Felieton

Łodygi uginają się od ogórków

„Ja powiadam: — Wojna. On mówi: — Wojna. Ja mówię: — Wojna. On mnie na to: — Wojna. To ja jemu: — Wojna, wojna”.

Jeszcze parę lat temu, w czasach, kiedy Pendolino śmigało na jazdy testowe, inwestorzy inwestowali, a skrajna prawica była wykluczona z debaty publicznej, sezon ogórkowy przebiegał w Polsce przewidywalnie. Ulice skwierczały w upale, a na łamach gazet niepodzielnie królował barszcz Sosnowskiego, nieuczciwe biura podróży i wypalanie traw. A kiedy barszcz przekwitał, a z traw zostawał popiół, był to niechybny znak, żeby rozpocząć debatę o ciężkich tornistrach.

Dziś sytuacja się zmieniła: bo Brexit, bo Trump, bo Putin, bo Erdogan, bo IS. Trochę to wszystko skomplikowane, patyczkować się ze szczegółami nie ma co, więc lepiej wykrzyknąć: wojna. Idzie wrzesień, będzie wojna. Sezon ogórkowy à la polonaise.

Pierwszy był bodajże Grzegorz Sroczyński. Słusznie zauważył, że polscy dziennikarze obrzucają się pomidorami, kiedy płoną lasy i że to ze strony Polski nieodpowiedzialne, płonące lasy ignorować. Uwagi te przepadły jednak w rozwartej przez autora martyrologicznej otchłani, która pomieściła opasanych powstańczą opaską Ziemkiewicza z Sierakowskim, spiskujących w budynku Agory braci Kurskich i mąkę nadesłaną Polakom ze sztabów wojsk NATO.

Artykuł Sroczyńskiego nie zdążył się jeszcze porządnie poszerować, kiedy do lamentu dołączyła Anda Rottenberg. Wracała z weekend z Drohiczyna i widziała gałęzie uginające się od owoców jak w sierpniu 1939. Wzruszyła mnie ta metafora i myślałam, że nikt już tej pałeczki budzenia grozy nie podejmie, i że od tamtej chwili czytelników prasy straszyć będą już tylko ciężkie plecaki.

Niestety. Temat pociągnął Bartosz Wieliński, powołując się na niemieckiego dyplomatę, który drżącym głosem wyznał, że sierpień to na wojnę czas najgorszy. Daję głowę, że dyplomata drżał raczej przed tym, jak zostanie zinterpretowany w polskiej prasie, ale dobra: do trzech tęgich głów sztuka.

Skoro Sroczyński, Rottenberg i Wieliński tak mówią, coś musi być na rzeczy.

Zaglądam do zachodnich mediów: cisza. O wojnie, owszem, sporo, ale tej na Bliskim Wschodzie: w „New York Timesie” wspaniały reportaż o jej historii. Polscy dziennikarze mogą sobie o realizacji takiego materiału co najwyżej pomarzyć: nie ze względu na brak talentu, lecz środków. O europejskich kłopotach też na zachodnich portalach sporo, pomimo olimpiady w Rio. Ani słowa o kampanii wrześniowej, jaką szykują dla Polski Rosja, Chiny i Państwo Islamskie.

No dobra, żarty na bok. To wszystko są ważne sprawy, w które Polska powinna się angażować, by mieć coś do powiedzenia, kiedy (o ile) w Europie przyjdzie czas na podejmowanie poważnych decyzji. I o których powinni pisać dziennikarze, zamiast zaglądać posłowi Pawłowicz do buły. Ale czy Sroczyński nie pokonuje się własną bronią, kreśląc apokaliptyczną, histeryczną wizję wojny, do której powinniśmy się powoli przygotowywać? Czy strach przed wojną byłby dobrym doradcą w sprawach polityki zagranicznej? Czy megalomańskie sugestie, że to właśnie na Polskę czyhają wszyscy bad guys tego świata, pomoże wykształcić solidarne wobec Europy postawy? Czy raczej przeciągnie milczącą większość na stronę spazmatycznego izolacjonizmu uprawianego przez rządy PiS w kwestii ogólnoeuropejskich problemów?

Wszyscy wspomniani w swoich przeczuciach wskazują na Putina. Ale Polska jest ostatnim krajem, który Putin miałby ochotę rozjechać czołgiem: nie tylko dlatego, że atakowanie kraju należącego do NATO to dla kolosa na glinianych nogach wycieczka zbyt ryzykowna, tym bardziej że krymnaszyzm jest niczym więcej niż imperialnym wariantem wstawania z kolan: środkiem do utrzymania poparcia, a nie celem samym w sobie. Ale Polska ma jeszcze jedną, okrutną, lecz skuteczną tarczę: powszechną w społeczeństwie rusofobię. Putin nie wsunie nawet czubka gąsienicy do kraju, w którym ma nikłe poparcie polityczne czy społeczne. To się może oczywiście zmienić wraz z powstającymi na skrajnej lewicy i prawicy prorosyjskimi ruchami, ale dziś brzmi nierealnie.

Dużo większe pole manewru ma za to Putin w świecie 2.0: gąsienice informacyjnego trollingu sięgnęły nawet Berlina, by przypomnieć sprawę rzekomo zgwałconej przez uchodźców trzynastoletniej Lizy. Ale do tego potrzebujemy innych narzędzi niż powstańczych opasek, podziemnych ulotek i mięsa armatniego, którym mieliby się stać – jak ostrzega Sroczyński – odbiorcy programu 500+. To new media studies, a nie sierpień 1939, powinny być dla nas kluczem do zrozumienia, co się wokół nas dzieje.

Bo cała ta groza minionego tygodnia wzięła się najprawdopodobniej z twitterowej paniki, która wybuchła z powodu wzmożonej aktywności wojsk rosyjskich na Krymie i przedostała się na Zachód w formie głuchego telefonu. Sprawę wyczerpująco opisałna łamach Krytyki Politycznej Paweł Pieniążek. Pozdrowienia ze świata post-prawdy.

Co się z okazji sezonu ogórkowego wyprawia na prawicowych portalach, nie chcę nawet wiedzieć. Jeśli tam zajrzę, ogarnie mnie strach przed wojną. Jedyną prawdziwą, dwudziestowieczną krwawą wojną, która w Europie jest obecnie możliwa: wojną polsko-polską.

Wojna-ktora-zmienila-rondo

**Dziennik Opinii nr 229/2016 (1429)

Bio

Kaja Puto

| Reportażystka, felietonistka

Wiceprezeska zarządu Korporacji Ha!art. Z wykształcenia kulturoznawczyni i filozofka, studiowała w Krakowie, Berlinie i Tbilisi. Zajmuje się Europą Środkowo-Wschodnią, Kaukazem Południowym i tematyką migracyjną. Publikuje m.in. w Krytyce Politycznej, „Nowej Europie Wschodniej” i „Polityce”. W Ha!arcie huczy, redaguje, tłumaczy z niemieckiego i ogarnia fundraising.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.