Felieton

Madonna w krzywym zwierciadle

Pomysł, że każdy może podołać rodzicielstwu dzięki naturalnej intuicji, uważam nie tylko za głupi, ale również za wyjątkowo szkodliwy.

W piątek zadzwoniła do mnie zdenerwowana przyjaciółka.
–  Możemy pogadać? – spytała. – Nie wiem, co robić. Czuję się jak ostatni potwór.
Klara ma trójkę dzieci. I są to dzieci ze świadomego wyboru, żadne tam wpadkowe. Każdy, kto zna ją bliżej, wie, że nie należy do matek „oganiających się”. Kocha swoje potomstwo, poświęca mu mnóstwo uwagi, co więcej, zajmowanie się dziećmi sprawia jej przyjemność. Ale to jeszcze nie koniec zalet mojej przyjaciółki, bo opiekując się trójką maluchów, ma jednocześnie zdrowy dystans do własnych uczuć, nie zamęcza „uroczymi pociechami” całego otoczenia i potrafi zadbać równocześnie o dom oraz własne życie towarzyskie i zawodowe. Jak to robi? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że w konkurencji na dobrą, rozsądną matkę bez cienia wątpliwości stawiałabym na nią.

Parę dni temu Klara opublikowała w „Dzienniku Gazeta Prawna” artykuł dotyczący wpływu dzieci na poziom szczęścia rodziców. Wyważony, pisany bez zbędnych emocji tekst przywołuje dane z prowadzonych od lat badań socjologicznych, z których wynika jednoznacznie, że wpływ najmłodszych na poziom zadowolenia w rodzinie jest niewielki, z tendencją w stronę: negatywny. „Potencjalni rodzice ulegają złudzeniu, iż dzieci zmieniają ich życie na lepsze” – cytuje słowa profesora Janusza Czapińskiego, wieloletniego kierownika projektu zajmującego się analizą warunków i jakości życia Polaków. „Największe zadowolenie deklarują pary, które dopiero co podjęły decyzję o powiększeniu rodziny, ale jeszcze nie zrealizowały swoich planów”. Co więcej, badania opublikowane przez Max Planck Institute wskazują, że zadowolenie rodziców nieznacznie rośnie po urodzeniu pierwszego dziecka, spada zaś zdecydowanie po przyjściu na świat trzeciego potomka. Powołując się dalej na prace prowadzone na University of San Diego i University of Georgia, Klara tłumaczy, że niedobory szczęścia w rodzinach wielodzietnych wiążą się bezpośrednio z problemami finansowymi i narastającym poczuciem ograniczenia wolności matek.

Autorka pisze w sposób rzetelny i chłodny, nie odnosząc się do prywatnych doświadczeń, z wyjątkiem wstępu, gdzie pozwala sobie na krótką osobistą dygresję: „Zdarza się, że wzdycham z rozmarzeniem, gdy pomyślę, na ile to rzeczy byłoby mnie stać, gdyby nie trójka dzieci (…). Oburzające? Przecież wiadomo, że nie zamieniłabym dzieci na auto”. Tekst ukazał się w piątek rano i już po kilku godzinach Klara zaczęła otrzymywać maile i SMS-y od znajomych, którzy w sposób mniej lub bardziej obraźliwy wyrażali swoje oburzenie oraz przesyłali wyrazy współczucia pod adresem jej dzieci.

Na marginesie dodam, że wiadomości te pochodziły wyłącznie od mężczyzn.

Kobiety w naszym kraju mogą narzekać na brak czasu, pieniędzy, pękające przy karmieniu sutki czy rozstępy na brzuchu, pod warunkiem że szczęście, jakie odczuwają z powodu obecności w ich życiu „słodkich pociech”, rekompensuje im z nawiązką wszystkie niedogodności. Mężczyźni mają pod tym względem łatwiej. Model ojca – pracoholika, który rzadko bywa w domu, nie budzi powszechnej niechęci. Nikt też nie oburza się na faceta przyznającego z zażenowanym uśmiechem, że nie nadaje się do wychowywania dzieci.

Z własnego, bolesnego doświadczenia wiem, że żadna polska matka nie ma prawa podejmować tematów związanych z trudnym albo niechcianym rodzicielstwem. Kiedy odważyłam się publicznie przyznać, że wczesne macierzyństwo zaszkodziło nie tylko mnie, ale przede wszystkim mojemu synowi, zostałam okrzyknięta zdzirą, potworem i psychopatką. Ktoś nawet proponował, żeby odebrać mi dziecko, ale tak się nieszczęśliwie złożyło, że mój syn skończył akurat osiemnaście lat i ta szczytna inicjatywa spaliła na panewce.

Do tej pory, pisząc o macierzyństwie, świadomie unikałam słowa „kocham”. Dlaczego? Po pierwsze nie widziałam powodu, żeby tłumaczyć się komukolwiek z własnych uczuć, co więcej takie deklaracje wydają mi się zbyt osobiste jak na publiczną dyskusję, a przede wszystkim miałam i nadal mam poważne trudności ze zdefiniowaniem pojęcia miłości.

