Felieton

Lekcje z afery reprywatyzacyjnej

Bez niezależnej czwartej władzy nie ma wolności. Samo roztrząsanie wątpliwości w tej materii wydaje mi się już dalece nie na miejscu i świadczy o niedemokratycznych skłonnościach „obozu wolności”.

W niedawnej „Polityce” (5.10 –11.10. 2016 ) Sławomir Sierakowski zadaje pytanie, czy walka z korupcją, gdy uderza ona w opozycję, jest moralnie uzasadniona. Pretekstem do tych rozważań jest ujawnienie (a raczej nagłośnienie) przez „Gazetę Wyborczą” istnienia przestępczego układu, który przejmował setki nieruchomości w stolicy i wypędzał Bogu ducha winnych ludzi z ich domów. Sierakowski bystro zauważa, że możliwe są dwie odpowiedzi na to pytanie.

Opowiedzmy tę historię tak: ujawniając aferę reprywatyzacyjną, gazeta opozycyjna wobec rządu zagrażającemu demokracji liberalnej w Polsce uderza w ostatni bastion opozycji, otwierając populistom drogę do absolutnej władzy. […]

A teraz opowiedzmy tę samą sytuację inaczej: Jeśli zależy „Gazecie Wyborczej” na obronie polskiej demokracji liberalnej, to nie mogła zachować się lepiej, ujawniając aferę reprywatyzacyjną. […] Kto piętnuje nieudolność, ignorancję i kolesiostwo rządu, temu nie wolno przymykać oko na nieudolność, ignorancję i kolesiostwo opozycji .

Dalej robi się jeszcze ciekawiej. Dziennikarze „Gazety” stanęli przed dylematem porównywalnym do tego, przed jakim stanął Leszek Miller w trakcie wojny z Sadamem Husainem. Irak mógł mieć broń masowego rażenia, więc trzeba było go najechać, żeby oszczędzić ludzkie życie. Dziennikarze są zatem niczym politycy, którzy złapali terrorystę, podkładającego w ich mieście bomby.

Torturować go czy nie torturować – oto jest pytanie.

Na kolejnych stronach „Polityka” zastanawia się, czy to dobrze, że arystokracja odzyskuje posiadłości ziemskie. Bohaterem tekstu jest Henryk Grocholski, który szefuje Związkowi Szlachty Polskiej. Państwo będzie musiało mu wypłacić kilkaset milionów złotych odszkodowań. Polityka nieśmiało przypomina jego związek z Hubertem Massalskim, wspólnikiem Marka Mossakowskiego. Nie przypomina jednak, że panowie dręczyli Jolantę Brzeską przed śmiercią, podobnie jak dziesiątki innych lokatorów, z przejmowanych przez siebie budynków. Kolejny tekst o reprywatyzacji dotyczy Kościoła. Polityka słusznie przypomina o ogromnym szwindlu, jakim była komisja majątkowa, za pomocą której setki milionów złotych wyprowadzono z budżetu państwa. Opisywane jest to w kontrze do reprywatyzacji warszawskiej. Skala nieprawidłowości zdaniem autorów jest nieporównywalna. To ciekawe, ponieważ wartość 4 tysięcy nieruchomości przejętych w Warszawie szacuje się na od 5 miliardów do ponad 20 miliardów złotych. Kościół „odzyskał” nieruchomości warte bagatela 5 miliardów złotych.

Stanowisko „Polityki” można chyba streścić w następującym zdaniu: Co prawda tak długo nie pisaliśmy o reprywatyzacji, że już nie dało się tego ukrywać, ale to nie jest takie łatwe i oczywiste, bo uderzanie w Platformę to uderzanie w liberalną demokracją, a w ogóle to Kościół nakradł więcej. To niestety typowy schemat myślenia „obozu wolności”. Był on obowiązującą wykładnią przez ostatnie 8 lat rządów Platformy. W dużym stopniu to właśnie ten schemat doprowadził do sytuacji, że dzisiaj musimy wychodzić na ulice, by kobiety nie musiały rodzić dzieci z gwałtów.

Obóz wolności dokonuje przy okazji dyskusji o dzikiej reprywatyzacji kilku manipulacji. Po pierwsze uznaje, że demokracja liberalna miała się dobrze za rządów PO. Po drugie, że nasz wybór ogranicza się do wybierania między Platformą (ewentualnie Nowoczesną), a PiS-em. Po trzecie, że pisanie prawdy i stawanie po stronie słabszych może może zagrozić demokracji. Po czwarte wreszcie, nie docenia wagi problemu i nie rozpatruje go takim, jakim on rzeczywiście jest – systemową korupcją i bardzo rozwiniętymi strukturami zorganizowanej przestępczości, które mają ogromny wpływ na rzeczywistość społeczną, administrację publiczną, sądownictwo, a nawet stanowienie prawa.

