Felieton

Pęknięta guma a sprawa polska

Jarosław Kaczyński nie wyciągnął żadnych systemowych wniosków z „zamachu” pod Smoleńskiem. Mimo 8 lat spędzonych w opozycji PiS przyszło do władzy kompletnie nieprzygotowane, bez kadr i planu działania.

Prezydent kraju, który wierzy, że poprzedni prezydent z jego obozu politycznego zginął w zamachu, jedzie w góry pojeździć na nartach. Ochrona prezydenta podróżuje samochodami terenowymi, prezydent pancerną limuzyną. Na lokalnej wąskiej drodze kolumna prezydencka pędzi. Samochody wyprzedzają na trzeciego stwarzając zagrożenie dla siebie i innych uczestników ruchu. Naprawdę groźnie robi się na autostradzie – pęka guma w samochodzie prezydenta. Guma w specjalnej pancernej oponie, która w teorii pozwala na przejechanie nawet 50 kilometrów w przypadku uszkodzenia. Limuzyna wpada jednak w poślizg i wylatuje z drogi kończąc w rowie. Szczęśliwie nikomu nic się nie stało. Gdyby w pobliżu były drzewa, inne samochody lub wypadek rozegrał się w tunelu, a nie na prostym fragmencie drogi, Polska straciłaby drugiego prezydenta w ciągu sześciu lat. Konsekwencje takiego zdarzenia byłyby dewastujące dla i tak już koszmarnie podzielonej polskiej wspólnoty.

Jakie były powody wypadku? Prozaiczne i do bólu przewidywalne. Dobrano zły samochód do podróży, nikt nie sprawdził dokładnie stanu technicznego samochodu przed wyjazdem, a specjalne opony okazały się być od wielu lat niewymienione na nowe.

Prawo i Sprawiedliwość szło do wyborów z hasłami rozliczenia katastrofy smoleńskiej i odkrycia „prawdy”. Kładło też ogromny nacisk na odpowiednią ochronę najważniejszych osób w państwie. Tygodnik „wSieci” poświęcił tej kwestii okładkę w sierpniu zeszłego roku: „Czy Andrzej Duda jest bezpieczny? Ochronić prezydenta”. Jak się szybko okazało prezydent nie był bezpieczny. Odpowiedzialna za to była jednak nie Platforma Obywatelska, a ekipa „dobrej zmiany”. Prawo i Sprawiedliwości mimo przejęcia pełnej kontroli nad wszystkimi gałęziami administracji centralnej nie było w stanie ogarnąć nawet tak podstawowej i priorytetowej dla tej formacji sprawy. Jarosław Kaczyński nie wyciągnął żadnych systemowych wniosków z „zamachu” pod Smoleńskiem. Mimo 8 lat spędzonych w opozycji PiS przyszło do władzy kompletnie nieprzygotowane, bez kadr i planu działania.

Andrzej Duda na własnym ciele udowodnił, że żadnego zamachu pod Smoleńskiem nie było.

Było to, co zadziałało w przypadku wypadku samochodowego: polska bylejakość, pogarda dla procedur i przepisów prawa, słabość instytucji. III RP posiada pamięć złotej rybki. Nie pamięta tego, co wydarzyło się wczoraj. Dlatego skazana jest na powtarzanie ciągle tych samych błędów. Ekipa PiS-u to nie bezwzględni technokraci międzygalaktycznego imperium IV RP, ale krew z krwi i kość z kości państwa, którego tak bardzo nienawidzą.

W 2003 roku ledwo przeżył katastrofę rządowego śmigłowca MI-8 Leszek Miller. W 2008 w katastrofie CASY zginęli oficerowie z dowództwa sił powietrznych polskiej armii. W 2010 roku ktoś wpadł na pomysł, żeby zapakować kilkadziesiąt najważniejszych osób w państwie do jednego samolotu, który rozbił się pod Smoleńskiem. Piloci nie mieli odpowiedniego przeszkolenia, a część z załogi posiadała sfałszowane papiery. Za wizytę nikt nie odpowiadał, wszystko było przygotowane na „jakoś to będzie”. I po tym wszystkim, gdy PiS wziął całą władzę w państwie, życie prezydenta kraju jest wystawione na gigantyczne ryzyko, bo nikt nie sprawdził opon w jego limuzynie.

To byłoby całkiem zabawne, gdyby nie było tak straszliwie smutne. Skąd się bierze ta absolutna nieumiejętność wyciągania wniosków i brak podstawowej pamięci instytucjonalnej? Jeśli takie rzeczy dzieją się na górze, to co się dzieje na dole? Jaki jest prawdziwy stan polskiego państwa? Czy państwo, które nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa najważniejszym osobom w państwie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo milionom Polaków? Czy jest zdolne do naprawy?

