Felieton

Takie tam, przedwakacyjne

Nie lubię wyjeżdżać. A dokładnie nie lubię jeździć. Do uroczego zakątka, czy to we Włoszech, Grecji, czy nawet na Mazurach, trzeba się jakoś dostać, a ja mam fobię.

Nie lubię wyjeżdżać. A dokładnie nie lubię jeździć. Nowe miejsca i owszem, bardzo miło: las, łąka, przyroda albo nieznane miasto w obcym kraju. Cudownie! Mam niewielkie wymagania, szybko się przyzwyczajam. Mogę zwiedzać, chodzić po górach, leżeć nad morzem… Bardzo proszę, co kto woli, dostosuję się. Tyle tylko, że do uroczego zakątka, czy to we Włoszech, Grecji, czy nawet na Mazurach, trzeba się jakoś dostać, a ja mam fobię. Perspektywa spędzenia paru godzin w metalowej puszce, rozpędzonej do zawrotnej prędkości stu kilometrów na godzinę, wprowadza mnie w stan histerii.

Samochód? Masakra! Szczerze współczuję kierowcom, którym przyszło mnie wozić na dłuższe dystanse. Przez całą drogę syczę, jęczę, cmokam, potarzam: Uważaj, wolniej, co robisz, idioto! W najbardziej niespodziewanych momentach wzywam boga na ratunek. W tym roku zamierzam wprowadzić nowatorski system autozabezpieczeń i przywdziać na czas podróży kask rowerowy oraz kołnierz ortopedyczny. Poważnie myślę też o gorsecie.

Samolot? To dopiero koszmar. Żaden gorset, kask czy nawet kuloodporny hełm  paraaramidowy nie pomoże, kiedy spadasz z wysokości 2 tysięcy metrów, wprost na pole kukurydzy, które z góry wygląda tak ślicznie, jak malowane pędzelkiem. Co to, to nie. Ja, proszę państwa, żadnych kratkowanych poletek, domków jak pudełka, jezior – niebieskich kropeczek ani ośnieżonych szczytów z zawrotnej wysokości oglądać sobie nie życzę. Daję się zawlec do samolotu jedynie po zażyciu odpowiedniej dawki środków przeciwlękowych i tylko pod warunkiem, że zasnę przed startem i obudzę się już po lądowaniu.

Pociąg? Trochę lepiej. Katastrofy kolejowe rzadko się zdarzają. Co więcej, istnieje szansa, że się z takiej kraksy wyjdzie cało. Przedziały, korytarze, Wars na końcu składu dają namiastkę swobody, oszukują klaustrofobię.

Można wstać, można zmienić miejsce, a nawet przejść się na kawę do restauracji. Tak, więc z trojga złego wybieram PKP, choć nie jest to wybór łatwy…

W zeszłym tygodniu zaproszono mnie na spotkanie do Poznania. Ponieważ z przyczyn oczywistych w żadnym Polskim Busie czy innym PKS-ie zamknąć się dobrowolnie nie dam, sprawdziłam połączenia kolejowe. Znalazłam odpowiedni pociąg: intercity godzina piętnasta, o osiemnastej na stacji docelowej. Spotkanie zaczynało się o dziewiętnastej. Idealnie. „Szybko, wygodnie, punktualnie”, przeczytałam w internecie. Ale ja jestem stałą klientką PKP i łatwo byle reklamie zmylić się nie dam. Kupiłam bilet na trzynastą. Parę godzin zapasu, myślę. Na pewno zdążę.

Tym samym sprawa punktualności została rozwiązana. Pozostał jeszcze problem wygody. Jak wiadomo, w polskich pociągach panują temperatury skrajne: albo się w nich zamarza, albo gotuje. Oczywiście kupujący bilet nie może, ot tak, wybrać strefy klimatycznej, która mu odpowiada. Powiedzieć: „Trasą arktyczną poproszę”, albo: „Interesują mnie temperatury podzwrotnikowe”. Pytanie, czy działać będzie ogrzewanie, czy jednak klimatyzacja, wprowadza element zaskoczenia. Podróż zmienia się w rodzaj ekscytującej gry hazardowej.

Wyjeżdżałam na jeden dzień, jednak przezornie prócz szczoteczki do zębów wzięłam ze sobą wełniany sweter, grube skarpety, aspirynę, koszulkę bez rękawów i klapki. Ruszyłam z Centralnej z piętnastominutowym opóźnieniem, za które Dyrekcja Kolei uprzejmie przepraszała już na samym wstępie. Wagon bezprzedziałowy. Trafiła się wersja równikowa. Na dworze pełne słońce, w pociągu ogrzewanie działało bez zarzutu i nie można go było wyłączyć. Włożyłam klapki i cienką koszulkę, w Warsie kupiłam dwa litry wody.

