Felieton

Wszyscy jesteśmy emigrantami

My, Polacy, mamy ostatnio wiele szczęścia. Nie zawsze tak było.

Gdzie Adam Mickiewicz pisał Pana Tadeusza? Na to pytanie odpowie każde dziecko w wieku szkolnym. Oczywiście: na emigracji we Francji. Exodus Polaków po upadku Powstania Listopadowego był jednym z największych masowych ruchów emigracyjnych dziewiętnastowiecznej Europy. Polskę opuścili wtedy żołnierze powstańczy, członkowie Rządu Narodowego, politycy, ale też wybitni pisarze, artyści i inteligencja.

Z kolei druga połowa XIX wieku przyniosła początek emigracji zarobkowej. W tym okresie z ojczyzny wyjechały setki tysięcy uchodźców, kierując się do Francji, Belgii, Niemiec, Stanów Zjednoczonych i krajów Ameryki Południowej. Ruch ten zatrzymał dopiero wybuch II wojny światowej. Pięć lat później, w momencie podpisywania przez III Rzeszę kapitulacji, poza granicami kraju znalazło się aż 1,5 miliona polskich obywateli i tylko połowa z nich zdecydowała się wrócić. Dalej powinno się wymienić emigrację polskich Żydów na skutek prześladowań antysemickich w latach 1968–1971, emigrację z przyczyn ekonomicznych i politycznych w latach 80. i w końcu exodus zarobkowy, który zaczął się po ’89 roku i trwa do dnia dzisiejszego.

Emigracja od stuleci jest częścią naszej historii, stała się też trwałym elementem polskiej tożsamości narodowej. Wszyscy jesteśmy dumni z rodaków mieszkających na obczyźnie, bo to przecież Mickiewicz, Słowacki, Chopin, Gombrowicz, Giedroyc, Miłosz i wiele innych wybitnych postaci. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że stereotyp polskiego uchodźcy na zachodzie Europy czy w Stanach Zjednoczonych nie wygląda najlepiej. Polak to niechluj, pijak, krętacz i złodziejaszek. Uważamy jednak, że jest to opinia głęboko krzywdząca, z rzeczywistością mająca niewiele wspólnego. Bo jeśli nie artyści, pisarze czy intelektualiści, to ciężko i uczciwie pracujący robotnicy z Zagłębia Ruhry, górnicy w Bretanii czy chicagowscy budowlańcy.

Dość łatwo wzruszamy się na myśl o samotnym, tułaczym losie politycznych i ekonomicznych uciekinierów. Wiele w nas empatii, i nic w tym dziwnego – mamy za sobą całe wieki smutnych doświadczeń. Tym bardziej zaskakującym wydaje się, że uchodźcy, którzy od kilku lat napływają do Polski, budzą uczucia tkliwym wzruszeniom zgoła przeciwne.

Według sondaży PBS aż dwie trzecie obywateli wolałoby szczelnie zamknąć przed nimi granice, bo „zabiorą pracę, zniszczą tradycję, przyniosą zagrożenie i rozwody”, pisze „Gazeta Wyborcza”.

Fakt, że w czasie Wielkiej Emigracji i następujących po niej kolejnych masowych wyjazdów Polacy zdołali zachować tożsamość narodową i kulturową, stanowi dla nas wielki powód do dumy. Tymczasem inne zwyczaje, religia oraz opór przed natychmiastową asymilacją przybyszy ze wschodu powodują strach i irytację.

Choć działo się to niespełna dwadzieścia lat temu, dzisiaj naprawdę mało kto pamięta, jakie wrażenie robiły na nas wszystkich relacje z frontu rosyjsko-czeczeńskiego. Maleńki naród kaukaskich górali, który rozpaczliwie opierał się miażdżącej przewadze Rosjan, budził w wielu Polakach gorące braterskie uczucia. Wojny czeczeńskie wielokrotnie porównywano do narodowych powstań, pisało się o tym w gazetach, rozmawiano w radio i telewizji. Tymczasem wojna się skończyła, pozostawiając po sobie, jak każdy kataklizm, nędzę, degenerację i zwyrodnienie, zamiast spełnionych marzeń o wolności. A co za tym idzie, falę biednej ludności napływowej, która stanęła u polskich granic.

W piątkowej „Rzeczpospolitej” Izabela Kasprzak podaje dane, według których w ciągu ostatnich 18 miesięcy polska odmówiła wjazdu 52 tysiącom osób ze wschodu, z których około 80% stanowili obywatele rosyjscy narodowości czeczeńskiej. Całe rzesze ludzi, pragnących dostać się do naszego kraju i dalej na zachód Europy, są zatrzymywane i zawracane spod granicy. Mimo to Urząd do Spraw Cudzoziemców tylko od połowy października przyjął już 14 tysięcy wniosków o status uchodźcy. Grubo ponad 90% z tych podań zostanie odrzuconych.

Według prawa polskiego i międzynarodowego status uchodźcy może zostać przyznany wyłącznie osobom cierpiącym prześladowania z powodów rasowych, religijnych czy politycznych. Tymczasem w przypadku większości emigrantów powodem opuszczenia ojczyzny jest po prostu bieda. Odmowa statusu uchodźcy to dla tych ludzi życiowa tragedia, którą nam, sytym obywatelom zamożnego kraju, trudno sobie wyobrazić.

„Państwo polskie nie może być dobrym wujkiem”, napisał w tej samej „Rzeczpospolitej” Filip Memches. „Czym innym jest moje wyznanie wiary demokraty i humanisty, a czym innym jest moje przekonanie, że pewną ilość wody łódź zniesie, a pewnej już nie”, powiedział Adam Michnik zapytany o niebezpieczeństwo imigracji do Polski, zaś Mariusz Błaszczak z PiS, komentując wyrok Breivika, oświadczył: „Polityka multi-kulti, która była w Europie Zachodniej i wciąż jest podkreślana, podejmowana i rozwijana, w przypadku Breivika pokazuje, że prowadzi donikąd”.

Przewidując komentarze do tego tekstu, muszę się przyznać, że nie mam gotowego planu, dzięki któremu problem uchodźców w Polsce zostanie rozwiązany. Chciałam tylko powiedzieć, że my, Polacy, mamy ostatnio wiele szczęścia. Co prawda nie należymy do ścisłej elity najbogatszych krajów świata zachodniego i z tego powodu ciągle narzekamy, jesteśmy jednak tego świata częścią – mieścimy się w 10% najbardziej zamożnych i uprzywilejowanych ludzi zamieszkujących Ziemię. Nie zawsze tak było. Przez setki lat uciekając przed wojną, prześladowaniami i biedą, szukaliśmy pomocy poza granicami naszej ojczyzny. I pomoc tę otrzymywaliśmy. Nie powinniśmy teraz o tym zapominać.

Bio

Kaja Malanowska

| Pisarka
Z wykształcenia biolożka, napisała doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois at Urbana-Champaign. Felietonistka „Krytyki Politycznej”. Zadebiutowała powieścią "Drobne szaleństwa dnia codziennego" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010), która przyniosła jej uznanie krytyki i nominację do Gwarancji Kultury – nagrody TVP Kultura. Autorka książek "Imigracje" i "Patrz na mnie Klaro!".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.