Prawo i Sprawiedliwość na razie kroczy drogą dalszego demontażu i tak słabych instytucji państwa. Drogą zapoczątkowaną przez rządy Jerzego Buzka, Leszka Millera, kontynuowaną przez rządy PiS-u i PO. Przez wszystkie te lata słyszeliśmy, że odpowiedzią na słabo działające państwo jest jeszcze mniej państwa. Niskie emerytury? Sprywatyzujmy je i dajmy zarobić korporacjom miliardy na OFE. Słaba jakość służby zdrowia? Macie przecież Luxmed. Brak sprawnej komunikacji publicznej? Podróżujcie samochodami. Smog w miastach? Wyprowadźcie się na przedmieścia. Nie macie mieszkań? Weźcie kredyt w banku i zmieńcie pracę.

Donald Tusk sprowadził państwo właściwie do sieci dróg i autostrad oraz ciepłej wodzie w kranie. Dla Jarosława Kaczyńskiego państwo to już tylko wąski krąg zaufanych i mówiąc eufemistycznie mało profesjonalnych przyjaciół.

Proces „refeudalizacji” kraju postępuje. Polacy zdążyli już przyzwyczaić się do tego, że mogą polegać tylko na sobie, swoich rodzinach i najbliższym kręgu znajomych. Kaczyński najwyraźniej chce ich w tym przeświadczeniu utwierdzić na zawsze. Jeśli prezes Prawa i Sprawiedliwości nie uzna wyroku Trybunału Konstytucyjnego, de facto wprowadzi dwa porządki prawne w kraju. Pierwszym będzie porządek z ulicy Nowogrodzkiej reprezentujący rząd. Drugim będzie porządek trybunalski, którego serce bije na ulicy Szucha. Sędziowie sądów powszechnych zapewne będą słuchać się tego ostatniego. Natomiast administracja centralna będzie wykonywać polecenia płynące z Nowogrodzkiej. Będzie posłuszna, bo prawie cała jest nadania PiS-u. Samorządy staną się strefą walki o wpływy. Jedne miasta, gminy, sejmiki i powiaty będą stosować się do nowych ustaw i rozporządzeń drugie będą je odrzucać.

Dojdzie do schizmy, która zapewne z czasem przybierze formę rokoszu, czyli na poły legalnego buntu wobec władzy centralnej. W zależności od sytuacji wszystkie decyzje będzie można zaskarżyć i wszystkim nadać pozór legalności. Jednostki administracji publicznej różnego szczebla będą prowadzić własną politykę i stosować się do własnych wytycznych. Tym samym Polska okaże się ciałem nie nadającym się już zupełnie do zarządzania. Rzeczą całkowicie partykularną, która nie posiada niczego, co by było uniwersalne i wspólne. Jakiekolwiek reformy instytucjonalne wprowadzone przez rząd będą mogły być w przyszłości podważone i wyrzucone na śmietnik. Słaba i wyśmiewana administracja rządowa, władza różnych ośrodków, nieposłuszeństwo podniesione do patriotycznej cnoty, powszechna wiara w to, że „jakoś to będzie”. Polska będzie coraz bardziej przypominać będzie feudalną Rzeczpospolitą szlachecką niż współcześnie rozumiane państwo. Miejmy nadzieję, że to tylko political fiction.

Nic dziwnego, że w takiej sytuacji pojawiają się pytania o rolę państwowego aparatu przemocy. Jak będzie się zachowywać policja i wojsko, jeśli otrzymają inne polecenia od sądu, a inne od rządu? Na szczęście nie wydaje się, żeby groził nam jakiś wybuch przemocy. Rewolucja PiS-u przewróci się zapewne o własne nogi. Jest śmieszniej, niż wam się wydaje.

Strategia straszenia PiS-em i traktowania ich śmiertelnie poważnie jako wielkiej siły może nie być najlepszą drogą wyjścia z politycznego kryzysu, w jakim się znaleźliśmy. Demonstracja Razem przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów pokazuje, że może być zupełnie odwrotnie. Z PiS-em można wygrać nie demonizując, ale uderzając w bylejakość, odsłaniając amatorstwo i nieudolność tej administracji.

W dniu, w którym Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok w sprawie tzw. ustawy naprawczej, partia Razem zaczęła go wyświetlać na murach Kancelarii Premiera. Świetny pomysł zdobył uznanie całej opozycji i wprawił w konsternację obóz władzy. Dopiero po dłuższym czasie pracownicy Kancelarii Premiera na atak rzutnikiem odpowiedzieli mocniejszym podświetleniem budynku. Razem odpowiedziało przesunięciem rzucanego obrazu na bardziej zacienione miejsce. Walka trwa.

 

**Dziennik Opinii nr 75/2016 (1225)

 

Bio

Jan Śpiewak

| aktywista miejski
Aktywista miejski

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nasza działalność jest możliwa dzięki ludziom takim, jak Ty.Wspieraj nas!