Felieton

Felieton zapachowy

kot

Nie pytajcie proszę, jak trafiłam na facebookową konwersację, którą nie tyko przejrzałam, ale kilkukrotnie przeczytałam uważnie z rosnącym zainteresowaniem.

Jeśli chodzi o tropienie komentarzy na Facebooku, odgrzebywanie głupawych opinii, nietrafionych sądów oraz innych mniej lub bardziej kompromitujących wypowiedzi bliźnich w necie, nie należę do najdociekliwszych śledczych. Co innego mój mąż. Uwierzcie na słowo, nie chcecie mu podpaść. Natychmiast by się okazało, że w grudniu ubiegłego roku pomyliliście Płatonowa z Obłomowem, notorycznie używacie błędnych form zaimków wskazujących, a nie dalej niż trzy tygodnie temu dyskutowaliście z wielką swadą na temat współczesnej teorii ewolucji, o której ewidentnie nie macie pojęcia. Więc uważajcie i żyjcie z nim w zgodzie.

Ze mną możecie pozwolić sobie na więcej swobody. Z powodów zwykłej gnuśności i braku zainteresowania dla czyichkolwiek opinii poza własnymi, nie studiuję cudzych postów, nie biorę udziału w internetowych debatach, a Facebook traktuję jako dodatkową skrzynkę mailową oraz zbiór memów i jakże uroczych filmików o pieskach, króliczkach czy świeżo wyklutych kurczaczkach. Nie wiem, jak bardzo czułabym się dotknięta, a dodam, że obrażam się łatwo i jestem pamiętliwa, wrodzone lenistwo i utrudniająca czytanie dysfunkcja mózgu zwana dysleksją wypchną mnie sprzed komputera na neutralne grunty kanapy, gdzie w sposób bezsilny i całkowicie dla was bezpieczny przeżuję złość, słodząc jej gorzki smak ciągutkami F. Pomorski i Syn, w akcie desperacji wyszperanymi z odległych i niegrzeszących czystością zakamarków szafki kuchennej.

Nie pytajcie więc proszę, jak w takim razie trafiłam na facebookową konwersację, którą nie tyko przejrzałam, ale kilkukrotnie przeczytałam uważnie z rosnącym zainteresowaniem. Odpowiedz brzmi – nie mam pojęcia. Być może któryś z rozmówców całkiem bez związku opatrzył swój post zdjęciem aportującego słonia albo fluorescencyjnego kota. Coś niewątpliwie ściągnęło moją uwagę i już nie mogłam się oderwać. Dyskusja, inkrustowana licznymi aluzjami do esejów znanych podróżników intelektualistów (Herbert albo bardziej nowocześnie i kosmopolitycznie – Sebald), dotyczyła zapachu w metrze londyńskim, który, zapewne z powodu wrodzonej skłonności Anglików do umiaru, tak bardzo rożni się od wyrafinowanych woni rozsnutych na stacjach kolejki paryskiej, zupełnie też nie przypomina rozzuchwalonych południowym słońcem aromatów metra barcelońskiego.

O zgrozo! Nie dość, że nigdy nie byłam w Barcelonie, a w Paryżu tylko raz, to jeszcze w żaden sposób nie potrafiłam sobie przypomnieć wyjątkowego tchnienia londyńskich środków transportu. Ileż zmysłowo-intelektualnej rozkoszy mnie ominęło!

Lapońska wojna, japońska manga

Przyznam, że niedowidzę, a mimo to uparcie odmawiam noszenia okularów. Zostałam też obarczona dziedziczną skłonnością do głuchoty, ale zmysł powonienia działa u mnie bez zarzutu. Zdecydowałam więc przejść się po mieście i jeśli nie w czasie zagranicznych wojaży, to przynajmniej lokalnie nadrobić sensoryczne braki.

Jakież rozczarowanie spotkało mnie na samym wstępie, kiedy odkryłam, iż w warszawskim metrze panuje całkowita pustka zapachowa. Kompletne zero. Żadnych landrynkowych bukietów przywodzących na myśl Chopinowskie mazurki i spacer po Łazienkach, ani nutki Pałacu Kultury, zgniłego pomidora, psich odchodów na trawniku, niedopitej puszki piwa „Strong”, czy chociażby zatłuszczonych papierków po ekohamburgerach rozrzucanych hojnie na nadwiślańskim brzegu. Nic, co przypominałoby lekko przegniły fetor resztek kolacji sąsiada uprzejmie wystawionych pod moim oknem czy swąd balkonowego grilla, o powiewach historii nasiąkłych aromatem ostatniego powstania, względnie potem żołnierzy wyklętych, nawet nie wspomnę.

