Felieton

Kalicińska ma rację

Czytam tylko o Holocauście, wojnie, gejach, przemocy i rozpadających się związkach. Ale moje prywatne upodobania nie przeszkadzają mi dostrzegać prawdy.

Zacznijmy od krótkiej rekonstrukcji wydarzeń. Zdegustowana wyrokiem jury nagrody Nike Małgorzata Kalicińska na swoim blogu napisała: „Przeczytałam streszczenia – opisy książek nominowanych do nagrody Nike i włos mi się zjeżył. Nominuje się i nagradza zazwyczaj książki bardzo określonego koloru i od kilku lat to kolor… szaroczarny (…) Od kilku lat nagrody są przyznawane niemal wyłącznie za rzeczy mroczne, smutne, depresyjne, za bohaterów ułomnych, zgnojonych tak, że nic tylko wyć”.

Prawie o tym zapomniałem, choć też ten fakt odnotowałem. Bo jednak ciekawe, że pisarka postanowiła ferować takie surowe wyroki, jednocześnie przyznając, że nominowanych książek nie przeczytała. Z drugiej strony dyskutowanie o książkach, których się nie czytało, ma długą i bogatą tradycję, więc dopiszmy do niej kolejny rozdział. Sam zresztą też większości nominowanych książek nie przeczytałem (nie licząc Kai Malanowskiej), a jednak nie przeszkodzi mi to udowodnić, że Małgorzata Kalicińska ma rację.

W przeciwieństwie do Ignacego Karpowicza, który po blogowym wpisie autorki Domu nad rozlewiskiem postanowił wytoczyć przeciwko niej ciężką artylerię na łamach wysokonakładowej prasy. Jakby pisarka co najmniej molestowała go w dzieciństwie.

Zacząć chyba trzeba od tego, dlaczego Karpowicz postanowił popełnić tekst o tym, że Kalicińska nie ma racji, choć przecież ma. Nagradzana najważniejszymi polskimi laurami jest przeważnie literatura mówiąca o problemach, a nie radości życia. Argumenty Karpowicza, że jest inaczej, są wyjątkowo słabe. Rzeczywiście komiks Sieńczyka ma być dowodem, że doceniania jest literatura radosna i optymistyczna? Najwyraźniej znam jakieś inne komiksy Sieńczyka albo w ogóle innego Sieńczyka. Trudno uznać jego bohaterów za okazy zdrowia psychicznego i pozytywnego myślenia. Podobnie Bargielska, która na rozdaniu Nike powtórzyła słowa męża, że jeśli napisze jeszcze jedną taką książkę, to już naprawdę się z nią rozwiedzie, jest kontrowersyjną przedstawicielką optymizmu.

Być może akurat w dwóch wspominanych przykładach rzeczywiście nie ma gwałtów ani bitych dzieci. Ale w końcu Karpowicz jest wybitnym pisarzem, więc powinien umieć rozpoznać synekdochę. „Gwałty i bite dzieci” są przecież u Kalicińskiej tylko figurą retoryczną, pars pro toto. Karpowicz zdaje się zresztą to rozumieć, ale potrzeba dowalenie autorce Domu nad rozlewiskiem jest silniejsza.

Gdyby autor Ości chciał rzeczywiście pokonać Kalicińską w tym sporze, mógłby sięgnąć po wypowiedź Joanny Bator o jej nagrodzonej książce: „Jest taka scena we Władcy Pierścieni, gdy zrozpaczony, pozbawiony sił Frodo kryje się przed Nazgulem w ruinach miasta. Stracił wiarę w sens wędrówki. Po co to wszystko? Wierny towarzysz Sam odpowiada mu z właściwą sobie prostotą, że na tym świecie ciągle istnieje dobro i warto o nie walczyć. O tym jest ta książka”. Szach mat, pismaki. Ale nie sięgnął. Czyżby nie przeczytał? Wiadomo, że najciemniej jest pod latarnią. Podobno nota tej treści znajduje się na czwartej stronie okładki Ciemno, prawie noc. Nie wiem, nie czytałem. Co prawda okładkę chyba kiedyś oglądałem, ale najwyraźniej wyparłem. Po takiej rekomendacji zresztą bym po książkę nie sięgnął. Wiadomo, że dobro istnieje, ale czytać o tym książki nie przyszłoby mi do głowy. Czytam tylko o Holocauście, wojnie, gejach, przemocy i rozpadających się związkach.