Przez pierwszą godzinę wszyscy pasażerowie zachowywali się spokojnie oraz kulturalnie: Czy można? Ależ proszę, jak najbardziej. Może chipsa, a może czekoladkę? Dziękuję uprzejmie. Jednak koło czternastej temperatura przekroczyła trzydzieści stopni i atmosfera nieco stężała. Zaczęło się dość niewinnie, od cichych pomruków i wyrzekań. Kiedy skończyła się woda w ubikacji, podróżni zgodnie zaatakowali konduktora, a ten natychmiast wybiegł z wagonu i więcej do niego nie wrócił. Pootwierano okna i wtedy rozpętała się awantura. Kobieta z pięcioletnim synkiem próbowała przysiąść się samowolnie do pana w garniturze, który oświadczył, że nie lubi bachorów. Wspomniany bachor płakał i krzyczał. Gdzieś z tyłu młody człowiek dopytywał się z furią, kto trzyma w bagażu gnijące jajka albo pleśniowe sery.

Koło szesnastej doszło do autentycznej bójki pomiędzy utapirowaną panią, która usiłowała zamknąć okno, argumentując, że pęd powietrza rujnuje jej fryzurę, a umęczoną gorącem studentką trzeciego roku pedagogiki.

Ondulowana dama chwyciła przeciwniczkę za szyję, dziewczyna nie pozostała dłużna. Owa bijatyka miała zbawienny wpływ na resztę pasażerów, bo zajęci kibicowaniem zapomnieliśmy o upale i w pogodnych nastrojach dotarliśmy do stacji Poznań Główny, spóźnieni jedyne dwadzieścia pięć minut.

Wysiadłam. Miałam mnóstwo czasu. Co prawda zaziębiłam się, siedząc przez kilka godzin w przeciągu, i powoli traciłam głos, ale po to przecież zabrałam z domu aspirynę. Połknęłam pigułkę. Wzięłam udział w spotkaniu. Następnego dnia obudziłam się z obolałym gardłem i gorączką. Trudno, pomyślałam. Nie muszę pędzić, nigdzie nie muszę się spieszyć. Może w powrotnej drodze trafi się wersja arktyczna bez przeciągów, założę sweter, skarpetki, spokojnie dotrę do domu.

Z Poznania wyruszyliśmy punktualnie. W przedziale panowała znośna temperatura. Jechaliśmy szybko i sprawnie, aż do Konina, gdzie z tajemniczych powodów stanęliśmy na pół godziny. Potem opóźnienie nieustannie „ulegało zmianie”, bo zatrzymywaliśmy się co chwila, żeby przepuszczać inne, niespóźnione pociągi. W Kutnie utknęliśmy na dobre. „Zepsute gówno” – oświadczył konduktor, kopiąc ścianę wagonu. „Mogą się państwo przesiąść w intercity relacji Berlin-Warszawa, ale wtedy trzeba dopłacić sto złotych, albo poczekać na kolejny pospieszny”. Wysiedliśmy. Wśród pasażerów zapanowało coś w rodzaju histerycznej rezygnacji. Jakąś parę niezmiernie bawił fakt, że spóźnia się na samolot do Wiednia. Ktoś inny przegapiał właśnie ostatni autobus do domu, a że znał masę dowcipów o kolejach, zaczął je nerwowo opowiadać. Lekko zawiany mężczyzna w siatkowym podkoszulku narzekał, że narzeczona nigdy nie uwierzy w historyjkę o awarii składu.

W kolejnym pociągu działała klima. Temperatura wynosiła zdecydowanie poniżej 20 stopni i oczywiście nie można jej było wyregulować. Przydał się sweter i skarpetki. Podróż do Warszawy trwała dwie godziny dłużej, niż przewidziałam. Po powrocie leżałam trzy dni w łóżku, lecząc przeziębienie. Nie czułam się zaskoczona. Wybrałam PKP, dobrze wiedziałam, co mnie czeka.

Bio

Kaja Malanowska

| Pisarka
Z wykształcenia biolożka, napisała doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois at Urbana-Champaign. Felietonistka „Krytyki Politycznej”. Zadebiutowała powieścią "Drobne szaleństwa dnia codziennego" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010), która przyniosła jej uznanie krytyki i nominację do Gwarancji Kultury – nagrody TVP Kultura. Autorka książek "Imigracje" i "Patrz na mnie Klaro!".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!