Felieton

Są na świecie rzeczy gorsze od Unii

W latach 80. byłem ulicznym najemnikiem, ale teraz już nie muszę, bo mam wybór: UE.

Wymiana argumentów pomiędzy Michałem Sutowskim i Jakubem Majmurkiem – dotyczących Unii Europejskiej wobec greckiego kryzysu, a także stanowiska lewicy wobec Unii Europejskiej przy okazji greckiego kryzysu – jest jedną z bardziej merytorycznych wymian poglądów, jakie pojawiły się w polskich mediach od dawna. I nie jest wcale tak, że większą merytoryczność zagwarantowała tej wymianie lewicowość obu adwersarzy, czyli ich względna przynajmniej bliskość ideowa. Jak niemerytorycznie mogą wyglądać spory ludzi formalnie sobie ideowo bliskich, uczą nas choćby wojny Pawła Lisickiego i braci Karnowskich o podział prawicowego tortu medialnego i reklamowego (o ile finansowanie przez SKOK-i można nazwać „reklamą”). Także odbywająca się wcześniej na łamach Krytyki Politycznej polemika pomiędzy Janem Sową i Maciejem Gdulą nie była – moim zdaniem raczej z winy Sowy, ale jako autor KP mogę być tu stronniczy – jakimś wzorcowym przykładem merytorycznej wymiany argumentów. Pomimo tego, że obaj uczestnicy tej nieekwiwalentnej moim zdaniem wymiany są lewicowcami.

Tym razem poznaliśmy jednak najlepsze argumenty (a także najsilniejsze emocje) lewicy bardziej radykalnej (Majmurek) i bardziej reformistycznej (Sutowski). Znów nie jestem obiektywnym odbiorcą ani tym bardziej arbitrem tej wymiany, ponieważ i w tym sporze czuję się stroną – tą bardziej reformistyczną. Bardziej nawet reformistyczną niż strona Sutowskiego, bo nie pomiędzy Michałem Sutowskim i Jakubem Majmurkiem się w tym sporze lokuję, ale – o zgrozo – pomiędzy Michałem Sutowskim i Donaldem Tuskiem. I to tym najstraszliwszym Donaldem Tuskiem z jego niedawnego wywiadu dla europejskiej prasy, kojarzącym się już wielu po prawej i po lewej stronie z granatowym policjantem albo folksdojczem pracującym dla Merkel.

Tymczasem dla mnie niedawny wywiad Donalda Tuska jest jedynie konsekwentną kontynuacją jego metody politycznej, którą poznaliśmy, kiedy był on jeszcze najdłużej urzędującym premierem III RP (więc i czasu mieliśmy sporo, by ją poznać). Metody politycznej będącej mieszanką anestezjologii, obrony status quo, „ciepłej wody z kranu”, a wreszcie autentycznie przez Tuska wyznawanej wizji polskiego państwa jako przede wszystkim strażnika pokoju społecznego w epoce gwałtownych przemian, których kierunek, a nawet intensywność, nie od tego państwa zależą.

Wydaje się, że Unia Europejska ma nieco większy niż polskie państwo potencjał do regulowania rynkowej globalizacji.

Donald Tusk jest jednak w ocenie siły dzisiejszej UE równie ostrożny, jak wcześniej w ocenie siły III RP (oczywiście V RP będzie bez porównania silniejsza, Andrzej Duda właśnie to obiecał). Chciałbym, aby Tusk się mylił, ale wraz z narastaniem konfliktu pomiędzy Unią a siłami rynkowej globalizacji, prawicowym i lewicowym populizmem, Putinem (czasami atakującymi Unię z różnych kierunków, a czasami uderzającymi wspólnie) zastanawiam się, czy dzisiejsza metoda polityczna Tuska w Brukseli to późnoweimarski pesymizm czy późnoweimarski realizm. Ja sam krytykowałem tę nieco zbyt anestezjologiczną metodę polityczną Tuska tak długo, jak długo nie pojawiali się krytykujący ją Jarosław Kaczyński, krytykujący ją Episkopat, krytykujący ją Jarosław Gowin czy krytykujący ją Jan Sowa. Wtedy z kolei ja przestawałem Tuska krytykować i zaczynałem go bronić. Czasem nawet równie żarliwie, jak go krytykowałem, kiedy miałem okazję krytykować go wspólnie z Aleksandrem Smolarem, Agnieszką Holland, Januszem Palikotem, Wandą Nowicką, Magdaleną Środą itp.

