Felieton

Poland stronk in lengłydżys

polscy-kibice

Nie będzie obcy pluł nam w twarz i tłumaczył, co znaczy jakieś słowo w jego języku, bo przecież my wiemy lepiej.

Minęły już czasy, w których polska angielszczyzna doczekiwała się głównie przeróbek na jutubie, a może to były jeszcze płyty CD z podpisem „śmieszne filmiki”. Zatarło się wspomnienie o Annie Fotydze zapewniającej wspólnotę europejską, że oto nadciągają „hardcore negotiators”, w niepamięć odeszło „yes, yes, yes” Kaza Marcinkiewicza („bo jak młodzi ludzie wygrywają, to robią tak”), a z szafy Aleksandry Miller zniknęła już zapewne sukienka z napisami „romance”, „pink”, „love” i „sexy”, w której witała niegdyś cesarza Japonii.

W 2005 roku „Gazeta Wyborcza” ostrzegała z tytułów: „Nie czytać po polsku”. Tłumaczenia unijnych dokumentów, zlecone naprędce i byle taniej, roiły się bowiem od błędów: paprykę pomylono na przykład z pieprzem, artykuły spożywcze pochodzenia zwierzęcego z paszą, a przywóz z wywozem. Do tłumaczeń dołączano ostrzeżenie, że „niniejszy dokument został przetłumaczony z języka angielskiego i w związku z tym może nie oddawać wiernie zapisów pierwotnego tekstu”. I że „zaleca się, aby przy korzystaniu zaznajomić się również z angielską wersją dokumentu”. I że „Minister Gospodarki ostrzega”.

Dziś w urzędach natkniemy się jeszcze czasem na jakiś „office for aliens”, a restauracja zaproponuje nam w menu „raka szyjki macicy” („cervical cancer”), „czerwoną winę” („red guilt”) czy „Danię z mięsa” („denmark of meat”), ale i to zdarzać się będzie coraz rzadziej: w sukurs najbardziej skąpym restauratorom przychodzi dynamiczny rozwój tłumaczeń automatycznych. Raz na czas zdarzy się jeszcze jakaś absurdalna prezentacja Instytutu Książki – jak mawiał Wojciech Olejniczak, „none of us is a smart” – ale ogólnie jest już całkiem nieźle i niestety nawet premier Rzeczypospolitej mówi po angielsku pełnymi zdaniami.

Z biegiem lat Polacy zdecydowanie poszerzyli znajomość języków obcych (a nawet trafili z tym do pierwszej dziesiątki, jeśli chodzi o kraje europejskie). Bogatsi o te skille stworzyli cyberzastępy obrony terytorialnej, które każdego dnia toczą niestrudzone boje o Polskę pod tłitami Donalda Tuska, Guya Verhofstadta oraz licznych instytucji europejskich.

W ostatnim czasie znajomość języków wstającej z kolan Polski weszła jednak na jeszcze wyższy level. Nie będzie obcy pluł nam w twarz i tłumaczył, co znaczy jakieś słowo w jego języku, bo przecież my wiemy lepiej. Wcześniej takie sytuacje zdarzały się sporadycznie: tak jak wtedy, kiedy „taz” określił Kaczyńskich mianem „Schurken” („łotry” lub „łobuzy”), a Polską wstrząsnęło oburzenie, że chodziło o „złodziejaszków”, albo wtedy, gdy zagraniczne media donosiły, że „Polish president was killed”, a prawica triumfowała, że Zachód już wie, że to był zamach.

Dziś trudno o zagranicznego niusa, który nie wywołałby proofreadingowego wzmożenia w szeregach twitterowego kontrwywiadu. Sztandarowe awanti o „Polish death camps”, sformułowanie, za którym, jak wiadomo, kryje się spisek Niemiec odsuwających od siebie odpowiedzialność za Zagładę, zdążyło się już przerodzić w kryzys dyplomatyczny. W kolejce czeka „Warsaw Ghetto”, a tymczasem grunt przygotowano też na innych polach. Takich jak sformułowanie „terrorist incident”, groźna broń poprawnego politycznie lewactwa (i nieważne, że słowo „incident” znaczy co innego niż „incydent”), czy potwór „gender”, który w zależności od kontekstu oznacza pedofila, hermafrodytę lub promocję homoseksualizmu. A w ubiegły weekend również „OK”, ponieważ hasło „aborcja jest OK” równa się „aborcja jest super” i implikuje „aborcję zrób i ty”.

Głośno i wprost mówimy, że mamy prawo do wyboru. #aborcjajestok

Polska zaczęła również wreszcie odnosić również sukcesy na polu zwalczania wrogich mechanizmów sterujących tłumaczeniami automatycznymi. Za rządów PO portal Niezależna bezsilnie alarmował, że Google Translator szerzy wśród Polaków homopropagandę. Za rządów obecnych, z okazji afery o tłumaczenie orędzia premiera, Google został złapany za gorącym uczynku i, jak donosił dumnie portal Wpolityce.pl, przyznał się do winy.

Kolejnym krokiem, jakiego możemy się spodziewać, będzie wprowadzenie do języków obcych polskiego zapisu fonetycznego. Zwiastuje to postulat dr. Marka Kochana, by zbudować („szybko”) Muzeum Polokaustu. Ekspert powołuje się na słownik Urbandictionary, w którym hasło „Polokaust” funkcjonuje – i faktycznie, to jedyne zresztą hasło stworzone przez autora o loginie „Chrobry”. Gdy jednak wpiszemy je w ów – bądź co bądź angielski – słownik używając angielskiego zapisu, otrzymamy wynik zgoła odmienny, dotyczący złego samopoczucia, jakiego można nabawić się w tłumie ludzi ubranych w schludne koszulki polo.

Co to oznacza w praktyce? Tak jak Piotr Paziński (na Facebooku) powiedział: „Trzeba będzie powołać zespół, który powoła instytucję, która będzie odkręcała wszystkie kłamstwa światowej prasy, jakoby Polocaust oznaczał mordy na Żydach”.

Chcieliście polskich obozów koncentracyjnych, no to je macie

Bio

Kaja Puto

| Reportażystka, felietonistka
Wiceprezeska zarządu Korporacji Ha!art. Z wykształcenia kulturoznawczyni i filozofka, studiowała w Krakowie, Berlinie i Tbilisi. Zajmuje się Europą Środkowo-Wschodnią, Kaukazem Południowym i tematyką migracyjną. Publikuje m.in. w Krytyce Politycznej, „Nowej Europie Wschodniej” i „Polityce”. W Ha!arcie huczy, redaguje, tłumaczy z niemieckiego i ogarnia fundraising.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.