Cóż to za metro, myślałam, siedząc na ławce naprzeciw ekranu, na który właśnie rzucono reklamę mleka: „białe po mamie, zdrowe po byku”, tak boleśnie pozbawione zapachowego charakteru? I jak niby taka higienicznie wyjałowiona kolejka świadczy o tożsamości miasta, w którym przyszło mi się urodzić? Musiałam mieć przy tym dość głupią minę, bo pewien wychodzący z pociągu młody człowiek, ubrany w koszulkę z napisem: „don’t be a zombie, meat sucks”, pstryknął mi zdjęcie iPhonem i na pewno od razu wrzucił na Facebooka z dopiskiem: „Ale beka” albo: „No ile, kurwa mam czekać na te jebane frytki!”.

Ignorując bezczelne zachowanie owego młodzieńca przybrałam godny wyraz twarzy i postanowiłam nie poddawać się łatwo. Być może metro w moim mieście nie roztacza specyficznych woni, ale na pewno znajdę miejsca o jedynym w swoim rodzaju zapachu, łączącym odoranty rodzimej historii wymieszane z niepowtarzalną gamą wonności współczesnej Warszawy. Ruszyłam na poszukiwania. Przemierzałam bulwary i parki, skwerki, zaułki i place. Zaglądałam do lodziarni, zakładów szewskich i księgarni, obeszłam wokół Dworzec Centralny. Niestety wszędzie czekało mnie to samo rozczarowanie. Trawniki pachniały koszoną trawą, sklepy mięsne – wieprzowiną, warzywniaki – kiszoną kapustą, Plac Konstytucji i Nowy Świat – spalinami, tramwaje – najzupełniej współczesnym potem niedomytych pasażerów, a kawiarnie, nigdy nie zgadniecie – kawiarnie pachniały kawą.

Być może metro w moim mieście nie roztacza specyficznych woni, ale na pewno znajdę miejsca o jedynym w swoim rodzaju zapachu, łączącym odoranty rodzimej historii wymieszane z niepowtarzalną gamą wonności współczesnej Warszawy.

Po kilku godzinach jałowych badań organoleptycznych straciłam nadzieję i popadłam w przykry do zniesienia nastrój melancholii. Najwyraźniej w całym mieście nie ostał się ani jeden zakątek tchnący autentycznym zapachem Warszawy. Powłócząc nogami zawróciłam w stronę domu. Wracając, dałam jednak ostatnią szansę moim poszukiwaniom. Skręciłam na pocztę i tak długotrwałe wysiłki zostały na koniec nagrodzone. Przyozdobione girlandami plastikowych bluszczy, malowane w maziaje koloru zupy pomidorowej, brudnoszare wnętrze, nie wydzielało wprawdzie żadnych woni, poza mglistym, pseudocytrusowym odorem płynu do mycia lastryko, ale znalazłam w środku coś interesującego. I o tym znalezisku właśnie miał być dzisiejszy felieton. Niestety wstęp zajął mi za dużo miejsca. Muszę kończyć. Jeżeli jednak chcecie wiedzieć, co czai się na Poczcie Polskiej, przeczytajcie koniecznie mój kolejny tekst za miesiąc.

Domosławski: Biografia Kapuścińskiego była szansą na dyskusję o polskim reportażu. Szkoda, że ją zmarnowaliśmy

Bio

Kaja Malanowska

| Pisarka
Z wykształcenia biolożka, napisała doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois at Urbana-Champaign. Felietonistka „Krytyki Politycznej”. Zadebiutowała powieścią "Drobne szaleństwa dnia codziennego" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010), która przyniosła jej uznanie krytyki i nominację do Gwarancji Kultury – nagrody TVP Kultura. Autorka książek "Imigracje" i "Patrz na mnie Klaro!".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

???????????????????????????????
Felieton powinien mieć tytuł 'Nie mam pojęcia co napisać, ale płacą mi za wierszówką, a więc Kajo - musisz!"

A Maja jeśli reszta twojego dorobku literackiego jest rownie porywająca i ciekawa to dzięki Bogu, ze z głodu nie zmarłaś. Chwala Slawkowi S. , ze placi za takie bzdury.

Wow. Po prostu wow. Widzę ze publikujecie juz absolutnie wszystko. Pora złapać za klawiaturę i łatać domowy budżet (krypol w koncu prawdziwie lewicowy - to sie chwali). Skoro Pani walnęła taki kawał, to musicie płacić od słowa 🙂

Nie dziw, że czytelnictwo w Polsce leży jeśli mamy takich "pisarzy".

Dla mnie to felietonik jak cukierek - przyjemność formalno - zmysłowa (z wyjątkiem jednego miejsca, gdzie brakło mi pamięci podręcznej na zdanie wielokrotnie złożone). Fajowe. A i zakończenie jakże bezpretensjonalne!
Domyślam się też dlaczego mąż taki nerwowy...

Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!