Felieton

Zgony po dopalaczach to wina polityków

Po obejrzeniu „Siedmiu stopni donikąd” mam wrażenie, że widzowie dowiedzieliby się znacznie więcej, gdyby zamiast spektaklu zaserwować im kreski klefedronu.

Nigdy nie miałem takiego poczucia wspólnoty jak po mefedronie. Dlatego, gdy przeczytałem zapowiedź spektaklu Dopalacze. Siedem stopni donikąd, trochę mnie zmroziło. Jak to dopalacze „są narkotykiem pustym, szybkim, łatwym, pozbawionym jakiegokolwiek kontekstu, ideologii”? Ktoś tu chyba nie czytał Alexandra Shulgina , twórcy MDMA oraz setek innych psychoaktywnych substancji. Albert Hoffman przewraca się w grobie. Powiecie, że kwas to nie dopalacz? Powiem wam, że to jeden z pierwszych designer drugs . Za mało macie kontekstu w ćpaniu? Okultura wydała o tym sporo książek, polecam też stronę Wolna Molekuła, czy pięknego fan pejdża Klefedron. Metafizyka, gdyby brakowało wam metafizyki.

Że niby dopalacze „w swoim efekcie nie tworzą nawet wspólnoty”? To, co ja czułem po 3mmc? Nic nie pozwala poczuć takiej wspólnoty i więzi ze światem jak grzybki psylocybki czy kwas. Dlaczego ktoś znowu szkaluje mnie i moich przyjaciół? Ostatnio Robert Tekieli zarzucał mi w programie poświęconym „bruLionowi”, że lewica niszczy rodzinę i wspólnotę. Osobiście żadnej rodziny jeszcze nie zniszczyłem, a wręcz przeciwnie, aktywnie walczę o to, żeby rodzin w Polsce mogło być więcej (Wystarczyłoby zalegalizować małżeństwa jednopłciowe, a jednym ruchem zwiększylibyśmy liczbę rodzin w Polsce o pięćdziesiąt tysięcy!). Podobnie, jeśli chodzi o wspólnotę: staram się ją raczej budować niż niszczyć. Wierzę, że może istnieć w Polsce progresywna wspólnota, w której będziemy potrafili ze sobą rozmawiać, w której będzie miejsce dla wszystkich. Niezależnie od rasy, wyznania, pochodzenia, koloru skóry, stanu majątkowego i innych cechy osobowych.

Wspólnota, w której dobrze mogą czuć się dziwacy, wariaci, ćpuny, rowerzyści, weganie i wyznawcy Wielkiego Potwora Spaghetti. Ale może po prostu mam zrytą banię od nadmiaru 3mmc. Albo jestem utopistą. Bo przecież wiem, że trend jest raczej taki, żeby ludzi ze wspólnoty wykluczać niż do niej zapraszać.

Albo jestem utopistą. Bo przecież wiem, że trend jest raczej taki, żeby ludzi ze wspólnoty wykluczać niż do niej zapraszać.

Ale wróćmy do dopalaczy, bo choć zapowiedź mnie zmroziła, to i tak postanowiłem się wybrać do teatru Kamienica, żeby zobaczyć, co o dopalaczach wiedzą autorzy spektaklu. Niestety chyba niewiele.

Zaczęło się tak jak lubię, czyli od kieliszka wina (piję szybko, więc zdążyłem wytrąbić nawet dwa). Co prawda alkohol w Polsce bezpośrednio przyczynia się do 10 tysięcy zgonów rocznie, ale przecież kieliszek wina w Teatrze Kamienica jeszcze nikomu nie zaszkodził. Ani nawet sześć kieliszków (Gdy wychodziłem, wino ciągle jeszcze było, więc serdecznie polecam ten teatr). Przed spektaklem krótką przemowę wygłosił Emilian Kamiński, którego kolega spytał, czy wie, w czym Polska jest najlepsza na świecie. Aktor nie wiedział, ale się dowiedział, że jest to ilość spożywanych dopalaczy na głowę. I dlatego postanowiono zrobić ten spektakl. Cel szlachetny i nie sposób mu nie kibicować. Na szczęście nie jest to prawda. Choć nie wiem, jak to się bada, to według różnych statystyk jesteśmy zaledwie na trzecim lub piątym miejscu w Europie. Ale rzeczywiście: mimo ogłoszonej przez Tuska wygranej wojny z dopalaczami spożycie rośnie. Podobnie jak liczba ofiar. Wojna wygrana prawie jak w Wietnamie. Cieszy też, że teatr interesuje się dorastającym pokoleniem, choć jednak trochę dziwnie się czułem, obserwując moja rówieśnicę grającą szesnastolatkę. Ja bym się nie odważył.

