Felieton

„W” jak wiarygodność

Stała się towarem najbardziej deficytowym w tej kampanii wyborczej.

Andrzej Duda w I turze wyborów prezydenckich zdobył pięć milionów dwieście tysięcy głosów. Prawo i Sprawiedliwość w niedzielę poprawiło ten wynik o kolejne pół miliona. Prawica poprawiła swój wynik ledwie o kilka punktów procentowych, ale to wystarczyło, by przejąć pełnie władzy w kraju. Wygraną zawdzięcza przede wszystkim dzięki większej mobilizacji swoich zwolenników i konsolidacji całego obozu prawicy wokół PiS-u. Frekwencja była najwyższa w dawnym zaborze austriackim i rosyjskim. Najniższa na ziemiach odzyskanych, które zawsze były bastionem liberałów. Platforma przegrała wybory z powodu demobilizacji swoich zwolenników oraz w wyniku utraty głosów na rzecz nowopowstałej Nowoczesnej. Zjednoczona Lewica przegrała zaś z powodu dwóch starszych panów, którzy najpierw dali sukces Kukizowi, a potem odebrali go Barbarze Nowackiej.

Nie byłoby zwycięstwa PiS-u, gdyby nie wcześniejsze rozhermetyzowanie sceny politycznej. Sukces Kukiza w wyborach prezydenckich unieważnił najważniejszy podział ostatniej dekady, jakim był spór między PO a PiS-em. Można jednak tez zaryzykować tezę, że nie byłoby sukcesu Kukiza, gdyby nie wcześniejsze decyzje Leszka Millera i Janusza Palikota, chociaż większą odpowiedzialność ponosi ten pierwszy. Najpierw po przegranych wyborach samorządowych były premier suflował PiS-owi, gdy Jarosław Kaczyński mówił o sfałszowanych wyborach samorządowych. Złamał w ten sposób niepisaną zasadę „kordonu sanitarnego”, który establishment polityczny roztoczył wokół PiS–u. Najbardziej jednak katastrofalną i brzemienną w skutkach decyzją było wystawienie Magdaleny Ogórek w wyborach prezydenckich. To w dużym stopniu jej kandydatura sprawiła, że wybory najważniejszej osoby w państwie przez wiele osób zostały uznane za konkurs bez znaczenia. Miller dramatycznie obniżył stawki w wyścigu o fotel prezydenta.

Podobnie zachował się Palikot, którego start w wyborach zredukował wiarygodność Twojego Ruchu do zera. Porażka Palikota położyła się też cieniem na Barbarze Nowackiej, która wiernie stała razem z nim na pokładzie, gdy okręt tonął. Brak poważnych kandydatów w wyścigu prezydenckim sprawił, że ogromna część wyborców została pozbawiona politycznej reprezentacji. Sarna z krzesłem na głowie i Paweł Kukiz z dnia na dzień stali się rozsądną wyborczą alternatywą. Gdy Bronisław Komorowski musiał szukać poparcia w II turze nie miał już się do kogo zwrócić. Większość wyborców, za pomocą Kukiza, przeszła na drugą stronę barykady.

Leszek Miller, gdy wystawił Magdalenę Ogórek, pogrzebał resztki wiarygodności swojego obozu politycznego. Alians z konającym Palikotem wydawał się SLD ucieczką do przodu. Zjednoczona Lewica była jednak skazana na porażkę od samego początku. Jej los przypieczętował sam Leszek Miller, gdy nie podał się do dymisji po kompromitacji w wyborach prezydenckich. Barbara Nowacka, gdy zrezygnowała ze startu w wyborach prezydenckich i postanowiło firmować porażkę Palikota straciła natomiast szansę na zbudowanie swojej pozycji. Obwołanie jej liderką przez „dwóch starszych panów”, i to pod koniec kampanii, mało kogo przekonało. Dla wielu wyborców postać Nowackiej dawała osłonę dwóm politycznym trupom, które na jej plecach miały przedłużyć swoje bytowanie na Wiejskiej.

