Felieton

Jego słuszne poglądy na wszystko

„Zawsze warto słuchać, co ludzie mają do powiedzenia”, stwierdził burmistrz dzielnicy Śródmieście Wojciech Bartelski na koniec spotkania pt. „Moje słuszne poglądy na wszystko” i teoretycznie trudno się z nim nie zgodzić. Jednak gdy wysłucha się nagrania z tejże dyskusji, łatwo zrozumieć, że nie ma racji. Nie warto. Z pewnością nie warto słuchać, co do powiedzenia ma burmistrz Bartelski. Ani to mądre, ani ciekawe, ani sympatyczne.

No, ale skoro już to zrobiłem, to się z państwem podzielę. Żeby się przynajmniej moja męka nie zmarnowała. Już na początku jest śmiesznie. Bartelski zaczyna od pytania, czego sobie życzymy od samorządowców. Jednak formuła spotkania zakłada przedstawianie słusznych poglądów Bartelskiego, a nie publiczności, więc sam musi sobie na to pytanie odpowiedzieć. I odpowiada. „Trywialne komunały, że chcę być młody, piękny i bogaty do niczego nie prowadzą”. Nie wiem, kto burmistrzowi naopowiadał, że ludzie oczekują od samorządowców, że będą dzięki nim młodzi, piękni i bogaci, ale chyba burmistrza ktoś okłamał. Np. ja osobiście oczekuję od samorządowców właściwie jedynie, że nie będą aroganccy, ale – jak widzimy – jest to oczekiwanie mocno na wyrost.

Weźmy na przykład takie zdanie: „Cały problem z dyskursem miejskim jest taki, że mało kto wychodzi pozęa poziom banału. Po pierwsze mało kogo na to intelektualnie stać, a po drugie każdy się boi”. Po pierwsze widzimy, że burmistrz używa słów, których nie rozumie. Akurat jeśli chodzi o dyskurs miejski, to jest on dosyć dobrze rozwinięty. No, ale Bartelski raczej nie zaczytuje się Krzysztofem Nawratkiem ani nie śledzi np. dyskusji o przestrzeni publicznej na Dwutygodniku (a szkoda, polecam choćby ostatni tekst Xawerego Stańczyka), więc używa słowa dyskurs, bo chce brzmieć mądrzej. No ale nie wyszło. Po drugie dowiadujemy się, że „mało kogo na to intelektualnie stać”. Rozumiem, że burmistrz ocenia innych swoją miarą, ale trudno jednak nie zauważyć, że takie przeniesienie swojej niesprawności na całą populację mieszkańców Śródmieścia jest trochę na wyrost. Burmistrzowi może trudno w to uwierzyć, ale mieszkańcy Śródmieścia nie są debilami. Nie są też chyba jakoś specjalnie strachliwi. Znam przynajmniej parę osób, które się nie boją. Zresztą Bartelski też je zna, więc może dość już tych złośliwości. Przejdźmy do kolejnych.

Okazuje się, że burmistrz potrafi czasami właściwie ocenić swoją rolę. Mówi: „Ja jestem postacią, która korzysta z tego, że polityka miejska jest dosyć miałka” i widzimy, że ma rację, choć należałoby powiedzieć raczej, że w ogóle polityka polska jest dość miałka. Dzięki czemu dużo w niej ludzi, którym brak „wizji”. I innych rzeczy też, ale piszę akurat o wizji, bo Bartelski dość szeroko o niej rozprawiał. Czy raczej o tym, że ludzie z wizją są „gnojeni i grillowani”. Być może dlatego właśnie burmistrz wizji nie ma, a na pytanie o nią odpowiada: „Bardzo trudne pytanie, chyba za trudne dla mnie dzisiaj. Nie jestem prezydentem”. Że Bartelski nie jest prezydentem, to raczej zauważyliśmy, ale miło, że nam o tym mówi. Ja np. nie jestem wielbłądem. Wiedzieli państwo? Jednak pomimo braku wizji i wzajemnie sprzecznych poglądów (tutaj ładny cytat: „Zarzucanie mi, że jedno się drugiego kupy nie trzyma, to jest obelga w zasadzie, a nie dyskusja”, odpowiada, gdy publiczność zauważy sprzeczności w jego słusznych poglądach na wszystko), coś tam burmistrzowi w głowie siedzi. Spróbuję więc to w skrócie zrekonstruować, bo naprawdę nikomu nie życzę zmarnowania dwóch godzin na słuchanie wykładu i dyskusji. Wbrew temu, co sugeruje prelegent na końcu, nie dostarcza ona „intelektualnych podniet”. Może za to dostarczyła erotycznych, ale nie wiem. Nie byłem. 