Gdyby demokracja liberalna miała się w Polsce dobrze, to PiS nie wygrałby wyborów. Gdyby państwo chroniło swoich obywateli (szczególnie tych najsłabszych), traktowało ich równo i sprawiedliwie, partia, która podważa cały obowiązujący porządek, nie zdobyłaby tylu głosów. Tymczasem właśnie sprawa reprywatyzacji pokazuje, jak bardzo III RP odeszła od rządów prawa, które demokrację liberalną cechować powinny.

W maju 2015 roku Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok, w którym stwierdzał, że nie można po 70 latach cofać decyzji administracyjnych skutkujących nieodwracalnymi następstwami prawnymi i dzięki którym obywatele nabywali pewne prawa. Oznacza to mniej więcej tyle, że cała podstawa prawna toczącej się od dwudziestu lat reprywatyzacji była jedną wielką lipą. Wiedzieli o tym prawnicy, wiedzieli o tym urzędnicy, musieli zdawać sobie sprawę sędziowie. Jednak nic sobie z tego nie robili. Doszło do tego, że oddawano w prywatne ręce budynki wybudowane nawet po wojnie.

Frywolne cofanie decyzji przez sądy skutkowało odebraniem lokatorom prawa do umowy z czynszem regulowanym, które zawierali przecież w dobrej wierze. Było to możliwe, bo wcześniej Trybunał Konstytucyjny umożliwił de facto dowolne podwyższanie czynszów przez właścicieli. Wcześniej sądy administracyjne odebrały lokatorom i wspólnotom mieszkaniowym możliwość występowania przed sądami jako strony w postępowaniach reprywatyzacyjnych. Zdaniem sądów nie mieli oni interesu prawnego występować w swoich sprawach. Jednym słowem polski wymiar sprawiedliwości zbudował dość karkołomny system, który umożliwił niekonstytucyjne przejmowanie kamienic i jednocześnie odebrał najbardziej zainteresowanym prawo do kontrolowania, komu sądy te kamienice oddają. Sprowadził mieszkańców budynków komunalnych do obywateli drugiej kategorii.

Czy brzmi to jak opis liberalnej demokracji? Wolne żarty.

A wiecie, co w tym najlepsze? Otóż po publikacji wyroku nic się nie zmieniło. Żadna ze stron sporu, która wyciera sobie Trybunałem usta, nie pamięta o wyroku P 46/13. Nie pamięta, bo jego realizacja natychmiast zakręciłaby kurek z lewymi zwrotami. Tak więc nasza demokracja była demokracją dla tych, których było na nią stać. Jeśli miałeś pecha i nie miałeś dość kasy, żeby wziąć kredyt, odziedziczyć mieszkania albo się uwłaszczyć w III RP, nie miałeś pełni praw obywatelskich. Trudno się dziwić, że tak dużo ludzi niespecjalnie identyfikuje się z demokratycznymi instytucjami, gdy te instytucje przez lata nie miały nic wspólnego z demokracją a jedynie były narzędziami klasowej władzy i pogardy.

Wyniszczająca dla naszego życia publicznego alternatywa albo PO, albo PiS, jest w dużym stopniu kłótnią w rodzinie postsolidarnościowej prawicowej inteligencji. Jak każda wojna domowa, jest to starcie krwawe, ale de facto obie strony sporu są do siebie dość podobne. Nigdy nie uwierzę, że braci Kurskich – symboli tej kłótni w rodzinie – dzieli tak wiele, jak probują nam to czasem przedstawić. Hanna Gronkiewicz-Waltz była przyjaciółką Krystyny Pawłowicz i tylko przypadek sprawił, że jedna jest w PiS-ie, a druga w PO. Jedna z najbliższych współpracownic HGW w warszawskim ratuszu to posłanka Joanna Fabisiak, która głosowała za zaostrzeniem ustawy aborcyjnej. Pani Prezydent sama nie ukrywa swoich skrajnie konserwatywnych poglądów. O tym, że ten spór został w dużym stopniu wymyślony przez Tuska w 2005 roku, szeroko pisze Robert Krasowski w Czasie Kaczyńskiego. Jeśli Kaczyński by nie istniał, Tusk musiałby go wymyślić. Przez to, że formacje są do siebie tak podobne, PO musiało spychać Kaczyńskiego na prawo. Sam Kaczyński też nie miał innego wyjścia – musiał pożreć Leppera i Giertycha. W Polsce tak długo jak będą istniały dwie duże prawicowe partie, tak długo ojciec Rydzyk będzie w centrum naszej polityki.