Czyniłem tak, ponieważ już nawet o wiele sympatyczniejsze od szympansów małpy bonobo (tylko ludzie podli i mało subtelni mogli nazwać ten gatunek „szympansem karłowatym”) odkryły, że ten sam odgłos może nabierać różnego znaczenia w różnych sytuacyjnych kontekstach. Dlatego uczeni słusznie uważają, że kontekstualne małpy bonobo są bliżej człowieka (bliżej ludzi rozumiejących wagę kontekstu) niż niekontekstualne szympanse (one z kolei są bliżej tych ludzi, którzy zawsze wybierają „pieprzącą kontekst” perspektywę i politykę „tożsamościową”, a dokładniej, zawsze wybierają nienegocjowaną perspektywę tożsamości własnej).

Wracając jednak „z bardzo dalekiej podróży” (cyt. za polscy komentatorzy piłkarscy) do polemiki pomiędzy Majmurkiem i Sutowskim: ponieważ w tym sporze, mimo wszystkich zastrzeżeń, i tak jestem po stronie Sutowskiego, zamiast podstawiać moją zachowawczą żabią łapkę, kiedy wykuwają się dwa poważne intelektualne stanowiska lewicy, po oddaniu sprawiedliwości merytoryczności tej polemiki chciałem pod jej pretekstem nieco sobie podywagować na poziomie meta. A konkretnie chciałem podywagować sobie wokół przywołanej już przeze mnie w poprzednim felietonie Heglowskiej kategorii „chytrości rozumu” (chytrości dobrego „ducha świata” itp.). W tym bowiem kontekście oczywiście wcale nie wiadomo, czy to nie radykalizm roszczeń wobec UE jest dla UE bardziej wartościowy. Czyli pozycja Majmurka, który i tak nie jest skrajnym radykałem tej pozycji, bo skrajnymi radykałami są tu na przykład Nigel Farage, Jan Sowa, który Farage’a zaczął jednoznacznie wychwalać za zdemaskowanie „niedemokratycznej i pasożytniczej natury instytucji unijnych” (tekst Schadenfreude albo koniec pewnego złudzenia na praktykateoretyczna.pl), Warufakis, Zdzisław Krasnodębski, który parę miesięcy temu uważał SYRIZĘ i Warufakisa za piątą kolumnę Putina, a dziś wychwala ich za odwołanie się do antyniemieckiej polityki historycznej i wprowadzenie do sporu o greckie zadłużenie i greckie reformy rozwalającego UE argumentu z reparacji wojennych.

Być może każdy rodzaj tego prawacko-lewackiego dowalania Unii ma wartość w perspektywie Heglowskiej „chytrości rozumu”.

Na tej mianowicie zasadzie, że „my zgłaszamy nasze nieobrobione roszczenia, choćby i sprzeczne, choćby i najbardziej nierealistyczne, biorąc pod uwagę to, co wiemy o Unii i jej dzisiejszym potencjale, może i niektórzy z nas zgłaszają te sprzeczne i nierealistyczne roszczenia tylko po to, żeby Unię rozwalić”. Ale jeśli to wszystko Unii nie zabije, na pewno ją wzmocni, bowiem wszystkie te najbardziej nawet sprzeczne, radykalne i nieobrobione roszczenia są wyrazem „chytrości rozumu”.

