Felieton

Kodzie, zmień lidera (i dilera)

Jeśli KOD przejął ich język, to znaczy, że przejął ich warunki gry, a to oznacza, że właściwie już pogodził się z klęską.

Komitet Obrony Demokracji organizuje 11 listopada demonstrację „KOD Niepodległości”. Organizatorzy chcą zamanifestować, że święto niepodległości jest nie tylko domeną prawicy i środowisk nacjonalistycznych. Idea wielce słuszna. KOD promuje to wydarzenie pod hasłami porozumienia ponad podziałami. Dochodzi tu do małej wewnętrznej sprzeczności: z jednej strony organizatorzy chcą pokazać, że można kulturalnie świętować 11 listopada, ale z drugiej wiadomo, że nie chodzi o samo święto, tylko o kolejną okazję do zamanifestowania przeciwko rządom PiS-u. To jednak nie główny problem marszu. Fejsbukowe oburzonko wybuchło razem z intensyfikacją działań marketingowych. Na profilu KOD-u zaroiło się od pięknych memów. Większość z nich to typowa postpolityczna papka połączona z hasłami, których nie powstydziłby się najlepszy polski trener rozwoju osobistego Mateusz Grzesiak: idę, bo chcę, bo muszę, bo to jest ważne. A Ty jaki masz powód? Chodź ze mną! Polska silna Tobą! Trzy z nich przykuły moją uwagę.

O trzy memy za daleko

Pierwszy mem wskazywał na wolnorynkowe ideały przyświecające organizatorom: Idę, bo to ja decyduję, czy w niedziele idę na zakupy, czy do kościoła.

W domyśle organizatorzy są za pracującą niedzielą dla pracowników centrów handlowych i uważają, że 11 listopada to świetny moment, żeby to wyrazić. Prawdziwa niepodległość polega na pełnej wolności gospodarczej i otwartych 24h sklepach. Ktoś, kto chce zamknąć Złote Tarasy w niedzielę, nie tylko podnosi rękę na korporacje, ale na polską suwerenność i polski styl bycia. Wolność to prawo do tego, by móc sobie kupić parę butów w niedzielę o 20.00. Co z wolnością ludzi po drugiej stronie lady? Z ich rodzinami? Ich zdanie się nie liczy. Nie oni tworzą grupę docelową KOD-u pod przywództwem Mateusza Kijowskiego. Tak samo, jak to, że większość handlu w niedzielę odbywa się w galeriach handlowych, które wysysają życie z naszych ulic i pieniądze z naszej gospodarki, transferując je do rajów podatkowych. Zabijają w ten sposób nasz lokalny (polski i niepodległy) biznes. W ten sposób zwiększa się nasza zależność gospodarcza i umacnia pozycja Polski jako kraju półperyferyjnego. Nic dziwnego, że standardem w większości krajów Europy Zachodniej, na które tak często i słusznie powołuje się KOD, są ograniczenia w handlu w niedzielę i poważne ograniczenia dla rozwoju molochów handlowych.

Wykluczający język obrońców demokracji

Drugi mem wykroczył poza kwestie wolności gospodarczej. Zachęcał wszystkich nie-lewaków do przyjścia na marsz. Lewacy w domyśle powinni iść na swoją własną demonstrację, a nie pchać się na „normalny” kodowski marsz.

Zaskakuje język użyty przez organizatorów. Z jednej strony jest to język niesłychanie wykluczający. Gdy podmienimy słowo „lewak” na „homoseksualista”, otrzymamy takie zdanie: Idę, bo nie każdy, kto ma inne zdanie, to homoseksualista. To proste ćwiczenie pozwala nam zrozumieć, jak antydemokratyczny i dyskryminujący jest to przekaz.

Z drugiej strony, język KOD-u jest zapożyczony z języka „dobrej zmiany”.

Słowo lewak, które wymyślił zdaje się Lenin, by opisać radykalną komunistyczną opozycję wobec bolszewików, zostało przejęte na polski grunt przez Gomułkę i jego kolegów. Używali oni sformułowania lewactwo, by opisywać swojego głównego wroga – lewicującą inteligencję. Lewactwem byli studenci protestujący w 1968 roku i młodzi ludzie zakładający kilka lat później Komitet Obrony Robotników.