Dowiadujemy się np. „że obowiązuje kanon, że politycy są głupi, że powinni być inni”. Na szczęście Bartelski wie, dlaczego on obowiązuje: „wynika to z niezrozumienia finansów”. Mieszkańcy nie rozumieją, że obcięcie nagród dla urzędników nie starczy na to, żeby wszyscy byli piękni, młodzi i bogaci. To odważna teza i oczywiście miło, że ktoś nam to w końcu wytłumaczył. Zresztą likwidacja nagród na nic nie wystarczy i generalnie władza wykonawcza, jaką jest burmistrz dzielnicy, nic nie może. „Nie ma możliwości zarządzania procesem zmiany w Warszawie”, a „pieniądze są w 99% znaczone, wolny zasób zarówno pieniędzy, jak i sił ludzkich, żeby coś zrobić, jest minimalny”. Jak widzimy, dla burmistrza władza polega na dzieleniu pieniędzy. Z tego zresztą jest najbardziej dumny. Że udało mu się utrzymać budżet w ryzach. To oczywiście miłe. Byłoby jednak jeszcze bardziej miło, gdyby na przykład o osobach oburzonych wycinką drzew w Ogrodzie Krasińskich nie mówił per: „Garstka ludzi, którzy chcą zaszkodzić, zawichrzyć w celach politycznych”. Osobiście w nosie mam losy Ogrodu Krasińskich, bo Warszawa jest wystarczająco brzydka i bez jego rewaloryzacji. I zawsze będzie brzydka. I taką Warszawę lubię, więc nawet najbardziej arogancki burmistrz nie może tutaj zaszkodzić.

Choć jednocześnie trochę nóż mi się w kieszeni otwiera, jak słucham, że „część Śródmieścia trzeba wyburzyć, bo zabudowa postsocrealistyczna, te klocki typu osiedle za Żelazną Bramą, w ogóle nie ma ładu i składu”. Nie tylko dlatego, że lubię brak ładu i składu oraz PRL-owskie klocki, ale też dlatego, że przecież NIE MA NA NIC PINIĘDZY, a takie wyburzenie to może jednak trochę kosztować. Ale może fakt, że nie ma pieniędzy na szkolne stołówki, nie sprawia, że zabraknie ich na wyburzenia, bo tak są oznaczone pieniądze i burmistrz nic z tym nie może zrobić. Musi wyburzać.

