Felieton

Jak uczyć, pani minister?

anna-zalewska

W zeszłym tygodniu dostałam list od pani minister Zalewskiej.

List adresowany nie tylko do mnie, ale do wszystkich dyrektorów szkół i nauczycieli, utrzymany w tonie pogodnym, rzekłabym nawet entuzjastycznym, informował, że rok 2017 będzie „intensywny, ale też niezwykle istotny dla polskiej edukacji”. Czekają nas zmiany, jak zapewniono, zmiany na lepsze.

Otóż nowa podstawa programowa, którą przygotował zespół ekspertów (ich nazwisk nie wymieniono, nie sposób też dogrzebać się do nich na stronach ministerialnych, najwyraźniej byli to eksperci tajni), pozwoli na większą swobodę kształcenia, między innymi na naukę gry w szachy od pierwszych klas szkoły podstawowej. Dzieci zaczną też programować i pracować metodą projektową.

Nie mam nic przeciwko grze w szachy, nauka komputerów też brzmi nieźle, aczkolwiek wątpię, żeby samorządy obciążone kosztami transformacji, stać było na zakup potrzebnego sprzętu. Natomiast hasła „swoboda kształcenia” oraz „praca metodą projektową” budzą poważne wątpliwości. Spokojnie. Nie zamierzam zanudzać was kolejnym wywodem o ideologizacji szkół, moi koledzy humaniści mieliby na pewno więcej na ten temat do powiedzenia. Ja jestem biolożką. I po prostu przeczytałam dokładnie nową podstawę programową. A po jej przeczytaniu włos mi się zjeżył na głowie. Nie z powodów ideologicznych, tylko merytorycznych.

Nie zamierzam zanudzać was kolejnym wywodem o ideologizacji szkół, moi koledzy humaniści mieliby na pewno więcej na ten temat do powiedzenia. Ja jestem biolożką.

W zasadzie nie powinnam się dziwić i zgłaszać pretensji do specjalistów MEN, którzy musieli opracować szkolną strategię w niecałe dwa miesiące. Od razu przyznaję – nie zrobiłabym tego lepiej. Nie sposób przemyśleć, skoordynować i sensownie rozplanować naukę przedmiotów przyrodniczych w tak ekspresowym tempie. Pozostaje więc skorzystać z tego, co mamy pod ręką: podebrać ze starego, PRL-owskiego podręcznika, zaczerpnąć z wytycznych gimnazjalnych, połączyć, wymieszać, tu skrócić, tam rozciągnąć – i gotowe.

W efekcie nowa podstawa nie tylko nie likwiduje wad programu gimnazjalnego, ale je pogłębia. Przede wszystkim jest zbyt obszerna, przez co uniemożliwia rzetelne prowadzenie zajęć. O żadnej „swobodzie nauczania”, doświadczeniach, wycieczkach krajoznawczych i pracach projektowych nie ma nawet mowy, bo zwyczajnie nie starczy na to czasu. Co gorsza korelacja między przedmiotami przyrodniczymi, kulawo, a jednak realizowana w obecnym systemie, po reformie straci rację bytu.

Bajka o ziarnie, czyli o polskiej edukacji

Nowy projekt w dużej mierze powtarza program gimnazjalny, tyle że dotyczy młodszych uczniów. W liście od pani minister Zalewskiej zapewniano, że do końca czerwca fachowcy przeprowadzą w szkołach szkolenia nauczycieli. Świetnie. Chętnie się dowiem, w jaki sposób rozmawiać z jedenastolatkami o pierwiastkach i substancjach organicznych, skoro dzieci w piątej klasie nie mają jeszcze chemii, a koncept budowy cząsteczkowej jest dla większości z nich po prostu zbyt abstrakcyjny. Czy ktokolwiek próbował sobie wyobrazić, jak takim maluchom wyjaśnić proces oddychania albo jak omówić przebieg fotosyntezy w sytuacji, w której zarówno pojęcie związku, jak i reakcji chemicznej jest im całkowicie obce? W wyższych klasach czeka nas jeszcze kilka podobnych niespodzianek. Niełatwym zadaniem wydaje się chociażby nauka o budowie i funkcjonowaniu ciała człowieka, wyjaśnienie procesu dyfuzji, osmozy czy podstaw optyki z kuśtykającą daleko w tyle fizyką.

Byłabym niesprawiedliwa, gdybym przemilczała niewątpliwe plusy nowej podstawy. Z części botanicznej wyleciały znienawidzone przez wszystkich i absurdalnie skomplikowane cykle rozmnażania roślin. Ale jednocześnie uczniowie poznają budowę sosny i na wiarę przyjmą fakt, że rośliny nagonasienne różnią się od okrytonasiennych, co wydaje się nie tyle głupie, co szkodliwe, jak każde bezmyślne wkuwanie materiału. Z nowych podręczników zniknie kilka istotnych tematów przekrojowych i integrujących wiedzę, między innymi dotyczących zagadnień ewolucyjnych. Milczeniem pominięte zostały również niektóre kwestie związane z ochroną środowiska.

Przywołując opinię Komitetu Biologii Środowiskowej i Ewolucyjnej PAN, tak wykładana przyroda stanie się zbiorem niezrozumiałych faktów do nauczenia na pamięć, a nie narzędziem pozwalającym na zrozumienie świata.

Broniarz: Los reformy edukacji będzie przesądzony dopiero 1 września 2017

Bio

Kaja Malanowska

| Pisarka

Z wykształcenia biolożka, napisała doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois at Urbana-Champaign. Felietonistka „Krytyki Politycznej”. Zadebiutowała powieścią “Drobne szaleństwa dnia codziennego” (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010), która przyniosła jej uznanie krytyki i nominację do Gwarancji Kultury – nagrody TVP Kultura. Autorka książek “Imigracje” i “Patrz na mnie Klaro!”.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Mam jednak nadzieję, że oprócz tego, że jest Pani biolożką - jest również humanistką. Nie ma intelektualisty, który nie jest humanistą. Nie upraszczajmy tego, co świadczy o naszym człowieczeństwie, naszej wiedzy i rozumieniu świata. Pani insynuacja, że humaniści zanudzają jest małostkowa i tylko potwierdza fakt, że narzucona społecznie narracja dzieląca ludzi na humanistów i tych, którzy reprezentują jakąś "science" - odbiera umiejętność krytycznego i refleksyjnego myślenia.