Felieton

Ucieczka w kosmos

Patrząc na Putina w Murmańsku, widzę premiera Kaczyńskiego w Gdyni, jak woduje w 2023 roku, pod koniec swojej drugiej kadencji, parowy trałowiec „Mieszko Pierwszy” z oryginalnym napędem Biniendy.

Ponieważ jako dziecko wychowałem się na SF, i to jeszcze tej utopijnej, a nie dystopijnej; ponieważ moimi ostatnimi fascynacjami estetycznymi z tego obszaru były oświeceniowe (nawet jeśli czasami lekko „neokońskie” i mocno zachodniocentryczne, nieunikające aluzji do „eksportu liberalnej demokracji i religii praw człowieka”) seriale telewizyjne Star Trek i Gwiezdne wrota, a nie popieprzone peryferyjne fantasy, gdzie – szczególnie w jego polskiej, postwiedźminowej odmianie – bohaterowie z wielkim zapałem torturują się, gwałcą i wyznają różne mroczne kulty oparte na „męskiej godności” albo „słowiańskim matriarchacie”; wobec tego mam spore problemy, żeby zachować psychiczną stabilność w świecie, w którym dzisiejsza polska prawica czuje się jak piranie w wodach Amazonki. W świecie przeżywającym regres (samo rozróżnienie na postęp i regres jest już bluźnierstwem dla licznych mikronarracji antyoświeceniowej prawicy i tej części lewicy, która też Oświecenie zdradziła).

Orban, tłumacząc, czemu blokuje unijne sankcje przeciw Rosji i dlaczego buduje swój regionalny antyunijny imperializm na fundamencie rosyjskiego South Streamu i niezbyt konsekwentnie opodatkowanych niemieckich montowni, powiedział właśnie Węgrom (i to tym mieszkającym w Rumunii, gdzie przyjechał przemawiać zgodnie z tradycją, która przez ostatni wiek kazała rozmaitym narodowym wodzom przemawiać do swoich „uciskanych mniejszości” poza granicami), że w ten sposób „Węgry budują swój własny suwerenny model”. Czemu jednak ten „własny suwerenny model” zawsze jest regresem? Czemu zawsze opiera się na odbieraniu wolności i praw, a nie ich poszerzaniu? Czemu zawsze opiera się na ponadnormatywnej brutalności – najpierw języka, później metod polityki wewnętrznej, a na końcu zewnętrznej?

Czemu ten „własny suwerenny model” zawsze koniec końców okazuje się fikcją? „Rewolucją nihilizmu” ukrywającą intelektualną bezradność i pustkę? Bez względu na to, czy jest to „własny model”, „demokracja suwerenna”, „duma peryferiów” Chaveza, Kim Ir Sena, Pinocheta, Orbana, Putina, Kaczyńskiego… z ich ministrami sprawiedliwości, edukacji i szefami służb?

W telewizjach rosyjskich – tych nadających na świat i do wewnątrz – Putin w Murmańsku woduje kolejny atomowy okręt podwodny. Nazwy tych umiarkowanie nowoczesnych jednostek są przezabawne: „Jurij Dołgoruki” (kniaź rostowsko-suzdalski z XI wieku) albo „Aleksander Newski” (tego znamy z filmu Eisensteina, więc nie będzie przypisu). To jest dopiero pseudoimperialna postmoderna. Pielewin by tego nie wymyślił, choć jego wyobraźnia ciągle ma się dobrze. A w swoim niekończącym się przemówieniu murmańskim Putin wymienia klasy okrętów bojowych i urządzeń, jakie zostaną zwodowane i wprowadzone do służby w następnej dekadzie. Symulacja imperium, którego nie ma, które właśnie utraciło Ukrainę, być może na zawsze. A teraz czyni z niej sobie naturalnego wroga, buduje nową ukraińską tożsamość na fundamencie z dnia na dzień coraz bardziej uzasadnionej nieufności do Rosji.

Patrząc na Putina w Murmańsku, widzę premiera Kaczyńskiego w Gdyni, jak woduje w 2023 roku, pod koniec swojej drugiej kadencji, parowy trałowiec „Mieszko Pierwszy” z oryginalnym napędem Biniendy.

„Mieszko Pierwszy”, bo „Bolesław Chrobry” odpada. Ten jako dobrowolny lennik Ottona III (aby dzięki temu skonsolidować własne państwo, ale to żaden argument dla „wolnych Polaków”) okazał się kapitulanckim zwolennikiem Pax Germanica.

Pytam różnych ludzi i nie znajduję odpowiedzi – jaki jest cel Putina na Ukrainie? Kiedy oderwanie Wchodu, mimo użycia najemników i ciężkiego sprzętu, ewidentnie się nie udaje. Kiedy wkroczyć otwarcie jednak trochę się obawia, a na jawne wycofanie się z konfliktu też nie może sobie pozwolić. Skoro jako nowy Dołgoruki i Newski obiecał Rosjanom wchłonąć Ukrainę, musi jakoś maskować fakt, że coraz bardziej ją traci. Może w nieskończoność destabilizować część jej terytorium, ale będzie to kosztować nie tylko Ukrainę, ale także i Rosję. Może też po drodze jeszcze nieźle poharatać Europę. Na przykład doprowadzić do zwycięstwa „prawicy kaczyńskiej” w podburzonej ogólnym zamętem Polsce. Prawicy tęskniącej za zimną wojną, w zimnej wojnie pokładającej nadzieję, co na destabilizację Europy, szczególnie jej wschodnich „dumnych peryferiów”, będzie miało podobny wpływ, co rządy Orbana w Budapeszcie.

Z takich symulakrów – imperializmów, suwerenności i obywatelskich wzmożeń – wzięła się pierwsza wojna światowa wraz z jej drugą koszmarną dogrywką.

Setna rocznica jej wybuchu powinna być świętem postępu (lub choćby minimalnej akumulacji etycznego samorozwoju ludzkości), a staje się świętem regresu do tego, co było, a dziś powraca w wersji farsowej, która jednak i do tragedii znów może doprowadzić.

A skoro już przedstawiamy antologię lokalnych regresów, to z kolei w polskich liberalnych mediach trwa festiwal dobrego papieża (szczególnie polskiego) i złego Chazana. Co jest o tyle absurdalne, że ten drugi realizuje przecież program stworzony przez tego pierwszego. Używa ideologicznej broni masowego rażenia („Holocaust poczętych i nienarodzonych”), w który jego i wielu jemu podobnych wyposażył ten pierwszy. Znowu regres do metody, dzięki której można było aż do 1905 roku (łącznie z krwawą niedzielą w Sankt Petersburgu) buntować rosyjski lud przeciwko panującemu porządkowi przekonując go, że co prawda car jest dobry, ale bojarzy i urzędnicy są źli i o niedoli rosyjskiego ludu dobremu carowi nie mówią.

To jest bardzo realistyczna metoda i rozumiem, że niektórzy liberalni dziennikarze i intelektualiści używają jej, ponieważ sądzą, że znaczna część nowego polskiego mieszczaństwa czy starej polskiej inteligencji znajduje się na etapie obywatelskiego przebudzenia porównywalnego do obywatelskiego przebudzenia rosyjskiego ludu w XIX wieku. Ale znowu oznacza to regres, z którym mój nadwrażliwy umysł, a jeszcze bardziej emocje dziecięcego czytelnika Artura C. Clarka czy Izaaka Asimova (nie było chyba w historii SF większych optymistów) nie daje sobie rady.

A jednak przyjdzie nam żyć w mrocznych czasach. I przyjdzie przenieść przez te czasy wszystkie nasze mniej mroczne nadzieje.

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.