Felieton

Nowoczesna nic nie rozumie

petru-balcerowicz

Spór o Trybunał przysłonił fakt, że opozycja nie ma Polkom i Polakom do zaproponowania żadnej alternatywy dla projektu Kaczyńskiego.

We wtorek Nowoczesna przedstawiła pierwsze projekty ustaw w tej kadencji parlamentu. Prezentację poprzedziła medialna krytyka działalności 28 posłów Nowoczesnej, którzy przez pierwsze dwa miesiące swojej działalności zgłosili raptem pięć interpelacji poselskich i jedną uchwałę. Wszystkie inne kluby poselskie mogły się pochwalić znacznie lepszą statystyką. Dziennikarze usilnie dopytywali również o program, który ma być zaprezentowany za kilka miesięcy. Rzeczniczka partii Kamila Gasiuk-Pihowicz tłumaczyła: – Nie machaliśmy niebieską teczką z aktami prawnym podczas kampanii wyborczej. Nie piszemy ustaw, jak Prawo i Sprawiedliwość, na kolanie. Żeby napisać dobry projekt, trzeba usiąść z gronem eksperckim, skonsultować go, przemyśleć każdy zapis, nie pisać ustaw pod dyktando polityczne – mówiła posłanka Nowoczesnej.

Wtorkową konferencję można potraktować więc jako test dojrzałości politycznej ugrupowania, które w ciągu ostatnich dwóch miesięcy zdobyło ogromne poparcie społeczne. Pierwsze ustawy, które prezentuje samozwańczy lider opozycji, powinny być w szczególny sposób dobrany. Wskazywać kierunki i odpowiadać na najważniejsze wyzwania stojące przed krajem. W czasie politycznego zamętu najpopularniejsza w sondażach partia opozycyjna powinna pokazać swoje intelektualne i programowe przywództwo. Tymczasem Ryszard Petru zaczyna swoją przygodę z polityką głosząc hasła, z którymi Platforma przegrała ostatnie wybory. Z dwóch projektów ustaw dwie są kopią postulatów premier Ewy Kopacz i prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Pierwszy „autorski” projekt dotyka w dużej mierze technicznej sprawy –zniesienia ciszy wyborczej. Drugi dotyczy zmiany w finansowaniu partii politycznych. Trzeci zlikwidowania „przywilejów” związkowych. Tematy te nie wzbudzają zainteresowania przeciętnego wyborcy. Nic dziwnego, że konferencja przeszła bez echa. Błędem byłoby jednak nie zwrócić na propozycje uwagi. Ustawy zgłoszone przez Petru powinny zabrzmieć jak głośny dzwonek alarmowy dla całego obozu „obrońców demokracji”.

Ryszard Petru z rozbrajającą szczerością mówił, że w związku z tym, że PiS nie zgodzi się na likwidację finansowania publicznego partii, więc proponuje kompromisowy mechanizm: „złotówka za złotówkę”. Finansowanie budżetowe „pozostanie, ale będzie proporcjonalne do wpłat prywatnych”. Brzmi to jak stary, odgrzewany kotlet. Sięgnął po niego nawet Bronisław Komorowski, rzutem na taśmę próbując ratować swoją prezydenturę. Dużo osób już nie pamięta, że zmiana dotychczasowego sposobu finansowania partii politycznych z budżetu państwa była przedmiotem jednego z trzech pytań w ostatnim referendum. Plebiscyt za 82 miliony złotych skończył się spektakularnym fiaskiem i pokazał, że Polacy nie kupują taniego populizmu. Wcześniej przez wiele lat zlikwidowania budżetowego finansowania partii domagała się Platforma. Przykład Stanów Zjednoczonych jasno pokazuje, że to prosta droga do zwiększenia roli bogatych, korporacyjnych i indywidualnych graczy w polityce. Brak finansowania eliminuje także z polityki mniejsze podmioty.

Drugi postulat jest równie nieświeży co pierwszy. Wpisuje się w znaną nam wszystkim, starą śpiewkę: trzeba zlikwidować „niesprawiedliwość”, jaką są „przywileje” związków zawodowych. W kraju, w którym związki zawodowe ostały się głównie w dużych państwowych zakładach pracy, brzmi to jak coraz bardziej stara i trzeszcząca płyta. W firmach prywatnych związki rzadko są tolerowane przez właścicieli, którzy wszelkimi sposobami utrudniają i nie pozwalają na nich powstanie. Tak ostatnio było np. w przypadku sieci dyskontów Lidla. W Niemczech zrzeszenia pracobiorców nie mają takiego problemu.