Ale moje prywatne upodobania nie przeszkadzają mi dostrzegać prawdy. Gnój to nie jest optymistyczna książka. Masłowska nie pisze harlekinów (choć pewnie niedługo zacznie), a Nasza klasa Słobodzianka, choć zachowawcza, jednak opowiada o Holocauście. Trzeba by też sporo retorycznego polotu, żeby udowodnić, że Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki jest bliski w tonacji księdzu Twardowskiemu, a Jarosław Marek Rymkiewicz zajmuje się głównie kontemplacją przyrody. To może zresztą byłoby najłatwiejsze. W końcu jury nagrodziło książkę Zachód słońca w Milanówku, a nie Wieszanie. Jednak szybki rzut oka na wiersze poety pokazuje, że tytuł może być mylny. Wiersze Rymkiewicza są nie tylko o kotach, ale też o śmierci.

Dlaczego więc Karpowicz broni sprawy, której obronić nie sposób? Domyślam się, że pisarz próbuje stanąć w obronie tzw. literatury wysokiej przeciwko „literaturze popularnej”, która jakoby charakteryzuje się schematycznością i kiczem. Próba to dosyć komiczna pięćdziesiąt lat po postmodernizmie. Choć postmodernizm ponoć się już skończył, więc można znowu należy wskrzesić zniesione przez niego podziały. Ale wcale nie jestem przekonany, że należy. Można się obrażać na schematyczność, ale takie przecież jest życie. Smutne i nudne. Co zresztą Karpowicz pokazuje w swojej ostatniej, świetnej książce. Czy Kalicińska pokazuje to lepiej, czy gorzej, trudno mi powiedzieć, bo jej nie czytałem. Co więć tak bardzo oburza Karpowicza? Niestety pewnie to, że oryginalny i nowatorski Karpowicz sprzedaje się gorzej niż schematyczna i kiczowata Kalicińska.

Ale przecież słusznie autorka Domu nad rozlewiskiem pisze, że „nagrody literackie są jednak inne niż nagrody za nowatorskie rozwiązania techniczne czy wdrapanie się na szklany budynek”. Czy rzeczywiście oryginalność ma być kluczowym kryterium wyróżnienia danego dzieła? Bo przecież nie jest. Wtedy Nike dostawałby co roku Andrzej Szpindler. Czy może po prostu „jakość tekstu”, jak pisze Karpowicz? Teoretycznie brzmi to rozsądnie. Ale literatura to nie nauka. Nie sposób ostatecznie rozstrzygnąć, czy Proust jest lepszy od Pynchona. Decydują jednak w dużej mierze gusta. Choć są to gusta specjalistów, to specjaliści ci reprezentują pewien światopogląd, pewną klasę, która ma swoje upodobania. Jakie one są, widzimy po werdyktach.

Być może Kalicińska ma rację nawet na pewnym metapoziomie. Może być też tak, że świat jest mroczny i zły. I dlatego nagradza się więcej książek o mroku, a nie o świetle. Jednocześnie przecież światło istnieje, więc rozumiem ból autorki Domu nad rozlewiskiem, że widać go coraz mniej. Bo przecież tak jest. Media nieustannie epatują tragediami, bo te są klikalne. Jesteśmy otoczeni przez doniesienia o nieszczęściach.

Ale literatura to jednak co innego. I tak się kiepsko sprzedaje. Dlaczego więc jest więcej smutnych książek nie wesołych? Być może po prostu dlatego, że świat jest smutny, większość ludzi żyje w biedzie i wszyscy umrzemy. Ale przecież jednak żyjemy, więc może warto się tym czasami cieszyć. Dobre książki nie muszą być smutne. I Karpowicz przecież o tym wie, więc dlaczego kopie Kalicińską po kostkach, porównując jej książki do gówna? „W pokoju zajmowanym przez dział promocji mego wydawcy wisiała kiedyś wielka kartka, a na niej słowa wypowiedziane przez stolarza, który walczył z niedomykającymi się oknami w budynku. Stolarz rzekł był: „Nie da się z gówna zrobić coś”. No właśnie. Nie da”.

Jak się nie da, skoro się da. Z gówna można zrobić choćby nawóz. Albo żart. Można na przykład komuś narobić na wycieraczkę. Tylko nie wiem, po co to robić na wycieraczce Małgorzaty Kalicińskiej.

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista. Autor dwóch książek z wierszami ("Reklama" oraz "Życie na gorąco"), powieści ("Stosunek seksualny nie istnieje", "Janusz Hrystus, "Dobry troll") i zbioru felietonów "Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu". Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.