraść, oszukać, zabić. Stały się jednak wyzywającym i wyzwalającym symbolem. A Witkowski kontynuował Lubiewo pisząc je dalej na własnym ciele. Tak jakby wszystkim swoim fanom i autorom subtelnych analiz literackich mówił: sprawdzam!

Czy naprawdę jesteście gotowi na ciotę i to, co ona ze sobą niesie?

Historia kolejnych megalomańskich, głupich, żenujących i kiczowatych wcieleń Michaśki, najnowszy skandalik i wreszcie jego nowa powieść i jej perypetie stanowią jakąś odpowiedź na to pytanie.

Cioty z Lubiewa żyły gdzieś w swoim oddzielnym świecie. W krzakach, w pisuarach, podejrzanych spelunkach, nawet jeśli widoczne, to niewidoczne – nie było nawet języka, żeby je opisać. W opozycji do całego nudnego i opresyjnego porządku. W kapitalizmie działa to inaczej – potrafi on zassać i zneutralizować rozmaite dziwactwa. Nawet skandal, który mógłby być skądinąd pouczający, przerobi na swoje kopyto. Ostatecznie może napędzić hejterską nagonkę, która jest bardziej obrzydliwa niż najbardziej obrzydliwe postępowanie, albo wstrzymać wydanie powieści. Tak właśnie wydawnictwo Znak postanowiło postąpić z Fynf und cfancyś, ale na szczęście wcześniej rozesłano egzemplarze recenzenckie. I z radością znowu mogłam poczytać Witkowskiego-Michaśkę, który pisze o tym, co zna i lubi, i to, co mu najlepiej wychodzi, nie siląc się na wymyślanie kryminalnych fabuł. Tym razem są to młodzi chłopcy z Europy Wschodniej prostytuujący się na początku lat 90. w Niemczech, Austrii, Szwajcarii. Temat ten nie był, jak widać, dla katolickiego wydawnictwa bulwersujący, bulwersująca jest żywa Michaśka. Bo literatura to literatura, a kreacja to samo życie? Symbolika faszystowska jakoś skojarzona z seksualnością jest toposem obecnym w sztuce i literaturze – od tej wysokiej do najbardziej brukowej. Od grozy, uwznioślonego obrzydzenia, poprzez użycia ironiczne, romantyczne (też!), komediowe, aż do wulgarnego banału i pornografii. Jako cytat i cytat cytatu.

Ale dopiero na pedalskiej czapeczce boli?

Co innego prostytucja. W świecie sytego, zadowolonego z siebie, pędzącego pełną parą kapitalizmu prostytuujący się chłopcy nie są ciałem obcym. Są po prostu częścią tego systemu, tylko trochę bardziej pikantną, bo to jednak chłopcy, cioty. Są też jego alegorią, pokazującą kapitalizm jako eksces. Można powiedzieć, że tym razem Witkowski spedalił kapitalizm. W kapitalizmie kurewstwo nie jest już żadną transgresją, jest raczej normą. Zdziwienie może budzić jeszcze tylko w wersji pedalskiej. Stare, paskudne dziady kupują ciała młodych chłopców i rozmaite złudzenia za pieniądze zarobione przez przodków, w tym faszystowskich, i przez siebie w bankach, gdzie wciskali ludziom lewe kredyty. Chłopcy natomiast sprzedają swoje ciała, ale także fałszywe opowieści, makijaże kryjące prawdzie twarze. W tym świecie jest wszystko – czekoladowe krowy, złote gadżety, znane marki, limuzyny i wodotryski, a nawet bezglutenowa karma dla psów – trzeba tylko umieć to zdobyć. Nie ważne jak, ważne żeby odnieść sukces. Powieściowy Michał z ksywką fynf und cfancyś (długość członka) zdobywa wiele z tego nie tylko za pomocą swego fynf und cfancyś, ale też sprytu i cynizmu. Zdobywa albo tylko tak się przechwala. Chwalenie się (np. nieprawdopodobnie wysoką zaliczką za książkę) jest przecież częścią strategi marketingowej.

Drugi bohater, Dianka, przegrywa i jest już tylko śmieciem, który będzie wraz z innymi śmieciami zachodniej Europy spychany na wschód. W tym dławiącym się własnym dobrobytem, skurwionym i spedalonym kapitalizmie nie ma już miejsca na cioty z Lubiewa. Albo w to wchodzisz, w taki czy inny sposób, albo zostajesz śmieciem, odpadem. Narrator nie raz dzieli się z nami spostrzeżeniem, że tak naprawdę nie chodzi w tym wszystkim o seks.

Oczywiście Witkowski opowiada to bardzo śmiesznie i wszystko jest tu przesadzone, czasem groteskowe, przesączone ironią i pięknie przygotowane na sprzedaż. Czasem pojawia się product placement, a czasem któryś z bohaterów zapyta, ile mu zapłacą za występowanie w książce. Trudno mieć wątpliwości – autor wie, co robi. I nikt w imieniu spedalonego kapitalizmu się nie obrazi.

Bo tak też jest ten kapitalizm urządzony, że jeśli budzi w nas złość, to ma się ona objawiać w walce o święte lub szatańskie symbole.

A Michaśka ze swoją życio-twórczością – intencjonalnie lub nie, to nie ma znaczenia – jest częścią tego świata i jego karykaturą. W przerysowany sposób, doprowadzając kiczowatość do absurdu, pokazuje nam, jak to wszystko działa. Od nas zaś zależy, czy potraktujemy to jako dobrą rozrywkę, nauczkę, przestrogę, czy powód do nadęcia się i oburzenia.

***

Michał Witkowski, Fynf und cfancyś, Znak Literanova 2015

 

**Dziennik Opinii nr 118/2015 (902)

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.