Felieton

W obronie twórców

Ostatni tydzień upłynął na próbach tłumaczenia przez twórców, o co chodzi w ich dziełach oraz linczu na nich, gdy okazało się, że nie są w stanie tego zrobić w stopniu zadowalającym publiczność. Oczywiście można się śmiać z Barbary Białowąs zapewniającej „ja jestem zdecydowanie przedstawicielką na pewno tego postmodernizmu, bo inaczej się już teraz nie da”, nie zmienia to jednak faktu, że reżyserka ma oczywiście rację. Podobnie scenarzysta filmu Kac Vegas nie myli się, przekonując, że chciał zrobić satyrę. Niestety żyjemy w takich smutnych czasach, że nie wystarczy mieć rację. Trzeba jeszcze umieć z niej zrobić użytek. Dlatego jestem dla twórców pełen współczucia i zrozumienia. Ciężko być autorem gniota. 

 

Wiem, bo sam jestem twórcą i niestety nie wszystko, co twórcze jest równie genialne. Niektórzy nawet pewnie by powiedzieli, że wszystko, co tworzę, zupełnie genialne nie jest. I być może oni też mają rację. Nie mi to sądzić. Co oczywiście nie znaczy, że czasem nie miałbym ochoty. Bo oczywiście ją mam. Czasami serce wyrywa mi się z piersi, a dusza chciałaby krzyczeć, że każda napisana przeze mnie litera jest genialniejsza, niż te wasze biblie. Ale staram się tego nie robić. Jednak mało kto wie, z jakim wewnętrznym bólem i cierpieniem się to wiążę. To przez ten ból miliony twórców zapiło się na śmierć, uzależniło od antydepresantów czy wręcz zaczęło uprawiać jogging.



 

Muszę przyznać, że dumny jestem z Barbary Białowąs oraz Piotra Czai, że zdecydowali się przerwać tę, ciążącą nad głowami twórców jak żeliwne żelazko, zmowę milczenia. Wiem, że to przerażająca prawda, ale tylko autor jest władny oceniać, o co tak naprawdę chodzi w jego dziele i czy jest ono dobre, czy złe. Publiczność to tylko zbiór mało kompetentnych jednostek, które nigdy (mam na to dowody) nie poświęcą naszemu dziełu tyle czasu, co my sami. Dlatego też jasne i oczywiste jest, iż nie mogą mieć o nim większego pojęcia. Taki samozwańczy krytyk musiałby obejrzeć co najmniej tysiąc razy film Big Love albo Kac Wawa, żeby choćby zbliżyć się do autorskiego pojęcia na temat tych dzieł. Zresztą i to byłoby za mało. Co do istoty krytyki wypowiedzieli się już twórcy Rejsu, ale nic z tym nie zrobili. A trzeba. Bo tak jak jest, dłużej już być nie może. 



Jest jeszcze jeden problem. Świat zewnętrzny. On istnieje i bezczelnie narzuca nam swoje reguły gry. Nie piszę tego, żeby się skarżyć. Choć trochę tak. Ale przecież mam prawo się skarżyć. Czas wyjść z ukrycia. Poskarżmy się wszyscy na to, co nas boli. Mnie np. boli głowa, ale nie o tym chciałem. Chciałem powiedzieć, jak trudne jest życie, a życie twórcy w szczególności, a najbardziej twórcy filmowego. Taki twórca nie może sobie po prostu nakręcić filmu. Musi najpierw żebrać o pieniądze jak pies. Musi znaleźć kogoś, komu spodoba się jego pomysł na tyle, że będzie gotów zainwestować w niego sporo gotówki. Sytuacja takiego twórcy nie jest godna pozazdroszczenia, nawet gdy mu się to uda. Zadowolony, że wygrał, podpisze wszystko, co mu producent podsunie, a potem okazuje się, że nie ma na nic wpływu. Piotr Czaja dostał wręcz zakaz przychodzenia na plan.  Czy można zatem mu się dziwić, że: „planuje wydanie książki z dialogami i bohaterami, którzy nie znaleźli się w filmie”. Proponuję tytuł Kac Wawa, historia prawdziwa. Uważam też, że publiczność powinna się wstrzymać z chodzeniem do kina, aż do czasu jej publikacji. Dopiero z książką w ręku, mogąc weryfikować, które dialogi są autentyczne, a które zostały zmienione w trakcie produkcji, publiczność będzie w jakimkolwiek stopniu mogła obcować z tym dziełem. Można by taką książkę wyposażyć w mini latareczkę, żeby łatwiej było ją czytać w kinie.

 



Niestety film Barbary Białowąs jest kinem autorskim, więc trudno tu obwiniać producentów. Co nie oznacza, że są całkiem bez winy. Niewykluczone, że młody wiek reżyserki i debiutancka nieśmiałość kazała się jej słuchać filmowych wyjadaczy w większym stopniu, niż powinno to mieć miejsce. Nie bez winy jest również PISF, który film współfinansował. Gdyby tego nie zrobił, reżyserka pewnie nie musiałby się dziś tłumaczyć, bo nie miałaby z czego.

 

Warto na koniec przytoczyć wiekopomne słowa Białowąs skierowane w stronę krytyka Michała Walkiewicza: „Gdyby nie my, nie mielibyście pracy”. Powiedziałbym, że to zbyt wąskie postawienie sprawy. W końcu sztuka to nie tylko sprawa krytyków, ale również publiczności. Gdyby nie my, nie mielibyście kultury. Gdyby nie my, nie mielibyście czego słuchać, co oglądać, ani co czytać. I nie przekona mnie fakt, że tego trzeciego i tak sześćdziesiąt procent z was (przynajmniej w Polsce) nie robi. To już wasz problem. 

 

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor trzech książek z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i zbioru felietonów „Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”. W 2018 roku ukazała się jego najnowsza książka, „Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.