Polskie związki zawodowe są nieliczne i słabe. Należy do nich tylko nieco ponad 12% pracowników przedsiębiorstw. Jest to jeden z najniższych poziomów uzwiązkowienia w Unii Europejskiej.

Ostatnio postulat ograniczenia „przywilejów związków zawodowych” przedstawiła na wyborczej konwencji Platformy Obywatelskiej premier Ewa Kopacz, wywołując owację na stojąco zgromadzonego partyjnego aktywu. Miesiąc później przegrała wybory.

Nie minęły dwa miesiące, a po ten zużyty repertuar sięga Ryszard Petru. Odsłania to dramatyczny brak wizji oraz implozję intelektualną głównych sił opozycji. Jak długo można kręcić się w kółko i proponować te same rozwiązania? Spór o Trybunał Konstytucyjny przysłonił zupełnie fakt, że główne siły opozycyjne nie mają Polkom i Polakom do zaproponowania zupełnie żadnej alternatywy dla projektu Kaczyńskiego. On ma pomysł na Polskę. A opozycja dramatycznie go potrzebuje.

Nowoczesna nie wyciągnęła wniosków z przegranej Platformy. Propozycje Petru są tego namacalnym dowodem. Proponuje on likwidacje ostatnich bastionów solidarności społecznej i demokratycznej kontroli nad poczynaniami partii politycznych. Zamiast wzmacniać więzi społeczne i budować wspólnotę, Petru proponuje nam jej dalszy demontaż i społeczną atomizację. Zamiast ułatwiać obywatelom partycypację w rządzeniu, chce ograniczyć ich wpływ na politykę. Obliczone na popularny resentyment chwyty podcinają gałąź, na której wszyscy siedzimy.

Screenshot z www.nowoczesna.org, 14.01.2016.

Całkowite zagubienie zdradzają nie tylko politycy, ale duża część establishmentu na politycznym wygnaniu. Najdalej poszedł chyba profesor Majcherek, który obarczył partię Razem odpowiedzialnością za porażkę lewicy w wyborach parlamentarnych: „ten zbiorowy wyczyn ma wyróżniających się sprawców wśród sekciarzy marginalnej partii Razem, którzy zbajerowali grupę przeintelektualizowanych, wielkomiejskich, ekscentrycznych i zblazowanych inteligentów”. Dzień po głośnych słowach szefa MSZ Witolda Waszczykowskiego , ktoś znowu upatruje wroga w cyklistach i wegetarianach, tym razem na łamach „Gazety Wyborczej”. Majcherek woli zbić termometr zamiast podjąć się próby leczenia choroby. Wojna dwóch plemion wymaga wszystkich rąk na pokładzie. Kto nie z nami ten przeciwko nam. A wszelka krytyka jest groźna i zagraża „demokracji”.

Taka atmosfera tworzy złudzenie, że wystarczy odsunąć PiS od władzy, a wszystko wróci na swoje tory.

Jeśli dzisiaj, tak jak chce Maciej Gdula, odbyłyby się przyśpieszone wybory, zapewne powstałby rząd .NO-PO. Wówczas odpowiedzią na jeszcze więcej folwarcznego turbokapitalizmu może być już nawet nie PiS, ale ONR.

W perspektywie wygaśnięcie środków unijnych po 2020 roku, kryzysu demograficznego, kolejnych wielkich fal migracji, tlącego się konfliktu na Ukrainie, nasza sytuacja robi się nie do pozazdroszczenia. Dlatego w interesie nas wszystkich jest długa i ostra dyskusja na temat „25 lat wolności“. Pora otrząsnąć się z blitzkriegu Jarosława Kaczyńskiego i zacząć wyciągać z jego sukcesu wnioski.

 

**Dziennik Opinii nr 15/2016 (1165)

Bio

Jan Śpiewak

| aktywista miejski
Aktywista miejski

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nasza działalność jest możliwa dzięki ludziom takim, jak Ty.Wspieraj nas!