Nawet po dopalaczach nie integruję się z rocznikami dwutysięcznymi, więc tym bardziej nie śmiałbym udawać, że wiem, co mają one w głowach.

Nawet po dopalaczach nie integruję się z rocznikami dwutysięcznymi, więc tym bardziej nie śmiałbym udawać, że wiem, co mają one w głowach. Może rzeczywiście tylko kiełbie, tajfuna, gumi jagody, cherry cocolino i mocarza.

Jak rozumiem, Dopalacze miałby być w swoim zamierzeniu spektaklem interwencyjnym i edukacyjnym. Nie mam nic przeciwko temu, sam nawet napisałem powieść dydaktyczną Dobry troll. Bawić i uczyć to moja dewiza. Jednak po obejrzeniu Siedmiu stopni donikąd trudno mi się było oprzeć wrażeniu, że widzowie dowiedzieliby się znacznie więcej, gdyby zamiast spektaklu zaserwować im kreski klefedronu. Serio.

Oczywiście warto mówić o tym, jakie zagrożenie niesie za sobą uzależnienie od narkotyków. Mam jednak wątpliwości, czy rzeczywiście dopalacze są dobrym symbolem pustki i degradacji naszego pokolenia, jak to zdają się sugerować twórcy spektaklu.

Zastanawiam się wręcz, czy nie jest prawdziwa myśl wręcz przeciwna. Że dopalacze są symbolem pustki umysłowej i degeneracji pokolenia tworzącego naszą politykę narkotykową.

Nie przypadkiem spożycie dopalaczy w Holandii, Szwajcarii czy Portugali, gdzie polityka narkotykowa jest znacznie bardziej racjonalna, jest o wiele mniejsze. Osobiście też wolałbym spożywać sprawdzone narkotyki, co do których wiadomo, jak działają. Ale w naszym kraju ciągle jedynym pomysłem jest zakazywanie. Jakoś nie potrafimy się uczyć od krajów bardziej rozwiniętych. Nie wyciągamy wniosku z lekcji, że prohibicja nie udała się jeszcze nigdy i nigdzie na świecie, a wojna z narkotykami być może przyniosła światu więcej ofiar niż same narkotyki. Bez takiej racjonalnej debaty nie sposób stworzyć racjonalnej polityki.

W tym momencie nie możesz na przykład legalnie oddać próbki towaru do zbadania, żeby sprawdzić, co bierzesz, bo laboratoria, które mogłyby to robić, mają obowiązek zgłosić ten fakt do organów ścigania. Więc użytkownik jest skazany na to, by ufać w informacje od dilera albo od innych użytkowników. To jest oczywiście jakaś metoda. Ale diler i tak powie ci, że to trójka. Ale nie dowiesz się już, czy to 3mmc (raczej nie, bo to już dawno nielegalne), czy 3cmc, czy jeszcze jakaś inna trójka, bo kolejne analogi pojawiają się jak grzyby po deszczu. Dlatego użytkownicy zdani są sami na siebie. Całkiem sprawnie działa portal hyperreal, na którym ludzie wymieniają się opiniami na temat zażywanych substancji, ale jeśli jest się rekreacyjnym użytkownikiem, to nie zawsze ma się czas i ochotę, żeby czytać dziesiątki stron forum przed każdą zabawą. Zresztą nie wszystkie nowe substancje są dobrze opisane. Więc rzeczywiście pozostaje loteria. Może będzie fajnie, a może nie do końca.

