Felieton

Szkolne koszmary senne

Pierwszy świadomy wrzesień kojarzy mi się z obezwładniającym uczuciem strachu i nieustanną chęcią ucieczki, która z czasem zmieniła się w tępą rezygnację.

Wrzesień. Wakacje skończyły się nieodwołalnie. Początek szkoły, jak co roku, przynosi ze sobą zapach świeżo wydrukowanych zeszytów, kredek świecowych i kolorowych gumek do wycierania, widok toczących się po chodnikach kasztanów, kolorowych liści spadających z drzew i maszerujących ulicami dzieci. Gadatliwe, roześmiane i pełne zadziwiającej inwencji, okładają się workami, włażą na płoty, plują i wykrzykują dosadne obelgi oraz sprośności zdradzające rozbuchaną wyobraźnię i niemałe zdolności językowe. Co rano zmierzają w stronę dużych, ponurych budynków, które za chwilę połkną je i będą trawić powoli, systematycznie przez kilka następnych godzin, żeby wczesnym popołudniem wypluć odmienione nie do poznania – przemęczone, blade i pozbawione radości życia. Każdego września ogarnia mnie nostalgia i trudny do zniesienia niepokój. Już po raz trzydziesty drugi zaczynam rok szkolny. Sądzę, że jest to rekord godny podziwu, zasługujący na miano spektakularnego koszmaru.

Pierwszy świadomy wrzesień kojarzy mi się z obezwładniającym uczuciem strachu i nieustanną chęcią ucieczki, która z czasem zmieniła się w tępą rezygnację. Nie należałam do strachliwych dzieci. W podstawówce przerażało mnie jednak wszystko: począwszy od woźnej – malutkiej, zasuszonej kobiecinki, ubranej zawsze w ten sam nylonowy fartuch w czerwone maki, poprzez uczniów starszych klas, hałaśliwych i niebezpiecznych dzikusów, na nauczycielkach kończąc. Nie wiem, czy bardziej obawiałam się pani od polskiego, która ustawiła mnie kiedyś na środku klasy i przez czterdzieści pięć minut omawiała szczegóły mojego niestosownego ubioru (włożyłam wtedy czerwoną sukienkę bez rękawów), matematyczki, słynącej z napadów agresji, podczas których rozdawała na oślep razy drewniana linijką, czy nauczycielki geografii reagującej na nieposłuszeństwo krzykiem tak strasznym, że za każdym razem, kiedy się denerwowała, miałam wrażenie, że eksploduje jej głowa.

Już w drugiej klasie zrozumiałam, że aby uniknąć wyrafinowanych kar natury psychicznej oraz cielesnej należy dobrze się uczyć i nie rzucać w oczy.

Odrabiałam więc sumiennie prace domowe, przygotowywałam się pilnie do klasówek i nie rozmawiałam w czasie lekcji. Uchodziłam jednak za dziecko krnąbrne, niełatwo poddające się dyscyplinie, głównie dlatego, że kiedy nauczyciele podnosili na mnie głos, strach paraliżował mnie tak bardzo, że nie byłam w stanie tłumaczyć się, przepraszać ani odpowiadać na zadawane pytania.

W okresie podstawówkowym zaczął nawiedzać mnie pierwszy szkolny koszmar – klasyczny sen o obnażeniu. Przychodziłam do szkoły bez majtek. Stałam na korytarzu naga od pasa w dół, a wychodzące na przerwę dzieci otaczały mnie ciasnym kręgiem i wytykały palcami. Starałam się nie przejmować i trzymać fason. Wielkie rzeczy, myślałam. Każdemu zdarza się od czasu do czasu zapomnieć bielizny. Nie będę zwracać na nich uwagi, to prędzej czy później dadzą mi spokój. Moja niewzruszona postawa chwiała się jednak coraz bardziej z każdą chwilą, a kiedy wśród roześmianego tłumu dostrzegałam wykrzywione twarze nauczycieli, budziłam się z krzykiem w środku nocy.

