Felieton

Naprawdę tak boli?

Pacjent ogarnięty bólem nie jest w stanie rozsądnie myśleć, ani podejmować racjonalnych decyzji.

W pewien mglisty, marcowy poranek wstałam wcześnie, żeby od razu po szybkim śniadaniu zabrać się do pracy. Goniły mnie terminy. Byłam spóźniona z korektą książki o kilka dni. Chciałam do wieczora uporać się z poprawkami. Dopiłam kawę, włączyłam komputer, ale nim zdążyłam przebrnąć przez pierwszą stronę, musiałam udać się do szafki z lekarstwami w poszukiwaniu apapu albo ibuprofenu, czegokolwiek, co pozwoliłoby mi spokojnie skupić się nad tekstem. Plecy dawały o sobie znać. Nie bardzo się tym przejmowałam. Od lat miałam problemy z kręgosłupem. Narzekałam, ale dawałam radę, chodziłam na basen, ćwiczyłam, regularnie spotykałam się z masażystą. Lekarze powtarzali, że nic się z tym nie da zrobić. „Boli, bo musi boleć”. Rodzina z lekką irytacją zrzuciła moje dolegliwości na karb hipochondrii. Ja sama przyzwyczaiłam się, że ciągle coś mi dolega. Zazwyczaj dwa apapy przynosiły ulgę, tym razem jednak ostry, promieniujący w stronę kolan ból, zamiast łagodnieć wzmagał się z każdą chwilą. Po piętnastu minutach stało się jasne, że nie wysiedzę przy biurku. Nadal nie czułam się zaniepokojona, takie ataki zdarzały się już wcześniej. Odpaliłam laptopa i postanowiłam pracować na leżąco. Godzinę później dzwoniłam do brata, błagając, żeby przywiózł tramal, który miał skitrany w lodówce, z czasów kiedy chorował na zapalenie nerek.

Tramal pomógł, ale nie na długo. W nocy musiałam wezwać karetkę. Ratownicy odnieśli się sceptycznie do moich dolegliwości. Usłyszałam, że „nie powinno mnie tak boleć”. Nieco skonfundowało mnie to orzeczenie, nie miałam jednak siły dyskutować na temat własnego samopoczucia. Zaaplikowano mi dwa zastrzyki i zaproponowano transport do szpitala, w którym czas oczekiwania na badanie wynosił koło siedmiu godzin. Postanowiłam więc zostać we własnym łóżku. Rano obudziłam się przed piątą. Bolało mnie co raz bardziej. Wiedziałam, że muszę jak najszybciej skontaktować się z lekarzem, jednak perspektywa spędzenia wielu godzin na siedząco w szpitalnej poczekalni wydawała się tak straszna, że nawet nie brałam jej pod uwagę. Na szczęście miałam prywatne ubezpieczenie, zamówiłam więc taksówkę i pojechałam do LuxMedu.

Płacząc dotarłam do gabinetu neurologa. Lekarka ostukała mnie młotkiem, kazała stanąć na palcach i na piętach, stwierdziła, że wszystkie odruchy mam w porządku. „A panią naprawdę tak boli, czy jest pani taka wrażliwa?”, zapytała. Chciałam odpowiedzieć, że to żadna różnica, ale machnęłam ręką. Neurolog przepisała tramal, kazała leżeć i czekać aż rwa kulszowa przejdzie. Wróciłam do domu. Ból narastał z godziny na godzinę. Późnym wieczorem wezwałam prywatnego lekarza. Zaaplikował ketonal i powiedział, że nic więcej nie da się zrobić w warunkach domowych. Jeśli naprawdę źle się czuję, mogę ewentualnie pojechać do szpitala.

Byłam całkowicie wyczerpana, zastrzyk zaczął działać, więc nie zastanawiając się nad tym, co może czekać mnie rano, natychmiast zasnęłam.

Następnego dnia nie byłam w stanie utrzymać się na nogach. Za każdym razem kiedy próbowałam wstać, padałam z bólu na podłogę, a jedna z nóg wydawała się dziwnie bezwładna. Do ubikacji musiałam iść na czworakach. Zadzwoniłam do dwóch szpitali z pytaniem, czy mają miejsca leżące na izbie przyjęć. Dowiedziałam się, że tylko dla skrajnie poważnych przypadków. Nie wiedziałam, czy jestem poważnym przypadkiem, z reakcji pani neurolog podejrzewałam, że nie, postanowiłam więc ponowić próbę z LuxMedem.