W III RP kariera słowa „lewak” zaczęła się wraz ze wzrostem aktywności internetowych trolli popierających Janusza Korwin-Mikkego, następnie, dzięki pomocy prawicowych publicystów, przedostało się ono do języka używanego przez polityków. Po zwycięstwie PiS-u słowo „lewactwo” dostało się na rządowe i jak widać również opozycyjne salony. To, że KOD zaczął używać języka „dobrej zmiany”, pokazuje, w jakim impasie intelektualnym znalazł się ten ruch. Nie potrafi zaproponować żadnych własnych treści i może jedynie importować je od przeciwnika. Jeśli KOD przejął ich język, to znaczy, że przejął ich warunki gry, a to oznacza, że właściwie już pogodził się z klęską.

Jeśli KOD przejął ich język, to znaczy, że przejął ich warunki gry, a to oznacza, że właściwie już pogodził się z klęską.

Administrator profilu KOD-u na facebooku szybko zdjął mema. Mateusz Kijowski najwyraźniej nie zgodził się z tą decyzją i opublikował na swoim płomienną filipikę zatytułowaną „Nadęty balon głupoty, czyli jestem lewakiem”. Po lekturze tego wielce osobliwego wpisu można jedynie załamać ręce nad brakiem podstawowej refleksji u lidera ruchu.

„Zawarty jest w tym haśle oczywisty sarkazm i ironia. Nie dajmy się dzielić poprzez przyczepianie etykietek i szufladkowanie. Nie dajmy się dzielić poprzez wydumane obelgi. Nie dajmy się dzielić, kiedy mamy różne poglądy. Nie wszyscy zrozumieli ten sarkazm. Nadęty balon własnego wizerunku nie pozwolił na obiektywne spojrzenie, przykrył również poczucie humoru i rezerwę wobec siebie samego”.

Chciałoby się zakrzyknąć w odpowiedzi na te słowa: Mateuszu, zmień dilera, a ty, KOD-zie, zmień lidera. Jeśli hasło wielu osobom się nie podoba i uważają je za krzywdzące, to lepiej zmienić hasło, a nie krytykować swoich odbiorców. Kijowski zamiast zmienić hasło brnął dalej w obronę swojego memotwórcy. Burza jego zdaniem została wywołana przez ludzi, którzy są niepewni siebie i pozbawieni poczucia własnej wartości.

„Budujemy swój wizerunek, tworzymy o sobie legendy, chcemy się do kogoś lub do czegoś przykleić, bo nie czujemy się pewnie, bo swoją wartość opieramy na opiniach innych, bo jesteśmy zagubieni. I pompujemy ten balon własnego wizerunku, łakniemy pochwał i ciepłych słów jednocześnie walcząc z każdym głosem, którego nie rozumiemy lub nie pasuje do naszej wrażliwości, w którym użyte zostanie jedno ze słów kluczy, słów, które uważamy za wymierzone przeciwko nam. Taki nadęty balon przesłania nam rzeczywistość, zaciemnia widzenie i wyklucza zrozumienie. Stajemy się faktycznie bezbronni. Jedyna rada, to posłuchać Władysława Bartoszewskiego. Wziąć szpikulec i wbić w ten nadęty balon głupoty”.

Przywołanie Bartoszewskiego w tym niedorzecznym potoku słów jest groteskowe, ale dość symptomatyczne. Kijowski zasłania się bezmyślnie autorytetem Bartoszewskiego jak część prawicy autorytetem Jana Pawła II. Wielkie symbole mają zasłonić prawdziwy obraz sytuacji i intelektualną nędzę. Stary to chwyt i jak widać ciągle działa. Przykre tylko, że Bartoszewski zostaje sprowadzony do roli maskotki, która ma dawać dyspensę na bezmyślność i wypełniać treścią „nadęty balon głupoty”.