W szkole średniej sytuacja uległa poprawie. Nie bałam się już tak bardzo, miałam dobre relacje z rówieśnikami, a nawet się zakochałam. Pierwsza miłość zaprzątnęła moją uwagę do tego stopnia, że kwestia nauki zeszła na dalszy plan. W dużej mierze zrezygnowałam więc z uczestnictwa w lekcjach na rzecz romantycznych spacerów. Przez cztery lata liceum podświadomość nie dawała mi spokoju, co noc odwołując się do mojego poczucia obowiązku. W snach stałam w budce telefonicznej, gdzieś w nieznanym punkcie Warszawy. Starałam się bezskutecznie dodzwonić do rodziców i poinformować ich, że z powodu ciągłego wagarowania nie udało mi się uzyskać promocji do kolejnej klasy. Strugi deszczu lały się z ciemnego nieba, budką szarpały podmuchy huraganu, a ja za każdym razem wykręcałam niewłaściwy numer, marnując w ten sposób ostatnie drobne, jakie zdołałam wygrzebać z kieszeni. Sen ów okazał się do pewnego stopnia proroczy, bo po maturze musiałam przyznać się rodzinie, że z trudem zaliczyłam biologię, a z ustnego angielskiego dostałam tylko słabiutką tróję. Uczyniłam to telefonicznie.

Doprawdy nie wiem, jakim sposobem udało mi się dostać na studia. Wtedy to po raz pierwszy obudziły się we mnie ambicje. Niezdrowe oczywiście. Bo ambicja jest w swej istocie uczuciem chorobliwym, prowadzącym nieuchronnie do głębokich frustracji i kłopotów z ustaleniem własnej wartości. W tym czasie nawiedzały mnie wizje senne przypominające filmy katastroficzne klasy C. Zmiany na słońcu doprowadzały do przesunięcia biegunów magnetycznych Ziemi, co z kolei powodowało pękanie płyt tektonicznych, które nieodmiennie okazywały się niewielkimi kawałkami tandetnego plastiku; wybuchy bomb, choć śmiertelnie niebezpieczne, przypominały raczej rozpalone w lesie ogniska niż widowiskowe erupcje nuklearne, a goniące mnie huragany nigdy nie osiągały imponujących rozmiarów. Uciekając przed przybierającymi tak żałosną formę kataklizmami globalnymi, chroniłam się zazwyczaj w jednej z sal wykładowych Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie dostojna komisja naukowa informowała mnie z żalem, że nie nadaję się na studentkę biologii, ale mogę ewentualnie próbować szczęścia na wydziale robótek ręcznych.

W końcu obroniłam pracę magisterską, a nawet przebrnęłam przez studia doktoranckie, i nadszedł czas snów szczęśliwych, tych z happy endem. Bo każdy zna chyba to radosne uczucie, kiedy uprzytamniasz sobie, że nie nauczyłaś sie trzech działów biologii i nie umiesz wymienić ani jednego pisarza romantycznego, a właśnie zaczyna się matura, a potem budzisz się i z niewypowiedzianą ulgą stwierdzasz, że masz prawie 40 lat?

I tak to się miało skończyć. Przekroczyłam granicę wieku, poza którą żadne szkolne niebezpieczeństwo nie powinno mi już zagrażać. A jednak w ostatni piątek wczesnym popołudniem weszłam do pokoju syna i zobaczyłam, że ten nadal leży w łóżku.
– Wstawaj! – krzyknęłam. – Zaspałeś na maturę!
– Dlaczego tak się przejmujesz? – odpowiedział zirytowany. – Matura, nie matura… Co za różnica? Zresztą nie wiadomo, czy ona się w ogóle odbywa – dodał i przewrócił się na drugi bok.
– Ale to przecież trzeba sprawdzić – wyjąkałam przerażona. – Zadzwoń do kogoś i dowiedz się, czy masz dzisiaj egzamin!

– Nie musze dzwonić  – on mi na to. – Bo w Polsce zasadniczo zrezygnowano z matury.
Zdenerwowałam się tak bardzo, że zaczęłam płakać.
– Co to znaczy zasadniczo? – wołałam, szarpiąc go za ramię. – Zasadniczo to pogoda może być dobra, ale egzamin albo się odbywa, albo nie!
Próbowałam wyciągnąć go z łóżka, ale kołdra zmieniła się w szczelnie zamkniętą osłonę przypominającą ogromny kokon jedwabnika.
– Zajmij się lepiej swoim życiem, a nie moim egzaminem – usłyszałam jeszcze ze środka.

Obudziłam się zlana zimnym potem. Szkoła to spektakularny koszmar, który nigdy się nie kończy.

Bio

Kaja Malanowska

| Pisarka
Z wykształcenia biolożka, napisała doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois at Urbana-Champaign. Felietonistka „Krytyki Politycznej”. Zadebiutowała powieścią "Drobne szaleństwa dnia codziennego" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010), która przyniosła jej uznanie krytyki i nominację do Gwarancji Kultury – nagrody TVP Kultura. Autorka książek "Imigracje" i "Patrz na mnie Klaro!".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.