Felieton

Klatka

– Powiem pani, tak między nami. Najlepiej wziąć śrubokręt, przyjść tu wieczorem i skurwysynowi maskę porysować.

Kiedy mieszkałam w Stanach, mniej więcej rok od wyjazdu z Polski zaczęło nawiedzać mnie dziwne uczucie. Z początku nie potrafiłam zrozumieć, co się ze mną dzieje. Był to rodzaj klaustrofobicznego niepokoju, jakbym zbyt długo przebywała w ciasnym pomieszczeniu i nie umiała się z niego wydostać. A przecież nasz dom stał na skraju miasteczka. Za oknami rozpościerał się trawnik, po którym skakały króliki, gdzie pasły się dzikie gęsi, a prążkowane, nerwowe chipmunki znaczyły ścieżki do wejść swoich norek. Trawnik otaczały pola kukurydzy i dzikie, nieobsiane kawałki prerii. Co wieczór szliśmy na spacer piaszczystą drogą wzdłuż zagajnika i prywatnej, grodzonej łąki, aż do ostatniej asfaltowej szosy pod miasteczkiem. Tam trasa naszych wędrówek się urywała. Dalej można było tylko jechać samochodem.

Po trzech latach emigracji lekki dyskomfort, którego doświadczałam, zmienił się w dojmujące i trwałe poczucie spętania. Wieczorami szłam drogą za domem, słuchając grania cykad i skrzeku łąkowych żab. Śledziłam cichy lot nietoperzy. Czasami przemknął tuż obok opos albo szop. Wokół pachniały kwitnące zioła. Swobodna, dzika przyroda znajdowała się na wyciągniecie ręki. Widziałam kolory, czułam zapachy i słyszałam dźwięki, a jednak niczego nie mogłam dotknąć, jakbym cały czas znajdowała się za niewidzialną szybą odgradzającą mnie od reszty świata.

Stany to wielki i piękny kraj. Człowiek zaczął go zmieniać stosunkowo niedawno, dlatego natura pozostała tam bujna i nieujarzmiona. A jednak, kiedy pojechaliśmy na wycieczkę po północnej części Ameryki, nie opuszczało nas wrażenie, że jesteśmy jedynie widzami, którzy oglądają film przyrodniczy w bardzo nowoczesnym, trójwymiarowym kinie. Od łąk, gór i prerii nieustannie oddzielał nas parkan i wywieszone na nim tablice z napisem: „Własność prywatna, wstęp surowo wzbroniony”. Żadna dodatkowa droga, przecinka ani najwęższa ścieżka nie prowadziły w bok od szosy. Podróżowaliśmy setkami mil, goniąc złudne poczucie, że w końcu dotrzemy do widoków, które migały za samochodową szybą.

Parki narodowe były jedynym miejscem, w których znikały otaczające nas płoty i zasieki posiadaczy ziemskich. Pech sprawił, że mieszkaliśmy na Midweście i od najbliższego rezerwatu dzieliło nas wiele godzin jazdy. Pod koniec pobytu w Stanach uczucie klaustrofobii wzmogło się tak bardzo, że chwilami byłam przekonana, że przestaję oddychać. Najcięższe momenty przeżyłam na pięknym Cape Cod, gdzie do letniej rezydencji zaprosiła nas moja szefowa. Dom stał na wzgórzu, wśród sosen. Łagodne zbocze porastała łąka, a tuż za nią skrzył się w słońcu ocean. Wystarczyło pobiec w dół, żeby w kilka minut dotrzeć do plaży. A jednak codziennie musieliśmy wsiadać w samochód i przez pół godziny objeżdżać wszystkie posiadłości, jakie dzieliły nas od oceanu. Trudno opisać ulgę, z jaką wracałam do Polski na wakacje. I radość z tak oczywistego faktu, że mogę w każdym momencie skręcić na pastwisko czy do lasu albo nawet przejść wydeptanym skrótem pomiędzy blokami na Ursynowie.

Cały ten przydługi wstęp napisałam dla kontrastu. Bo wyjechałam ze Stanów. Wróciłam do Polski. Od siedmiu lat mieszkam w Warszawie. Na Górnym Mokotowie. I już nie czuję się uwięziona w klatce o przezroczystych prętach. A właściwie prawie się nie czuję…

Kamienice w mojej dzielnicy stykają się bokami. Tę część miasta zaprojektowano tak, żeby kolejne połączone budynki tworzyły prostokąty, wewnątrz których znajdują się wspólne dla wszystkich mieszkańców, odgrodzone od ulicy patia – mokotowskie zieleniaki. Na tych ładniejszych rosną stare drzewa owocowe: mirabelki, jabłonki, śliwy i orzechy. Dzieci bawią się na trawnikach. Nikt nie ma pretensji, jeśli obok bawią się również psy. Podwórka stanowią ważny element sąsiedzkiej wspólnoty.

W ostatnich latach wiele się jednak na zieleniakach zmieniło. Cześć kamienic została oddana przedwojennym właścicielom lub wykupiona przez bogatych biznesmenów. Nowi właściciele odnowili zrujnowane budynki. Zajęli się też renowacją przydomowych ogródków: podcięli drzewka owocowe, zasiali kwiaty i uporządkowali trawniki. A potem te trawniki skrzętnie ogrodzili. I oczywiście mają do tego prawo. Ziemia należy do nich.

Tyle tylko, że na wewnętrzne podwórka na Mokotowie coraz trudniej wejść, można na nie tylko popatrzeć.

Mój ulubiony zieleniak, po którym spacerowałam z psem, stracił ostatnio całkiem spory kawałek murawy. Co więcej, nowy kamienicznik urządził sobie za płotem nie tylko ogródek, ale również prywatny parking, na który wjeżdża terenowym samochodem, ryjąc oponami pozostałą cześć trawnika. Rozzłościła mnie ta przykra zmiana. Jako odpowiedzialna obywatelka lokalnej wspólnoty postanowiłam zawiadomić policję i któregoś dnia zaczepiłam przechodzący patrol.

– Czy panowie widzieli, co się tutaj dzieje? – zapytałam, pokazując rozjeżdżoną trawę. – Rozumiem, że ci ludzie mają prawo stawiać ploty w środku Warszawy, ale czy mogą również znaczyć sobie prywatne drogi przez wspólną własność?
Jeden z policjantów zmarszczył nos.
– No wie pani… Teoretycznie nie. Ale tu nie ma zakazu wjazdu. Trzeba by skargę napisać do urzędu miasta. Poprosić o postawienie znaku. Widać, że gość ma kupę kasy, więc nawet jak pani pismo wyśle, to i tak nic się nie zmieni, taki chuj wszystko sobie załatwi. Powiem pani, tak między nami – ściszył głos. – Najlepiej wziąć śrubokręt, przyjść tu wieczorem i skurwysynowi maskę porysować. Na burżuja innej rady nie ma. W takim świecie żyjemy…

Bio

Kaja Malanowska

| Pisarka
Z wykształcenia biolożka, napisała doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois at Urbana-Champaign. Felietonistka „Krytyki Politycznej”. Zadebiutowała powieścią "Drobne szaleństwa dnia codziennego" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010), która przyniosła jej uznanie krytyki i nominację do Gwarancji Kultury – nagrody TVP Kultura. Autorka książek "Imigracje" i "Patrz na mnie Klaro!".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.