Dmowski patronem KOD

Największe kontrowersje wzbudził jednak Roman Dmowski, który został jednym z patronów marszu KOD-u. Lider endecji miał bardzo jasną wizję tego, jak ma wyglądać niepodległa Polska: homogeniczna narodowo, katolicka i w pansłowiańskim sojuszu z Rosją. Nie wiem, do jakiej części tej tradycji chce się odwoływać Kijowski. Jego słabość do Dmowskiego zapewne wynika z dobrze nam znanej katastrofalnej w skutkach wizji polityki, w której wszyscy możemy trzymać się za ręce i żyć ponad podziałami. Bo zgoda buduje. Tak również brzmiało hasło wyborcze Bronisława Komorowskiego. Poprzedni prezydent próbował organizować swoje własne obchody 11 listopada, na które zapraszał Romana Giertycha i razem z nim składał wieńce pod pomnikiem Dmowskiego na placu Na Rozdrożu. Jak to się wszystko skończyło, dobrze wiemy.

Kijowski jest pojętnym uczniem swojego mistrza Komorowskiego i brnie w to samo.

Absurdalności całej sytuacji nadaje fakt, że sama demonstracja startuje na placu imienia Gabriela Narutowicza zabitego przez jednego z fanatycznych zwolenników Dmowskiego. Na profilu Marszu Niepodległości można było przeczytać najlepszą analizę tego dziwnego aliansu. To, czego nie rozumie Kijowski, od razu pojęli narodowcy.

ONR zaciera ręce, śledząc decyzje Mateusza Kijowskiego. Zamiast przenieść walkę na podwórko przeciwnika, używając własnego języka i symboli, Kijowski przegrywa walkę, zanim na serio ją rozpoczął. Wymiana lidera KOD-u staje się zadaniem dla całej opozycji.

KOD jest bardzo ważnym ruchem społecznym, który zrobił bardzo wiele dobrego w trakcie swojej krótkiej historii.

Zjednoczył ludzi pod sztandarami obrony trójpodziału władzy i liberalnej demokracji. Na naszych oczach staje się ruchem obrony status quo. Przy okazji marszu 11 listopada widać, jak bardzo to status quo jest dzisiaj na prawo. Kijowski dzisiaj broni kompromisu, który doprowadził do zwycięstwa PiS-u i dał impuls dla rozwoju środowisk skrajnej prawicy. Złożyły się na to lata kampanii przeciwko prawom kobiet, walki z genderem, kult „żołnierzy wyklętych”, ogromna praca u podstaw wykonana przez środowiska radia Maryja i Kluby Gazety Polskiej. PiS dzisiaj buduje nową narodową klasę średnią (chociaż sukces tego projektu jest mocno wątpliwy) w sojuszu z klasami niższymi. Zwraca godność ludziom przez program 500+ i nacjonalistyczną retorykę wstawania z kolan i walki z zewnętrznymi i wewnętrznymi wrogami.

Odpowiedzią KOD-u nie może być z jednej strony przejęcie języka prawicy w warstwie ideowej, a z drugiej bezrefleksyjne spojrzenie na warunki społeczne i gospodarcze, w jakich żyją miliony Polaków. Jeśli KOD naprawdę chce skleić Polskę, powinien zrozumieć, że klasa średnia musi się dogadać z klasą niższą. Tylko taki sojusz jest w stanie odsunąć na stałe zagrożenie radykalizmem. Po prostu tych bogatych jest za mało, żeby przegłosować tych biednych. KOD powinien budować szerokie sojusze, ale na własnych zasadach. Wahanie KOD-u w sprawie poparcia Strajku Kobiet było bardzo charakterystyczne.

Słowem – życzę KODowi nowego przywództwa i dobrej diagnozy sytuacji. Na razie KOD idzie drogą Bronka Komorowskiego i jest to droga do skoku w przepaść. Odpowiedzialność jest wielka, bo porażka KOD może za sobą pociągnąć na dno nas wszystkich.

Zinn-Ludowa-historia-stanow

 

**Dziennik Opinii nr 312/2016 (1512)

Bio

Jan Śpiewak

| aktywista miejski
Aktywista miejski

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Trochę za ostro.