Problemem dla mnie (i dla świata całego) pozostaje jednak Heglowska pułapka niefalsyfikowalności. Nie pozwala ona rozstrzygnąć, czy nieskoordynowane i maksymalnie radykalne (jak tylko da się pomyśleć) roszczenia Farage’a, Krasnodębskiego, Sowy, SYRIZY, Frontu Narodowego, Die Linke, Fideszu, Jobbiku… (mało sobie cenię tezę, że jeśli w jakimś kraju nie pojawi się lewicowy populizm, zastąpi go tam populizm prawicowy, gdyż pomiędzy oboma typami populizmu nie widzę żadnej interesującej różnicy) pomogą Unii Europejskiej się zreformować, przeżyć i wzmocnić, czy też ją zabiją. Tak samo zresztą niefalsyfikowalna jest moja osobista męka, żeby wszystko uspójnić, żeby nie wypowiedzieć nawet jednego roszczeniowego zdania za dużo, które nie dałoby się wpasować w wielką narrację wyobrażonego (a w mojej wersji bardzo przecież idiosynkratycznego) Rozumu. Radykalne roszczenia, nacjonalistyczne „polityki historyczne”, niewczesne (a raczej zbyt późne i dziwnie naiwne) odkrycia, że „Unia Europejska cierpi na deficyt demokracji” (każda istniejąca realnie instytucja cierpi na ten deficyt, tylko instytucje reprezentujące w sposób bezpośredni „wolę ludu” na deficyt demokracji nie cierpią, bo zazwyczaj szybko w ogóle przestają być demokratyczne), wszystkie te formułowane przeciwko Unii ze wszystkich stron radykalne roszczenia mogą oczywiście stanowić instrumenty „chytrości rozumu” i Unię ocalić. Wymuszając na niej siłę, której dzisiaj nie ma. Ale mogą też Unię rozwalić.

Z kolei moja względna i pełna zastrzeżeń, ale jednak obrona późnoweimarskiego status quo może Unię ocalić przed tymi roszczeniami, których ani ta, ani żadna inna realnie istniejąca instytucja nie byłaby w stanie zaspokoić, ale może też utrwalić jej późnoweimarskie słabości i rozwalić ją w ten zupełnie przeze mnie, a nawet przez Tuska niezamierzony sposób. Ponieważ nie wiemy (ja i Tusk, nad którym mogę sobie teraz, jako autor tekstu, trochę popanować), które stanowisko jest słuszne, pozostajemy więźniami aporii, wobec której nasz wybór (polityczny, filozoficzny, życiowy) jest determinowany w ogromnym stopniu przez nasz styl, czyli charakter (parafraza za złośliwcem Nietzsche, który w tym akurat miejscu trafia w punkt). Mój neurotyczny styl/charakter sprawia, że najbardziej w świecie nie znoszę tożsamościowych roszczeniowców, uczestników „libidinalnego karnawału” (cyt. za ABR). Nie to, żebym za libidinalnym karnawałem tak w ogóle nie tęsknił, ale polityka wydaje mi się akurat najgorszym miejscem do zaspokajania naszego zawsze nie dość dojrzałego libido. Nawet kiedy robimy to w miłości, czasem cierpią inni. A kiedy robimy to w polityce, zawsze cierpi wielu innych. Zdecydowanie zbyt wielu.

Ja zatem – obojętnie, po prawej czy po lewej stronie mopsożelaznego piecyka – pozostaję (próbuję pozostać, choćby jako hipokryta) wierny heraklitejskiej maksymie: „wszyscy, którzy czuwają, mają jeden i wspólny świat, a każdy, kto zasypia, odwraca się ku własnemu” (nie jest to bynajmniej pochwała poobiedniej drzemki, w trakcie której nasz organizm wytarza najbardziej radykalne roszczenia z rozmaitych perspektyw „tożsamościowych”, choćby jako skutek uboczny procesu trawienia ciężkich pokarmów – parafraza ponownie za Nietzschem). Ta heraklitejska maksyma jest wezwaniem do maksymalnej możliwej samorepresji w polityce, maksymalnej możliwej odpowiedzialności za „całość”, a także pewnej niechęci wobec wszystkich wesołych i wściekłych „tożsamościowych” roszczeniowców. Zatem to mój neurotyczny styl/charakter podpowiada mi, że jeśli roszczenia Farage’a/Sowy i Krasnodębskiego/Warufakisa rozwalą Unię, zamiast ją wzmocnić, peryferie (tu chyba łamię własną obietnicę i jawnie wspieram Sutowskiego w jego polemice z Majmurkiem), postawione wobec globalizacji bez osłony nawet tych dzisiejszych, pogrążonych w letargu status quo, jednoczących instytucji unijnych, zostaną wydrążone i rozszarpane przez globalny rynek na poziomie ekonomicznym, a zatem także i społecznym. A w dodatku rozmaite „lokalne tradycje” (pseudoreligie „zemsty Boga”, nacjonalizmy, „polityki historyczne”, rasizm, mizoginia, cały katalog innych fobii i resentymentów) zniszczą te peryferie na poziomie kulturowym, a zatem także i społecznym.

