Felieton

Kto porwał Michela Houellebecqa?

Pisarz w przeciwieństwie do autora żyje i w jakiś sposób gospodaruje swoją prywatnością i wizerunkiem.

Oglądając rozkoszną komedię Porwanie Michela Houellebecqa (reżyseria i scenariusz – Guillaume Nicloux), trudno nie przypomnieć sobie książki – w końcu jestem panią do książek, nie od filmów – Mapa i terytorium. Nie jestem jej entuzjastką, to takie Houellebecqowe marudzenie – jesteśmy samotni, społeczeństwo się rozpada. Dowodem na to jest możliwość poddania się eutanazji, coś okropnego. Mnie ta możliwość wydawałaby się raczej atrakcyjna, a społeczeństwa mam ostatnio po dziurki w nosie. W Mapie… zachwycił mnie za to wątek kryminalny. Przypomnijmy, że Houellebecq uczynił sam siebie jednym z bohaterów tej powieści. A następnie zamordował. Fragmenty kryminalne, niestety bez rozwiązania zagadki, dowodziły, że mógłby pisać świetne kryminały,  szkoda, że tego nie robi. Chociaż wielkim pisarzem jest. Oraz irytującym. Może dlatego irytującym, że tak dobrym. I czytając jego książki, prawie trzeba mu uwierzyć – pozbawieni otoczki tradycyjnych instytucji jesteśmy skazani na nieustanne cierpienie i alienację. Jedynym wyjściem mogłoby być stworzenie społeczeństwa złożonego z wyjałowionych istot bez płci i wieku. Albo – doraźnie – eutanazja.

Houellebecq poza tym, że jest autorem, autor podobno już nie żyje, jest też pisarzem, czyli osobą publiczną.

Dobrze sprzedający się pisarz jest dzisiaj celebrytą, sprzedaje nie tylko książki, ale także siebie na rozmaite dostępne sposoby. Kogo obecnie stać na to, żeby być Pynchonem, którego nikt nigdy nie widział?

Tak więc pisarz w przeciwieństwie do autora żyje i w jakiś sposób gospodaruje swoją prywatnością i wizerunkiem. Może błyszczeć kulturą osobistą albo prowokować. Budować swój obraz jako samotnika z prowincji albo obywatela świata, eksponować kobiecość, męskość albo ciotę. Nonkonformizm, niepokorność albo przeciwnie – konserwatywną powściągliwość. Na mocy obowiązujących reguł te autoprezentacje uznajemy za autentyczne, choć przecież bywają też efektem świadomej autokreacji, a czasem zakłamania.

Poza stosunkiem do autora mamy zwykle też jakiś stosunek do pisarza, takiego, jakim nam się stara przedstawić. Mój stosunek do pisarza Houellebecqa jest zdecydowanie pozytywny. To, do czego daje nam dostęp, wygląda na autentyk, a nie tanią podróbkę. Wszystko, co robi, naprawdę wygląda naturalnie. Zagrał takiego siebie, jakiego gra zawsze. Jest zgorzkniałym mizantropem, złośliwcem, niebudzącym (we mnie) agresji impertynentem, nieśmiałym i wycofanym świrem. Nie ma zębów ani urody, a jednak ma wdzięk, bo ma to w nosie. Wiecznie jakby przybrudzony, w tej samej kurtce, z papierosem i winem w ręku. (W wywiadach twierdzi, że pije i pali głównie, kiedy spotyka się z dziennikarzami, bo inaczej nie mógłby wytrzymać ich idiotyzmu.) Jest po prostu cudny i okropny. I po to, żeby takiego go zobaczyć, poszłam na film, w którym jest obecny od początku do końca. W trakcie projekcji wyobrażałam sobie na jego miejscu różnych polskich pisarzy, i to też było śmieszne, ale inaczej. Po prostu nikt, poza małymi wyjątkami, by tego nie uniósł. Raczej poszedłby w bufonadę.

Co prawda scenariusz nie jest dziełem pisarza, ale podobno żadna z wypowiadanych przez niego na planie filmowym kwestia nie była dziełem scenarzysty. A i w pomyśle na scenariusz miał zapewne swój udział. Jak pamiętamy, nie przybył na promocję Mapy i terytorium, gdyż podobno został porwany… I nawet mówiło się, że zamieszana jest w to Al-Kaida. Oczywiście odnalazł się potem w jednej ze swoich posiadłości. Chyba tej w Irlandii, którą kupił sobie tylko po to, żeby nie płacić francuskich podatków. No cóż, polityczne poglądy pisarza nie należą do moich ulubionych.

Czy film rozwiązuje zagadkę porwania? Moim zdaniem tak. To tylko hipoteza, choć dość oczywista, a więc nie jest to spoiler. Zacznijmy od tego, że porwany przez trzech niezamaskowanych osiłków (czyli nie boją się rozpoznania, chyba że zamierzają zabić, ale przecież nie w komedii) pisarz znajduje się w dość przyjemnym domu. Niekiedy bywa skuty kajdankami, musi prosić o zapalniczkę, ilekroć chce zapalić, i czasem odmawia mu się drugiego kieliszka wina do kanapki, ale poza tym żyje sobie z sympatyczną rodziną zwykłych ludzi. Jego zachcianki, nawet takie jak pani do towarzystwa, są spełniane.

Może to właśnie taka rodzina, o której marzy autor Cząstek elementarnych? Jest w niej kimś w rodzaju rozpuszczonego dziecka. I chyba naprawdę się do nich przywiązuje, i nie jest to syndrom sztokholmski.

W każdym razie dobrze się bawi w swojej roli i ogólnie jest miło, tylko długo nie wiadomo, kto zlecił porwanie i kto zapłaci okup. Jedno tylko jest pewne – nie będzie to Francois Hollande.

Między zleceniodawcą a porywaczami jest wielu pośredników, sprawa się wlecze, ale ostatecznie okup wpływa, Houellebecq jest wolny i na otarcie łez dostaje fajne auto. To chyba jasne, że to on zlecił porwanie. Może był to też sposób, żeby kupić sobie nowy samochód w jakiś nietypowy sposób, bo w typowy może sobie kupować dziesiątki samochodów i to już go nie bawi.

On, czyli kto? Bohater filmowy, postać literacka, autor, pisarz? A może prawdziwy człowiek, który się za nimi kryje i którego nigdy nie poznamy? I może nawet nie ma czego żałować, bo kto wie, czy nie okazałby się jeszcze gorszy od „autentycznego”.

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.