Zjednoczona Lewica przegrała też na poziomie samego marketingu politycznego. Miller i Palikot nie przestali pojawiać się w mediach. Warto pamiętać przy tym, że obaj, wedle badań opinii publicznej, „cieszą się” największą nieufnością wśród liderów partii politycznych. Ich nieustająca obecność demobilizowała zwolenników i podważała wątłą wiarygodność Nowackiej. Największy cios otrzymała ona od Włodzimierza Czarzastego, który tydzień przed wyborami powiedział, że SLD po wyborach podejmie suwerenną decyzję w sprawie wspólnego klubu w parlamencie. Był to jasny dla wszystkich sygnał, że koalicyjny komitet to projekt, który przestanie istnieć po wyborach. Ponad milion głosów dla Zjednoczonej Lewicy w sytuacji, w której stary aparat postpezetperowski nieustająco sabotował kampanię, można i tak uznać za spory osobisty sukces Barbary Nowackiej.

Dwukrotne zwycięstwo PiSu w tym roku nie byłoby możliwe, gdy nie intelektualna implozja obozu władzy. Bronisławowi Komorowskiemu udało się zamienić wybory prezydenckie w referendum nad ośmioma latami rządów PO. Przekaz prezydenta był mniej więcej taki – „jeśli ci się przez 25 lat wolności nie udało i się w Polsce nie podoba, to jesteś nieudacznikiem z PiSu i wypad”. Taki przekaz sam w sobie pewnie nie pozbawiłby PO władzy, gdyby nie to, że Bronisław Komorowski razem z Ewą Kopacz zrujnowali wiarygodność Platformy jako formacji progresywnej, która modernizuje Polskę.

Platforma stała się formacją zadowolonych z siebie, obrosłych tłuszczem wujków i ciotek – Januszy polityki.

Symbolem braku wiarygodności PO stał się Michał Kamiński, który u boku Ewy Kopacz zrobił błyskawiczną karierę. Wystawienie Ludwika Dorna i poparcie Romana Giertycha w wyborach do senatu było już wizerunkową katastrofą. Cały przekaz Platformy opierał się na straszeniu PiSem, ale to Ewa Kopacz wysunęła na pierwszą linię frontu dwóch wicepremierów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego i naczelnego propagandystę IV RP. Nic dziwnego, że wyborcy tego nie kupili. Niszę zagospodarował Ryszard Petru. To on umiał przedstawić swoją formację jako tę, którą najlepiej rozumie nowoczesność. Petru jest tym, kim klasa średnia w Polsce dużej mierze chciałaby być. Prezentował sobą finansowy sukces, zgodny z neoliberalnym paradygmatem gospodarczy pragmatyzm i bardzo liberalne podejście do spraw światopoglądowych, które zrównywało go w postulatach ze Zjednoczoną Lewicą, a nawet z Razem.

Ostatnie wybory pokazały, że nie da się uprawiać polityki opartej jedynie na tanich chwytach, zagrywkach i pijarowych gestach. Polityka wypełniła się znowu treścią. Wyborcy ukarali te ugrupowania, które zbytnio uwierzyły w magię speców od wizerunku, a swoich wyborców konsekwentnie nazywali elektoratem.

Kolejne wybory dopiero za trzy lata. Ten czas wszystkie partie polityczne muszą zainwestować w budowanie swojej wiarygodności. Jeśli Platforma Obywatelska nie odnajdzie sposobu na jej odbudowę, będzie powoli kanibalizowana przez Nowoczesną. Z Ewą Kopacz i Misiem Kamińskim odzyskanie wiarygodności wydaje się to niemożliwe. Niewykluczone, że w partii dojdzie do rozłamu. Byłoby to na rękę Donaldowi Tuskowi, jeśli ten będzie chciał wrócić do krajowej polityki. Były premier mógłby wtedy ubrać się w szaty zjednoczyciela obozu antypisowskiego. Równie ciekawe jest pytanie o to, jak się zachowają sieroty po SLD i Twoim Ruchu – szczególnie Barbara Nowacka i Robert Biedroń. Czy uda im się przejąć partyjne aparaty i zbudować centrolewicową propozycję dla wyborców? Jeśli Biedroń postanowi zostać w Słupsku na drugą kadencję, utoruje drogę Razem do parlamentu. A może postanowią połączyć siły? Czekają nas ciekawe lata.

 

**Dziennik Opinii nr 306/2015 (1090)

Bio

Jan Śpiewak

| aktywista miejski
Aktywista miejski

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.