Zniszczenie tego duopolu jest konieczne, by odrodziło się polityczne centrum i lewica.

Niezależne dziennikarstwo, jawność i dostęp do informacji to podstawy demokracji liberalnej. Bez niezależnej czwartej władzy nie ma wolności. Samo roztrząsanie wątpliwości w tej materii wydaje mi się już dalece nie na miejscu i świadczy o niedemokratycznych skłonnościach „obozu wolności”. Przez lata środowiska lokatorskie i ruchy miejskie krzyczały o reprywatyzacyjnym bagnie, o tym, że ten proceder podkopuje podstawy demokracji, łamie prawa człowieka. Ogólnopolskie media temat ignorowały i czyniły to w dużej mierze ze strachu przed PiS-em. Sam kiedyś udzielałem wywiadu  jednemu z dużych tygodników, ale usłyszałem pod koniec, że nie będą rozmowy publikować, bo uderza w panią Prezydent Warszawy.

Tak długo media zamiatały sprawy pod dywan – czy to w obronie swoich, czy w strachu przed Kaczyńskimi – że PiS jako jedyny potrafił zidentyfikować problemy Polaków i zaoferować im na nie receptę. Każda władza się degeneruje. Jeśli władza nie jest poddana kontroli i krytyce, degeneruje się szybciej, prowadząc do radykalizacji nastrojów społecznych. Tak to po prostu działa. Media są od tego, by krytykować władzę. W ostatnich latach stały się partyjnymi biuletynami. Dzisiaj płacimy za to cenę.

Jestem głęboko przeświadczony, że w debacie publicznej nie poświęca się wystarczająco uwagi zorganizowanej przestępczości, zapaści wymiaru sprawiedliwości i systemowej korupcji panującej w samorządach.

Dzika reprywatyzacja, horendalne odszkodowania płacone handlarzom roszczeń i fikcyjne reaktywacje przedwojennych przedsiębiorstw nie byłyby możliwe bez szczególnych zmian w polskim prawie.

Zazwyczaj zmieniano pojedyncze zdania, które  o 180 stopni zmieniały sens regulacji. Do ustawy o KRS w 2000 roku dopisano jedno zdanie, które umożliwiło reaktywację przedwojennych przedsiębiorstw. W ustawie o gospodarowaniu nieruchomościami w 2004 roku zmieniono jedno zdanie. Dzięki tej zmianie zamiast odszkodowania za stertę gruzu znacjonalizowaną w 1945 roku handlarze dostawali odszkodowanie za super działkę budowlaną z wieżowcem i metrem. W ciągu jednego dnia wysokość odszkodowań wzrosła ponad stukrotnie. Nie uwzględniono tego w ocenie skutków regulacji, a do zmiany nikt się nie przyznał.

Zorganizowana przestępczość w białych kołnierzykach ma dzisiaj twarz adwokatów, polityków, urzędników, prokuratorów, notariuszy, sędziów. To ludzie, którzy piszą dla siebie prawo i następnie z niego korzystają. Są bezkarni. Widzieliście kiedyś bogatych ludzi, którzy poszli siedzieć za łapówki? Sądy wymierzają im zazwyczaj niskie grzywny i kary w zawieszeniu. Postępowania trwają tak długo, aż się przedawnią. Nic dziwnego, że gdy ryzyko jest żadne, zorganizowana przestępczość staje się coraz silniejsza. W centrum europejskiej stolicy przez ostatnie 20 lat wyrzuciła z domów tysiące rodzin. Te instytucje, których „obóz wolności” najmocniej broni, zawiodły najbardziej. Zacznijmy dyskutować, co zrobić z naszym wymiarem sprawiedliwości, skompromitowaną palestrą, utytłanymi w korupcji samorządami, zanim zacznie to za nas robić dobra zmiana. Wyciągnijmy wnioski z afery reprywatyzacyjnej. Jeśli tego nie zrobimy my, prędzej czy później zrobi to za nas skrajna prawica.

PISMO-koniec-prasy

 

**Dziennik Opinii nr 291/2016 (1491)

Bio

Jan Śpiewak

| aktywista miejski

Aktywista miejski

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.