Felieton

Na złość liberałom odkiboluje sobie uszy

Kibice. Fot. Piotr Drabik, flickr.com

Krytyka kiboli nie jest żadną krytyką całej populacji kibiców, ale jedynie krytyką jej radykalnej części, tak jak krytyka pijanych kierowców nie jest krytyką wszystkich kierujących autem.

Opublikowany niedawno w „Tygodniku Powszechnym tekst Rafała Wosia o stadionowej walce klas poza głośnym rechotem w zainteresowanych, internetowo-kibicowskich kręgach, przeszedł bez większego echa, a szkoda. Mimo kilku jak najbardziej słusznych uwag zawiera bowiem w sobie kilka bardzo charakterystycznych fantazmatów dzisiejszej lewicy, w które niektórzy, zwłaszcza niebywalcy stadionów, brną z uporem godnym lepszej sprawy.

Ja tam kibicuję Piastowi Gliwice [rozmowa]

Rafał Woś nie powiedział, rzecz jasna, niczego nowego. Powtórzył główne tezy futbolowej rewolucji powstałej w opozycji do, zwłaszcza angielskiej, komercjalizacji futbolu, przenosząc, nie do końca udanie, całą argumentację na polski grunt. Owszem, jest w postulatach tej rewolucji wiele słusznych tez i owszem, również w kontekście polskim demonizacja całej populacji kibiców jest klasycznym mechanizmem strachu, odwetu, resentymentu i zbijania na tym kapitału politycznego. Ale sęk w tym, że w apologii kibiców łatwo przedobrzyć i puścić się poręczy, za którą jest już tylko retoryczna przepaść.

Lewandowski jako produkt, kibice jako klienci

Fetysz klasy

Romantyczna, lewicowa wizja futbolu zakłada, że ruch kibicowski, w tym jego kibolska awangarda, jest ruchem klasy pracującej, która uwiedziona mirażem prawicowej wspólnoty zbłądziła i kiedyś powróci na łono prawdziwej lewicowej macierzy.

Abstrahując od anachronizmu podziału na klasy (stosować się raczej powinno podział na „mikroklasy”), trudno nie zauważyć, że aktywni kibice, w tym zwłaszcza kibole, bynajmniej nie są tylko i wyłącznie klasą pracującą. Owszem, w Anglii nawet po drastycznej podwyżce biletów to wciąż także „robotnicy”, których stać na karnet, natomiast w Polsce kibice są bardzo zróżnicowani, jeśli chodzi o stan portfela, przy czym coraz bardziej zwłaszcza w metropoliach są to kibice zamożniejsi.

W przypadku kiboli i to tych, którzy rządzą na stadionie, w ogóle już nie mówmy o tyrającym na śmieciówkach prekariacie, ale o bardziej lub mniej drobnych przedsiębiorcach, którzy z tego procederu zrobili sobie niezły (czasami nielegalny) zarobek. Oni mają czas i pieniądze, aby na mecze (również zagraniczne) jeździć, oni często zarabiają o wiele więcej niż litujący się nad ich wykluczeniem lewicowi intelektualiści, dopraszający się o kolejną fakturę / umowę za opublikowany tekst. Rację ma więc Maciej Gdula, który wskazuje na bardziej średnioklasowy charakter polskich kibiców, z całym bagażem ich średnioklasowych poglądów i aspiracji. Najmniej zamożni w soboty zwykle biorą drugą zmianę, a nie oblepieni gadżetami jadą na mecz kilkaset kilometrów w jedną stronę.

Kibole to nie wykluczony prosty lud

Każdy jest trochę wykluczony

Drugą, najczęściej powtarzaną lewicową mantrą jest ta o kibicowsko-kibolskim wykluczeniu. Rafał Woś w dyskusjach na twitterze porównuje nawet szczucie na kiboli do szczucia na uchodźców.

Problem w tym, że bardzo często nie dokonuje się rozróżnienia na kibiców i kiboli. Owszem, szczucie za kibolskie przewiny na całą społeczność kibicowską jest jak szczucie za przewiny radykalnych muzułmanów na całą społeczność muzułmańskich uchodźców. Typowa odpowiedzialność zbiorowa. Tyle tylko, że krytyka kiboli nie jest żadną krytyką całej populacji kibiców, ale jedynie krytyką jej radykalnej części, tak jak, dajmy na to, krytyka pijanych kierowców nie jest krytyką wszystkich kierujących autem. Bo przecież pijany kierowca, podobnie jak pijany kibol, też ma swoje życiowe problemy, też coś spowodowało, że pijany usiadł za kółkiem i wreszcie też za twitterem Wosia możemy powiedzieć, że pijany kierowca jest tylko „konstruktem mieszczańskim” mającym przejąć rynek dla samokierujących się samochodów.

