Felieton

Byliście głupi, level: reforma edukacji

PiS wykorzysta likwidację gimnazjów do promocji prawilnych treści. Ale czy takie treści będą dla uczniów i uczennic czymś nowym?

W szeregach liberałów starszego pokolenia podniosło się larum o reformę edukacji. Larum podzielam, taszczącym kaganki oświaty współczuję, a jeszcze bardziej – dzieciom. Reforma edukacji jest nieuzasadniona, przygotowana na kolanie i wielu punktach („klasyczny kanon lektur”, marginalizacja teorii ewolucji, chaotyczne treści językoznawcze) kontrowersyjna.

 Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że PiS wykorzysta likwidację gimnazjów do promocji prawilnych treści. Ale czy takie treści będą dla uczniów i uczennic czymś nowym?

 W przeciwieństwie do większości whistleblowerów odbyłam całą swoją edukację w wolnej Polsce, a nawet chodziłam do gimbazy. Miałam 13 lat i byłam potworną nacjonalistką. Lubiłam się uczyć historii, a historia w szkole opowiadała o tym, że Polacy byli dobrzy, a inni źli. Że Polska jest wiecznie uciśnioną ofiarą, otoczoną przez przepełnionych złymi intencjami wrogów, o których niewiele wiadomo, bo historia powszechna pojawiała się na lekcjach niemal wyłącznie wtedy, kiedy wśród ofiar byli Polacy. Dopóki nie sięgnęłam po dodatkowe lektury, byłam przekonana, że to głównie oni ginęli w komorach gazowych. Trudno było też wiązać wydarzenia historyczne ze współczesnością, bo na drugą połowę XX wieku nigdy nie starczało czasu. Potem szłam na polski, a w podręcznikach do polskiego wszystkie drogi prowadzą do romantyzmu. Do mesjanizmu, martyrologii i reprodukcji polskich kompleksów.

W podręcznikach do polskiego wszystkie drogi prowadzą do romantyzmu. Do mesjanizmu, martyrologii i reprodukcji polskich kompleksów.

 W przypadku historii i polskiego miałam szczęście do nauczycieli, którzy starali się zasiać ziarno krytycznego myślenia wobec nauczanych treści. Gorzej było na religii, gdzie antysemickie, seksistowskie i homofobiczne uwagi były na porządku dziennym. A religia na mocy konkordatu praktycznie nie podlegała kontroli MEN-u.

 Owszem, nominalnie promowano tolerancję, otwartość i liberalne wartości. Miałam siedem lat, kiedy Polska wchodziła do NATO, czternaście – kiedy wchodziła do Unii. Na każdą z tych okazji trzeba było przygotować upaprany klejem brystol hołdujący końcowi historii. Uczyliśmy się również Ody do radości. Parę lat później do internatu krakowskiego technikum, w którym mieszkałam, przyjechała wymiana z Francji, bodajże z paryskich przedmieść. W obliczu braku znajomości języków obcych Polacy zaczęli okładać „ciapaków” pięściami. To chyba tyle, jeśli chodzi o temat „integracji europejskiej” i „problemów międzykulturowych”, których zniknięcie z programów nauczania opłakują krytycy reformy.

Wśród opłakiwanych w tym kontekście tematów znajduje się również stan umysłu „młodych”, którzy nie potrafią się angażować w ruchy obywatelskie, to jest, rzecz jasna, w KOD. Pominę już litościwie odpowiedź na pytanie, co robiła większość członków KOD-u, kiedy kolejne młode pokolenia angażowały się w najróżniejsze sprawy, projekty edukacyjne i inicjatywy, kiedy powstawały w Polsce setki NGO-sów, budowały się sieci międzynarodowych kontaktów, kiedy tworzono młodą polską kulturę. Podpowiem tylko, że w przeciwieństwie do wrzucania na fejsa obrazków w stylu „Kaczor jest niski i nie ma żony, hehe” to właśnie należałoby rozumieć jako działalność obywatelską.

Ale do rzeczy, bo oczywiście kiedy mówimy o zaangażowaniu, mówimy o mniejszości. Nie przypominam sobie, żeby w szkole III RP promowano postawę obywatelską, działalność oddolną, zaangażowanie w trzeci sektor lub choćby nieformalne zaangażowanie na rzecz swojej społeczności. Tego nauczyłam się od niewiele starszych ode mnie ludzi, kiedy trafiłam do liceum do dużego miasta. W szkole uczono mnie natomiast wyścigu szczurów, nagradzano za szybkie dobiegnięcie do nauczycielki ze zrobionym zadaniem i napominano, że najważniejsza jest kariera i pieniądze, i że zausz firmę. A jeśli mam robić coś za darmo, to co najwyżej świąteczną paczkę dla biednych dzieci, bo poza tym – po co? Jeśli w tym wszystkim padało gdzieś słowo „Europa”, konotowało się z posiadaniem nowego BMW lub ewentualnie z tzw. „chrześcijańskimi wartościami”.

Oczywiście: są różne szkoły, różni nauczyciele i różne dzieciaki. Chodziłam zarówno do rejonowej szkoły na prowincji, jak i do dobrej szkoły w dużym mieście. Podstawa programowa i podręczniki, jak również silna rola Kościoła były te same, czy to za SLD, czy za AWS-u, czy za PO. Czy temu również winien jest Jarosław Kaczyński?

 

 

**Dziennik Opinii nr 353/2016 (1553)

Bio

Kaja Puto

| Reportażystka, felietonistka

Wiceprezeska zarządu Korporacji Ha!art. Z wykształcenia kulturoznawczyni i filozofka, studiowała w Krakowie, Berlinie i Tbilisi. Zajmuje się Europą Środkowo-Wschodnią, Kaukazem Południowym i tematyką migracyjną. Publikuje m.in. w Krytyce Politycznej, „Nowej Europie Wschodniej” i „Polityce”. W Ha!arcie huczy, redaguje, tłumaczy z niemieckiego i ogarnia fundraising.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Problemem, nie są nowe treści, ale to, że ta reforma szkolnictwa, ma jedną dużą wadę. Nie pozwala dzieciom, które chcą się uczyć, odbić się od tych "najgorszych" uczniów. Dotychczas w przypadku przechodzenia do gimnazjów, już w wieku 12-13 lat, zdolny i pracowity dzieciak mógł wybrać z rodzicami nową szkołę o wyższym poziomie.
A teraz będzie musiał siedzieć te przysłowiowe 8 klas z osiedlowymi nieukami.