Jak tak sobie myślę o tym, że burmistrz nic nie może, to poza tym, że może być miły, przychodzą mi do głowy też inne rzeczy. Może np. tępić lewactwo. Temat wywalenia nas z Nowego Światu, a potem roszady z konkursem na lokal przy pl. Grzybowskim co prawda nie pada na tym spotkaniu, ale za to całą historię opowiedział Bartelski wcześniej na spotkaniu z kolegami z Kolibra. Niestety Stowarzyszenie Koliber usunęło już nagranie z Internetu. Na szczęście wierni fani burmistrza sobie je zapisali. Bartelski podsumowuje aferę w krótkich, żołnierskich słowach: „Dałem, bo tak wyszło, (…) a potem ich wyrzuciłem i tyle”. A my naiwni myśleliśmy, że jakaś demokracja, konkursy, a tu nie. Pan daje, pan odbiera, a ty liż but pana, bo jak nie, to cię nim kopnie. No dobra: żartuję. Wcale nie jesteśmy tacy naiwni, ale jednak na miejscu burmistrza wyrażałbym się bardziej oględnie. Nawet jeśli słuchają tylko koledzy. Bo jeszcze potem nagrają i wrzucą do Internetu. Niestety dwie godziny z Bartelskim zbyt mnie wyczerpały. A po kolejnych dwóch pewnie bym sobie strzelił w łeb, więc wysłuchałem tylko fragmentu spotkania z Kolibrem, ale mogę podesłać nagranie, gdyby ktoś miał ochotę na więcej oraz był bardziej zen niż ja.

W każdym razie z tych fragmentów mam swoje ulubione momenty. Pierwszy to ten, gdy Bartelski opowiada, że zasiadający w komisji opiniującej oferty na przetarg na Nowy Świat Marcin Meller twierdził, że Krytyka po jego trupie dostanie ten lokal. Śmieszy mnie to, bo trup Mellera ciągle widywany bywa w telewizji i prasie. I chyba ciągle zdaje się ruszać. Czyżby zombie?

Podoba mi się też narzekanie Bartelskiego, że dał Krytyce lokal, a ona krytykowała Platformę, HGW i jego też. Kurcze. Trochę mi głupio, bo sam to robiłem, ale nie wiedziałem, że w umowie najmu z miastem były warunki, że nie można krytykować. Ale może to kolejne „niepisane oczekiwania”. Wynajmujemy wam lokal, to macie nas nie krytykować. Aż głupio przypominać, że lokal jest miejski, my i nasza publiczność jesteśmy mieszkańcami, a burmistrz to tylko władza wykonawcza.

I jeszcze jednak wisienka od Kolibra: „Wszystkie związki na Powązki, jest to hasło bardzo mi bliskie. Tzn. mogą sobie istnieć, ale dziwnym trafem grupują zawsze najgorszych, najsłabszych pracowników”. Pomijając obelgi i życzenia śmierci, to jednak nie trzeba być tytanem intelektu, żeby zauważyć, że jest to jednocześnie nieprawda, bo przecież grupują różnych pracowników, ale też trochę prawda, bo przecież o to chodzi w związkach, żeby walczyć o najsłabszych. Bo najsilniejsi i tak sobie poradzą. Jednak pomysł, żeby pomagać słabszym, jest całkowicie obcy wizji modernizacji wg burmistrza. Nie wiadomo zresztą, co z nimi zrobić. „Z całym szacunkiem, te wasze akcje w barze prasowym itd., to są happeningi, to nie są realne problemy biedy”. Dwanaście milionów na pomoc społeczną w 2012 roku to rzeczywiście grosze w skali budżetu Śródmieścia, ale gdyby biedy tak zupełnie nie było, to chyba by można przyoszczędzić i zacząć wymarzone wyburzenia.

To zresztą jeden z najładniejszych fragmentów, gdy burmistrz opowiada, żeby trzeba wspierać bogatych i najlepszych. Niestety nie mówi, kto ma decydować o tym, kto jest lepszy, a kto gorszy. I dlaczego akurat z publicznych środków mamy wspierać tych, którzy sobie radzą dobrze i bez nich. Aaa, przecież dlatego, że ich bogactwo pomaga wszystkim. Mnie od razu lepiej, gdy widzę jakiegoś bogatego i czasami taki bogaty mi nawet jakiegoś grosza rzuci. Więc cieszę się, że z moich podatków burmistrz mu te grosze przekazuje. Bo tak może by nie miał co rzucać. „Jestem zdania i tego się nie wstydzę, że największe zasoby należy poświęcać wybitnym jednostkom, bo one ciągną całe społeczeństwo do przodu, one pokazują innym drogę. Wszędzie na świecie klasa średnia jest przeciętna, różnica jest w elitach”. Oraz: „Najlepsze, najbardziej kreatywne, najbardziej pracowite jednostki są solą społeczeństwa i należy dawać im jak największe możliwości rozwoju. To one stwarzają rozwój, nowe perspektywy. I dzięki temu dają nowe szanse na podniesienie poziomu życia wszystkich”. No, chyba że akurat są zajęte upychaniem kasy w rajach podatkowych, a nie podnoszeniem poziomu życia nas wszystkich, ale przecież nie mogą nam tylko tego poziomu życia podnosić bez końca.

