Felieton

Warszawa – Dubaj Północy

Tutaj wszystko może powstać wszędzie. Osiedle zamiast parku? Oczywiście. Centrum handlowe w miejsce bazarku? Jak najbardziej.

Warszawa w ciągu ostatnich lat coraz bardziej przypomina miasta budowane na pustyni w krajach Zatoki Perskiej. Polska staje się z roku na rok krajem coraz bardziej azjatyckim, ale nie sprawia tego wcale spór o Trybunał Konstytucyjny czy niezależność TVP, ale imitacyjny model rozwoju i chaos przestrzenny, którego beneficjentem staje grupa powiązanych z władzami samorządowymi deweloperów, wszelkiej maści pośredników na rynku nieruchomości i handlarzy roszczeniami reprywatyzacyjnymi. Zyski z rozwoju miast są prywatyzowane, a koszta uspołeczniane: w postaci smogu, spadającej jakości usług publicznych, degradacji i prywatyzacji przestrzeni publicznych, drogich i niedostępnych mieszkań.

Od początku stycznia tego roku w Warszawie tylko 2 i 14 stycznia powietrze nie było toksyczne. Normy pyłów zawieszonych o przekroju 2.5 mikrometra (włos ma średnicę sto razy większą) były przekroczone nawet o 350%. Pyły te są tak małe, że nie ma przed nimi ucieczki – dostają się do układu oddechowego, następnie do układu krążenia dramatycznie zwiększając ryzyko zachorowań na raka płuc, chorób, serca, naczyń krwionośnych i dróg oddechowych. Tak samo nie ma ucieczki przed imitacyjnym rozwojem i peryferyjnym kapitalizmem, który jak walec niszczy miejską wspólnotę i staje się źródłem coraz większych środowiskowych, ekonomicznych i społecznych problemów. Warszawski smog to najbardziej widoczny i namacalny rezultat takiego sposobu rozwoju. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że w Warszawie jest niewiele pieców węglowych, a samo miasto jest płaskie i zajmuje olbrzymi obszar, co powinno służyć jego przewiewaniu, to osiągnięcie tak złego stanu powietrza jest nielada wyczynem. Miasto odziedziczyło po udbudowie Warszawy najlepszą sieć ciepłowniczą  w Europie. Większość domów podłączonych jest do centralnego ogrzewania. Jak można było to tak popsuć?

Warszawa po deregulacji planowania przestrzennego, którego dokonał Leszek Miller w 2003 roku, stała się neoliberalnym eldorado. Tutaj wszystko może powstać wszędzie. Osiedle zamiast parku? Oczywiście. Centrum handlowe w miejsce bazarku? Jak najbardziej. Wieżowiec z galerią zamiast unikatowego przykładu architektury modernistycznej? Why not. A że w dodatku zburzy historyczną panoramę Belwederu z Łazienek? To się wyklepie. Dyskont w miejsce najstarszego kina w mieście? Jasne. Przecież kina są w centrach handlowych. Trasa szybkiego ruchu wedle projektu z lat 70., która przechodzi przez jedną z najstarszych centralnych części miasta? Może od razu dwie, bo jedna to za mało. Dziesięciopiętrowe bloki pośrodku pola marchewki? Miasto musi się rozwijać.

Prowadzi to do powstawania monofunkcyjnych oddalonych od siebie obszarów miasta, których obsługa możliwa jest tylko przez samochód. Życie setek tysięcy mieszkańców Warszawy wyznacza dzisiaj rytm: dom-parking-korki-szkoła,dzieci-korki-praca-korki-centrum handlowe-korki-parking-dom.

Cieżko być świadomym, odpowiedzialnym obywatelem w takich warunkach. Przestrzenie publiczne zostały pożarte przez infrastrukturę samochodową. Nie mamy placów, mamy parkingi. Nie mamy chodników, mamy parkingi. Rozgrywający się w miejskiej przestrzeni dramat do niedawna był zupełnie niezauważony.