Podejrzewam, że żaden ćpun nie chce się zatruć i umrzeć, a jednak obecna restrykcyjna polityka narkotykowa sprawia, że to ryzyko się zwiększa. Wystarczy tylko spojrzeć na rosnącą liczbę zatruć, a nawet zgonów. Nieprzypadkowo największa ich obfitość zdarza się, gdy pojawia się kolejna aktualizacja listy substancji zakazanych. Tak było w przypadku zgonów po mocarzu. To samo stało się przy kolejnej nowelizacji. To rządzący nami politycy sprawiają, że musimy grać w rosyjską ruletkę i być szczurami laboratoryjnymi. Trudno się oprzeć wrażeniu, że dla polityków nasze życie liczy się mniej niż życie szczurów. Choć kolejne zakazy są ponoć wprowadzane w trosce o naszą ochronę, to może już czas zauważyć, że ich efekt jest odwrotny?

Straszenie straszliwymi konsekwencjami to trochę mało. Rozumiem, że spektakl został skrojony z myślą o szkołach, które będą na niego posyłać swoich uczniów, ale warto pamiętać, że nawet Krajowe Biuro ds. Przeciwdziałania Narkomanii nie poleca dramy jako skutecznej metody. Takie teatralne strasznie po prostu nie działa. Oczywiście warto wiedzieć, że po AlfaPVP można mieć paranoję, a hexen to jakiś koszmar, ale warto też pamiętać, że osławiony mocarz był zastępnikiem marihuany. Gdyby trawka była dostępna i legalna, prawie nikt by nie używał jej niebezpiecznych zamienników. Jednak antynarkotykowa fobia naszych elit sprawia, że młodzież sięga po to, co legalne i dostępne. Mając do wyboru niebezpieczeństwo trafienia do więzienia i niebezpieczeństwo trafiania do szpitala, czasem trudno się zdecydować.

Mając do wyboru niebezpieczeństwo trafienia do więzienia i niebezpieczeństwo trafiania do szpitala, czasem trudno się zdecydować.

W spektaklu powtarzała się scena, w której coraz młodsze dziewczyny biorą dopalacze, tracą przytomność i są gwałcone. Jednak po alkoholu też można zaliczyć zgona i kolegów, na których nie miałoby się ochoty. Czy zatem wprowadzimy prohibicję na alkohol, żeby takich sytuacji uniknąć? A może edukację seksualną do szkół, żeby tłumaczyć dzieciom, że upijać się w trupa należy tylko w towarzystwie zaufanych osób? Jakoś nie sądzę. Wolimy hipokryzję, wolimy też mówić dziewczynom, że jak zostały zgwałcone, to pewnie same chciały i prowokowały. Pozwalamy lekarzom wypisywać ćpunom recepty na xanax i prawie wszystkim upijać się najgorszym dopalaczem, czyli wódką. Ale co wolno lekarzom i politykom, to już nie młodzieży. A jednak młodzież – o dziwo – też czasem chciałaby spróbować czegoś innego, doświadczyć czegoś więcej albo po prostu się dobrze zabawiać.

Chyba nie będzie wielkim spoilerem, jeśli powiem, że spektakl kończy się zgonem głównej bohaterki. Nad jej trumną powinno wisieć polskie godło i stać polityk mówiący, że „narkotyki to zło, więc muszą być zakazane”. Mógłby sobie też chlusnąć kieliszek wódki na swoje zdrowie i pohybel polskiej młodzieży.

NARKO-komiks-substancje-psychoaktywne

**Dziennik Opinii nr 314/2016 (1514)

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista. Autor dwóch książek z wierszami ("Reklama" oraz "Życie na gorąco"), powieści ("Stosunek seksualny nie istnieje", "Janusz Hrystus, "Dobry troll") i zbioru felietonów "Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu". Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.