Tym razem udałam się do ortopedy. Cała operacja nie była wcale łatwa, bo nie mogłam chodzić. Rodzina musiała pomóc mi dostać się do taksówki, a potem transportować wózkiem pod gabinet. Lekarz okazał się wyjątkowo antypatycznym wąsaczem. Ułożył mnie na kozetce. O nic nie pytając, kazał podnieść nogę. „Całkiem nieźle sobie pani radzi”, powiedział. „Wypiszę skierowanie. Jedni wolą poleżeć w domu, a ci bardziej nerwowi zajmują łóżka szpitalne”, dodał cierpko. Dostałam histerii. Płakałam. Krzyczałam, że nie wytrzymam na izbie przyjęć. Na przemian bluzgałam i jęczałam, błagając o zastrzyk. Ortopeda nieco się zmitygował, tłumaczył coś o skrajnych przypadkach rwy, które z jakiś powodów mogą okazać się niebezpieczne, ale nic do mnie nie docierało. Byłam tak zmaltretowana, że przestałam logicznie myśleć. Kiedy oprzytomniałam, obok lekarza siedziała pielęgniarka. Zapytała, czy w obecności świadków rezygnuję z transportu do szpitala, a kiedy odmówiłam, stanowczo wyprosiła mnie z gabinetu.

Kolejna noc zmieniła się w koszmar, nie zmrużyłam oka i wiłam się z bólu. A rano zrobiłam coś, czego naprawdę chciałam uniknąć: zadzwoniłam do koleżanki, której ojciec jest ordynatorem oddziału neurologii i od tamtej pory wszystko potoczyło się gładko. Na izbie przyjęć nie czekałam nawet minuty. Do sali chorych przywieziono mnie na noszach, natychmiast dostałam kroplówkę ze środkami przeciwbólowymi. Zostałam szczegółowo poinformowana, co się ze mną dzieje. Zabrano mnie na rezonans magnetyczny, a wieczorem leżałam już na stole operacyjnym. Okazało się, że cześć dysku wpadła do światła kręgosłupa i zgniotła nerwy. Gdybym zwlekała kolejny dzień, prawdopodobnie skończyłabym na wózku inwalidzkim.

Moja mama mawia w takich wypadkach: więcej szczęścia niż rozumu. Przyznaję, zachowałam się jak idiotka. Ratownicy i lekarze wielokrotnie proponowali mi transport do szpitala, a ja za każdym razem odmawiałam. Pytanie, ile osób postąpiłoby tak samo na moim miejscu? Śmiem twierdzić, że całkiem sporo.

Ból jest wrażeniem subiektywnym. Wpływają na niego zarówno wcześniejsze doświadczenia, jak i uwarunkowania psychosomatyczne.

Nie da się odpowiedzieć na pytanie: „czy panią naprawdę tak boli?” Naprawdę jak? Należę do całkiem licznej grupy pacjentów, którzy wstydzą się słabości i są skłonni bagatelizować własne odczucia. Niezwykle łatwo mnie przekonać, że histeryzuję, przesadzam i rozczulam się nad sobą. Jeśli więc słyszę: „nie powinno panią tak boleć” natychmiast dochodzę do wniosku, że nie dzieje się nic złego i zawracam lekarzom głowę. W cywilizowanych krajach chorego prosi się najpierw o ocenę poziomu cierpienia w skali od zera do dziesięciu. Nie poddaje się wątpliwości jego szacunków, tylko aplikuje odpowiednie środki i czeka na ich działanie, a dopiero potem przeprowadza rzeczową rozmowę. Pacjent ogarnięty bólem nie jest w stanie rozsądnie myśleć, ani podejmować racjonalnych decyzji. Nie spyta, na czym polega jego schorzenie, dlaczego powinien udać się do szpitala i co mu grozi jeśli zdecyduje się zostać w domu? O tym wszystkim musi poinformować go lekarz, a następnie upewnić się, że jego słowa zostały dokładnie zrozumiane. Kiedy wyczerpany, marzący o odpoczynku chory bez dodatkowych wyjaśnień słyszy, że „może pojechać do szpitala” tryb warunkowy nabiera dla niego zasadniczego znaczenia. Nie ma takiej konieczności, lepiej więc zostać we własnym łóżku. Nie sądzę, żeby pomysł na tworzenie wąskich gardeł w izbach przyjęć chronił przed atakami upierdliwych hipochondryków, za to skutecznie odstrasza ludzi naprawdę cierpiących.

Po dwóch operacjach kręgosłupa i półtora roku podróży przez rożne oddziały szpitalne jestem absolutnie przekonana, że mamy w Polsce specjalistów światowej klasy. Problem polega na tym, że większość z nich bagatelizuje objawy, których nie da się zmierzyć za pomocą odpowiednich przyrządów, nie ufa odczuciom pacjentów i nie potrafi z nimi rozmawiać. Kwestie, zdałoby się nie największej wagi, a jednak w skrajnych wypadkach ratujące życie.

DLACZEGO-MILOSC-RANI-Eva-Illouz

**Dziennik Opinii nr 234/2016 (1434)

Bio

Kaja Malanowska

| Pisarka
Z wykształcenia biolożka, napisała doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois at Urbana-Champaign. Felietonistka „Krytyki Politycznej”. Zadebiutowała powieścią "Drobne szaleństwa dnia codziennego" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010), która przyniosła jej uznanie krytyki i nominację do Gwarancji Kultury – nagrody TVP Kultura. Autorka książek "Imigracje" i "Patrz na mnie Klaro!".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.