Chyba nikogo nie zdziwi, jeśli powiem, że poczucie szczęścia u osób, które zajmują się niedołężnymi rodzicami: kąpią ich, przewijają i gigantycznym wysiłkiem zapewniają całodobową opiekę, drastycznie spada. Czy w związku z tym powinniśmy uznać, że takie osoby nie kochają rodziców i tym rodzicom szczerze współczuć? Co zmienia się w sposobie naszego myślenia, jeśli odwrócimy tę sytuację?

Zostając matkami lub ojcami, nie zmieniamy się w automaty czerpiące radość i energię z zaspakajania potrzeb milusińskich. Nadal mamy własne ambicje i marzenia: chcemy pracować, odnosić sukcesy, jeździć na egzotyczne wakacje, bawić się w gronie przyjaciół, obejrzeć film, przeczytać książkę czy po prostu dobrze się wyspać.

Im dłuższa lista wyrzeczeń, tym wyższy poziom frustracji i ogólnego zniechęcenia. Miłość, jaką czujemy do dzieci, nie odwraca tej zależności.

Znam wielu ojców, którzy wolą zostawać po godzinach w pracy, niż wracać do domu, zmieniać pieluchy i podcierać zaglucone nosy; wiele matek, których własne potomstwo męczy, nudzi i irytuje, popadających z powodu uwiązania w domu w depresję, a nawet cichy alkoholizm. Natomiast na palcach jednej ręki zliczyć mogę tych, którzy idealnie radzą sobie z potomstwem. Bycie rodzicem to jedno z najtrudniejszych wyzwań, jakie stawia przed nami życie. Pomysł, że każdy może mu podołać dzięki naturalnej intuicji, uważam nie tylko za głupi, ale również za wyjątkowo szkodliwy.

Co oznacza „naturalny dar rodzicielstwa”? Naturalnie zwierzęta opiekują się swoim miotem. A to sprowadza się do karmienia i utrzymywania młodych w czystości oraz przepędzania ich z gniazda jak najszybciej po tym, kiedy uzyskają względną samodzielność. Jeszcze nie tak dawno człowiek zachowywał się podobnie. Działania takie jak czytanie bajek, przesiadywanie na placu zabaw, wspólne odrabianie lekcji, dostarczanie kieszonkowego i zajmowanie się problemami zaburzonych nastolatków nie wynikają z natury, ale są konsekwencją otaczającej nas kultury. Nie istnieje coś takiego jak pierwotny dar ojcostwa i macierzyństwa, jedni mają w tym kierunku większe, inni mniejsze predyspozycje. Na jednym końcu krzywej Gaussa znajdują się ludzie stworzeni do rodzicielstwa, na drugiej ci, którzy pod żadnym pozorem nie powinni starać się o dzieci. Cała reszta napotyka po drodze na większe lub mniejsze trudności, o których pod groźbą wykluczenia ze wspólnoty ludzi przyzwoitych nie wolno rozmawiać.

Kinga Dunin wymyśliła kiedyś system, w którym zakładanie wielodzietnej rodziny byłoby traktowane jak pełnowymiarowa praca. Rodzicami zostawałyby tylko osoby absolutnie przekonane, że nadają się do wychowywania licznego potomstwa, a reszta wspólnoty płaciłaby na ich rzecz wysokie podatki. W ten sposób nasze emerytury pozostałyby bezpiecznie, a jednocześnie wzrósłby gwałtownie ogólny poziom zadowolenia w społeczeństwie. Oczywiście możemy ten pomysł włożyć między bajki albo, jak kto woli, między żarty. Byłby możliwy tylko wtedy, gdyby każdy mógł z czystym sumieniem i pełnym przekonaniem odpowiedzieć na pytanie: czy chcę mieć dzieci? Na razie jednak ideologiczne rodzicielstwo stanowi jeden z najbardziej opresyjnych wymogów naszej kultury.

To powszechne przeświadczenie, że rodzicielstwo, a przede wszystkim macierzyństwo jest stanem łatwym i naturalnym, przynosi szkodę samym dzieciom. Wraz z pojawieniem się ich na świecie spadają na nas ogromne obowiązki, które trudno przewidzieć i do których naprawdę trudno się przygotować. Wielu kobietom wydaje się, że nie powinny żywić najmniejszych wątpliwości, a tym bardziej dzielić się z innymi negatywnymi doświadczeniami, bo zostaną odsądzone od czci i wiary. Co więcej, ich obawy są jak najbardziej uzasadnione. W jaki więc sposób mają świadomie decydować się na macierzyństwo, a potem wspierać nawzajem i przekazywać zdobyte doświadczenia, skoro otwarta dyskusja na ten temat jest w naszym kraju niemożliwa?

Bio

Kaja Malanowska

| Pisarka
Z wykształcenia biolożka, napisała doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois at Urbana-Champaign. Felietonistka „Krytyki Politycznej”. Zadebiutowała powieścią "Drobne szaleństwa dnia codziennego" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010), która przyniosła jej uznanie krytyki i nominację do Gwarancji Kultury – nagrody TVP Kultura. Autorka książek "Imigracje" i "Patrz na mnie Klaro!".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.