Zdarzają się jednak burmistrzowi przebłyski świadomości. Gdy opowiada o tym, że oczywiście powinno się budować wieżowce, i dziwi się, że w Pradze na Hradczanach żadnych nie ma, zauważa nagle, że „nie ma tylu ludzi, żeby pracować w tych biurowcach”. Ups. Tak się składa, że mój tata akurat buduje te wieżowce i rzeczywiście burmistrz ma tutaj rację. Nie ma tylu ludzi ani nawet nie potrzeba, żeby ich tylu było. Wystarczą puste piętra, bo mając duży, choć pusty wieżowiec, można pod niego zaciągać kredyty, żeby budować kolejne. I tak bez końca, bo jak przyjdzie kryzys, to ideowi koledzy Bartelskiego zawsze sypną kasę, żeby pomóc najlepszym, najbardziej kreatywnym, najbardziej pracowitym itd.

Żeby nie być gołosłownym, burmistrz podaje przykład tej kreatywności. Pozytywnym przykładem jest Teatr Kamienica. Negatywnym Opera Kameralna. Teatr Kamienica jest dobry, bo dostaje mało pieniędzy, a dużo robi. Opera Kameralna zła, bo to „ogromna liczba etatów, znacznie mniejsza liczba wydarzeń kulturalnych. Jakby przeliczyć, jakie korzyści dla widza generuje złotówka po lewej i po prawej, to różnica byłaby gigantyczna. I to jest problem”. Żałuję tylko, że burmistrz nie dochodzi do problemu repertuaru. Chętnie bym posłuchał o wyższości spektaklu „Trzy świnki i wilk” nad dziełami Wolfganga Amadeusza Mozarta. Bo że wystawianie „Trzech świnek” jest tańsze, nie trzeba mnie przekonywać. Podejrzewam jednak, że zdanie Bartelskiego na temat wystawiania Mozarta nie jest zbyt pochlebne, zważywszy że jego zdaniem: „kultura w Polsce jest bardzo źle rozwiązana i generuje gigantyczne koszty w stosunku do wydajności”. Hm, rzeczywiście chyba kultura jest źle rozwiązana, skoro decydenci widzą w niej tylko generowanie kosztów i wydajność. Ale trudno, żeby było inaczej, skoro jako państwo nie przeznaczamy na nią nawet procentu budżetu. Na szczęście MON jest bardziej wydajny i nie generuje żadnych kosztów, dzięki czemu Afgańczycy nie najadą naszej ojczyzny.

Niestety wygląda na to, że wspaniała modernizacyjna wizja Bartelskiego nie zostanie zrealizowana: „Wahadło przechyla się w ostatni latach w stronę stagnacji, za co winię szalejącą ideologię równości, bo równość jest wrogiem postępu”. Poza tym czynnik ludzki jest beznadziejny: „Tak jak dziecko nie lubi się uczyć, tak samo dorosły nie lubi się zmieniać”. Na szczęście lubi zmieniać rządzących nim polityków. Czego sobie i państwu życzę.

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista. Autor dwóch książek z wierszami ("Reklama" oraz "Życie na gorąco"), powieści ("Stosunek seksualny nie istnieje", "Janusz Hrystus, "Dobry troll") i zbioru felietonów "Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu". Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.