Język wykluczania stosowany w odniesieniu do kiboli jest więc nie tylko językiem sprzeciwu wobec przemocy i rasizmu, ale pokazuje także wszystkie tegoż języka pułapki. Każdy jest bowiem trochę wykluczony. Nie ma ludzi zupełnie niewykluczonych, każdy z nas wchodzi w różne relacje, w których albo bywa przedmiotem wykluczenia, albo sam, często nieświadomie, zajmuje pozycję wykluczającą innych. Na tym polega m.in. kapitalizm. Wolnorynkowy muzułmanin o ciemniejszym kolorze skóry zatrudniający na śmieciówce kibica rasistę w swojej budce z kebabem jest przecież jednocześnie i wykluczanym i wykluczającym. Ba, sam redaktor Woś, również w swoim tekście stosuje wykluczającą retorykę, chociażby używając robiącego ostatnio zawrotną karierę pojęcia „fajnopolak”. Język lewicy, jak każdy język polityczny, również jest pełen wykluczeń, chociażby pod adresem swoich przeciwników. Nie da się, jak uczą zwolennicy agonizmu, kompletnie uciec od „ekskluzywności”, tak jak nie da się być całkowicie tolerancyjnym dla nietolerancji.

W przypadku tych biednych, wykluczonych kiboli najzabawniejsze jest, że jak tylko zdejmą swoje wykluczające ich kominiarki i wrócą do swoich biznesów, gdzie w głębokim poważaniu mają wysokie podatki, redystrybucję i prawa pracownicze, to redaktor Woś i my wszyscy pierwsi będzie się na nich wściekali i jakoś (słusznie) nie wyciśniemy nawet mililitra empatii dla wolnorynkowych liberałów. Ale gdy zaraz potem znów założą kominiarkę i zaczną dilować pod stadionem, trzeba nam podnieść ręce i lamentować, jak to bardzo się poszkodowani, bo w latach 90. państwo polskie nie budowało im świetlic do skakania po głowie.

Zakładając oczywiste, a więc, że w walce z wykluczeniem mamy ograniczoną liczbę sił i środków finansowych, czasowych, osobowych, jasne jest, że musimy naszej walce nadać priorytety. Wciąż jednak nie rozumiem, czemu zamiast skupiać się na pomaganiu samotnej matce albo eksmitowanej staruszce mamy rzucać się na pomoc zdrowym, sytym (pieniążkami, odżywkami i rasizmem) byczkom w kominiarkach, tylko po to, aby zrobić na złość zastraszanym przez nich (na ulicach i stadionach) liberałom. Fakt, że potem taki liberał w rewanżu im coś tam wykluczającego odpyskuje w gazecie. To chyba jednak za mało, by bronić zadowolonych z siebie panów z bejsbolami, prawda? Nawet olbrzymia niechęć do liberalnych urojeń powinna mieć swoje racjonalne granice.

Woś na Jowiszu

Jest jeszcze w tej kibolskiej tyradzie obronnej Wosia coś bardzo charakterystycznego dla jego, zwłaszcza ostatniej, publicystyki. Otóż do zwyczajowego „starolewicowego” przedkładania bazy nad nadbudowę i wiecznego poszukiwania tych pierwotnych, to jest prawdziwie wykluczonych, doszedł u redaktora straceńczy romantyzm, w imię którego im twierdza jest trudniejsza do zdobycia, tym bardziej powinna lewica rzucać się, aby ją zdobywać. Sojusz z PiS-em, odbijanie rasistowskich trybun kibolskich, nie wiem, bezzałogowa misja na Jowisza… i to w czasach, gdy lewica ma problem, aby płotek progu wyborczego przeskoczyć. Wszystko to oczywiście po to, aby ruszyć lewicę z miejsca i przywrócić jej dawną skuteczność.

Czy lewica będzie płakać po Rafale Wosiu? [rozmowa]

Sęk jednak w tym, że – weźmy chociażby przykład tych nieszczęsnych stadionów – ciężko pracującego ojca rodziny nie obchodzi, czy spokój na stadionie zapewni lewica, prawica czy centrum. On po prostu chciałby na ten stadion przyjść z dziećmi na mecz. Wdzięczny będzie więc nie tym, którzy dywagują o wykluczeniu gangsterki w celtyckie krzyże i budują konstrukty o wykluczających się konstruktach, tylko tym, którzy ową bandyterkę ze stadionu pogonią. A to właśnie (niestety) zrobili neoliberałowie. I to właśnie zdyskontują w każdych kolejnych wyborach, bo miną lata, zanim jakiś jaśnie pan kibol zagłosuje na lewicę popierającą wysokie podatki i małżeństwa jednopłciowe.

Bio

Galopujący Major

| Bloger, komentator życia politycznego
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.