Felieton

Pensja

Jedna z przyjemności wiążących się z faktem, że już skończyłem liceum (tak, wiem, że nie wyglądam i nie zachowuję się), to brak arbitralnych nauczycielskich ocen. Dziś już nikt nie może mi powiedzieć: Siadaj, pała! Tzn. może, ale niewiele z tego wynika. Ta przyjemność wiąże się z inną. Jako felietonista czytam różne wypracowania i po lekturze mogę stwierdzić, że tekst nie zasługuję na ocenę mierną, a jego autor powinien wrócić do szkoły. Oczywiście również nic z tego nie wynika. Ale zawsze to miłe, gdy można postawić jedynkę swojemu byłemu nauczycielowi.


Jan Wróbel, co prawda, nigdy bezpośrednio mnie nie uczył, ale niewykluczone, że miałem z nim lekcje na jakimś zastępstwie. W każdym razie uczył w moim liceum, a teraz pisze różne wypracowania do gazet. Większości z nich nie czytam, bo przecież mi za to nie płacą, ale dziś akurat przeczytałem jedno i ciśnie się na usta: „Siadaj, jedynka!”. Autor postanowił stanąć w obronie niesprawiedliwie prześladowanego neoliberalizmu, którego wyśmiewanie budzi upiory. Aż by się chciało powiedzieć, że widmo krąży nad Europą. Niestety nie jest to widmo komunizmu, tylko płacy minimalnej. Ten upiór czasów stagflacji, wg Jana Wróbla, znowu zagląda w oczy przedsiębiorców ukrywając się w przebraniu darmowego lunchu.


„Darmowe lunche są tylko w komiksach”, pisze Jan Wróbel i dowodzi, że chyba nie miał żadnego komiksu w ręce od dawna. Ja nie widziałem tam darmowych lunchy, co najwyżej narysowane. Twierdzenie, że wyższa pensja minimalna jest odpowiednikiem darmowego lunchu, jest dla mnie na tyle abstrakcyjne, że trudno mi się do niego odnieść. Pracownicy nie powinni zarabiać więcej, bo każdy grosz powyżej tego, co postanowi im zaoferować pracodawca, jest darmowym lunchem? Jakoś lata walki związków zawodowych doprowadziły do systematycznego zwiększania pensji i nikomu się większa krzywda nie stała. No, ale po co taki „darmowy lunch” robotnikom, skoro zgarniający dywidendy mogą lepiej te pieniądze spożytkować. Np. one mogą leżeć na kontach w banku. W końcu to w bankach jest miejsce dla pieniędzy, a nie w kieszeniach. Kieszeń przecież może być dziurawa i takie pieniądze mogą z niej wypaść. Nie to, co bankowy sejf.


Wiara Jana Wróbla w nieugięta prawa rynku jest doprawdy urzekająca. Nie jest w stanie zapewne jej zburzyć dziwny fakt, że polskie firmy mają rekordowe oszczędności. Pół roku temu prasa podawała, że odłogiem leży 183 miliardy. „Przyjmijmy, że pracodawcy rzeczywiście złośliwie utrzymują płace na niskim poziomie, a mogliby płacić więcej”, spekuluje publicysta, a przecież spekulować tu wcale nie trzeba. Z tych 183 miliardów starczyłoby pewnie na kilka podwyżek. Nawet jeśli uznamy, za Wróblem, że podwyżek być żadnych nie może, bo przedsiębiorstwa płacą ludziom, ile tylko mogą, w strachu, że pracownicy się zwolnią i pójdą pracować gdzie indziej, to firmy przecież zawsze mogłyby wydać coś na inwestycje. Wolą jednak kisić kasę na kontach a pensje obniżać, bo przecież kryzys. Jest to w swej prostocie genialna strategia, a keynesowski pomysł, że inwestycje mogą być receptą na kryzys, na szczęście nie dotyczy prywatnych firm. Receptą jest kisić gotówkę i czekać na lepsze czasy. 


Gigantyczne oszczędności polskich firm potwierdzają też inne odważne twierdzenia redaktora Wróbla, a konkretnie takie, że przetransferowanie pieniędzy z kieszeni firm do kieszeni pracowników w żaden sposób nie zwiększy popytu. A to zwiększenie popytu jest powodem, dla którego unijny komisarz ds. zatrudnia rekomenduje podwyższanie pensji minimalnej. W końcu ludzie, którzy będą zarabiać np. 1500 złotych zamiast 1200 również całą nadwyżkę odłożą na konto w banku, żeby w ten sposób chronić się przed kryzysem. Czy może się mylę? Co prawda mam niejasne przeczucie, że jak człowiek, który ma pensje minimalną, zarobi dwieście złotych więcej, to raczej kupi sobie za to szynkę i będzie stymulować popyt, a człowiek, który zarabia 50 tysięcy miesięcznie będzie miał większe problemy z tym stymulowaniem, bo raczej już wszystko ma. Ale może się mylę. I gigantyczne oszczędności polskich firm oczywiście też nie mają z tym nic wspólnego. „Zaufajmy pracodawcom” prosi Jan Wróble i pozostaje mi tylko przyklasnąć. Oni wiedzą, gdzie powinny być pieniądze. I z pewnością nie są to nasze dziurawe kieszenie.

 

 

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor trzech książek z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i zbioru felietonów „Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”. W 2018 roku ukazała się jego najnowsza książka, „Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.