Pracownicy korporacji próbowali sobie jakoś z nim radzić poprzez język. Dzielnicę biurową, w której pracuje ponad sto tysięcy osób, ale jest pozbawiona nawet chodników, ochrzczono pieszczotliwie Mordorem. Nikt jednak nie wyciągnął wniosków z radosnej działalności deweloperów. Dzisiaj powstaje druga taka dzielnica na Woli. Miasto zgodziło się na budowę kilkudziesięciu wieżowców ale nie zaplanowało tam ani jednego nowego parku, szkoły, czy szpitala. Deweloperzy skorzystają natomiast z publicznej inwestycji: budowane za miliardy złotych z publicznych środków metro, pozwoli tysiącom białych kołnierzyków dojechać do pracy. Reszta przyjedzie samochodami. Dzielnicę rozcinają gigantyczne arterie samochodowe, takie jak Towarowa, albo poszerzona ostatnio Prosta. Złośliwi mówią, że to dlatego, by łatwiej dojechać do centrum handlowego, które ma powstać w miejscu dawnej fabryki Norblina. Kolejne galeria ma być zbudowana kilkaset metrów dalej, przy rondzie Daszyńskiego. Tam bije serce nowego warszawskiego Mordoru.

Kilkanaście wielkich centrów handlowych w ścisłych granicach miasta oznacza pauperyzację Śródmieścia, upadek lokalnej przedsiębiorczości, wzrost ruchu samochodowego i sprawia, że każdy program rewitalizacji staje się ponurym żartem.

W wieżowcach zbudowanych w bezpośrednim sąsiedztwie ronda Daszyńskiego ma się znaleźć więcej przestrzeni biurowych niż jest w całej Łodzi. Właśnie kończy się budowa Warsaw Spire. Warszawska Włócznia to ogromny wieżowiec sterczący pośrodku ruin starej robotniczej dzielnicy. Sto metrów dalej jest już Muzeum Powstania Warszawskiego. Deweloper, by uprawomocnić w oczach warszawiaków tę kuriozalną budowę, zamonotował na ścianie budynku ogromny świecący napis Kocham Warszawę. Nie powinno to dziwić. Miasto, które tak daje się wykorzysytwać przez inwestorów, musi wśród deweloperów budzić ciepłe uczucia.

W tym roku, po sześciu latach prac, Warszawa ogłosiła plan zagospodarowania Śródmieścia Południowego. Przewiduje on siedem wieżowców wysokością zbliżonych do Pałacu Kultury w strefie ścisłej zabudowy z początku XX wieku. Dla większości z nich planiści nawet nie szukali specjalnie uzasadnienia. Wieżowce symbolizują rozwój. Musimy pozwalać na ich budowę, bo to sprawia, że jesteśmy przyjaznym inwestorom miastem. Na pytanie, dlaczego zgodzili się na budowę jednego z nich, który ma sąsiadować z zabytkowym kościołem a w najbliższym otoczenie znadują się budynki nie wyższe niż 30 metrów, odpowiedź była do bólu szczera: na wyraźną prośbę i życzenie arcybiskupa Nycza. Kuria jest właścicielem działki.

Za narracją o rozwoju i nowoczesności tkwi partykularny interes garstki ludzi. Właścicieli ziemi, pośredników, prawników zdobywających roszczenia reprywatyzacyjne do nieruchomości. Nowa kasta szejków Januszy mebluje sobie polskie miasta wedle własnego widzimisię. Samorząd im przyklaskuje. Z jednej strony powodem jest korupcja przy wydawaniu pozwoleń na budowę, ale z drugiej strony szczera wiara, że nieruchomościowe eldorado będzie trwało wiecznie i wszyscy na nim skorzystają. Kolejna wydana decyzja budowlana to więcej mieszkańców, więcej środków z podatków i wyższy wzrost PKB. W rozwój jest wpisane myślenie, że to za przyszłe podatki wybudujemy brakujące szkoły i parki. Tylko teraz musimy wydać kolejne pozwolenie.

Realne koszty takiego rozwoju są ukrywane, albo przerzucane na następne pokolenia. Nie wszystkie da się jednak ukryć.

Jednym z takich kosztów jest zanieczyszczenie powietrza, godziny stracone przez tysięcy ludzi w korkach, upadek drobnej przedsiębiorczości, spadek dostępu i jakości usług publicznych – szczególnie edukacji, ale również w zakresie dostępności parków i komunikacji publicznej. Odpływ mieszkańców na przedmieścia – wspomagany degradacją miejskiej przestrzeni i poszerzaniem dróg – podcina bazę podatkową samorządów. Prawie wszystkie polskie miasta wyludniają się i starzeją w zastrzającym tempie. Płacących podatki ubywa. Rosną natomiast wydatki.

Fot. Filip Bramorski / photo on flickr 

**Dziennik Opinii nr 26/2016 (1176)

Bio

Jan Śpiewak

| aktywista miejski
Aktywista miejski

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.