Dlatego najbardziej radykalna teza Jana Sowy z jego przywołanego wcześniej przeze mnie tekstu, głosząca, że lepsza już rynkowa globalizacja niż te pieprzone instytucje unijne, bo „jak przekonywał Marks w Krytyce heglowskiej filozofii prawa, sprzeczność ujawniona jest lepsza niż sprzeczność zamaskowana” (przyznaję, po leninowsku błyskotliwe użycie cytatu, w gruncie rzeczy ukrywające jednak prostą maksymę: „im gorzej, tym lepiej”, która nie jest mi bliska ani rozumowo, ani charakterologicznie), jest falsyfikowalna i może być uznana za całkowicie fałszywą.

Także polska prawica dostarcza falsyfikującej procedury, która pozwala mi „udowodnić” (oczywiście jeśli do „obiektywnej” procedury falsyfikacji dodam odrobinę osobistej neurozy), że w swojej niechęci do Unii się myli. Buduje mianowicie dla naszej obecności w Unii „alternatywę” (w radykalniejszych wersjach – dla naszej obecności Unii w ogóle, w bardziej hipokrytycznych – dla naszej obecności w Unii silniejszej, bardziej zintegrowanej, mogącej być czymś więcej niż tylko świnką skarbonką „Polski wstającej z kolan”). Ma być tą „alternatywą” pełnienie przez Polskę roli najemnika Stanów Zjednoczonych, oczywiście tylko rządzonych przez republikanów, i to tych z Tea Party, bo każda inna władza w Waszyngtonie oznacza, jak już wiemy od jednego z posłów PiS, „koniec cywilizacji białego człowieka”.

Jeśli rozwalimy Unię lub choćby znacznie ją osłabimy, USA uczynią nas swoim lotniskowcem w Europie Środkowo-Wschodniej. Jest to doktryna Waszczykowskiego, Legutki, Wildsteinów seniora i juniora, to będzie prawdopodobnie także doktryna nowego prezydenta i ewentualnego przyszłego rządu Prawa i Sprawiedliwości. Tak przynajmniej obiecywali, a jak stwierdził Andrzej Duda w czasie zaprzysiężenia, on i jego obóz są „niezłomni w realizowaniu obietnic”. Jak dalece jest to doktryna żałosna, przekonuje nas przypadek wysokiej urzędniczki amerykańskiego Departamentu Stanu Victorii „Pieprzyć Unię” Nuland, która w najbardziej ryzykownych momentach Majdanu szczuła Ukraińców, między innymi skrzydlatymi słowami „pieprzyć Unię”, do rozwiązań maksymalnie radykalnych i dla nich najbardziej groźnych. Z pozoru pani Victoria zachowywała się jak najbardziej nierozgarnięci Polacy w tym samym czasie.

Sądzący, że odgrywając na Ukrainie rolę pana Wołodyjowskiego, pana Wiśniowieckiego i innych polskich panów czy panków, realizują w ten sposób „doktrynę Giedroyca” (Giedroyc, patrząc na nich z nieba, by się zwymiotował – parafraza za pewnym wierszykiem Gałczyńskiego).

Ale zachowanie Victorii „Pieprzyć Unię” Nuland było tylko z pozoru podobne do głupoty polskich panków i paniątek, którzy nawet Ogniem i mieczem przeczytali bez zrozumienia, bo szczególnie początek tej książki wcale nie jest głupi. Ostatnio bowiem, kiedy zatrudniające Victorię „Pieprzyć Unię” Nuland państwo dogadało się z Rosją w sprawie wspólnego, przyznajmy, dość skutecznego nacisku na Iran, a w zamian przyłączyło się do wspólnego z Rosją delikatnego nacisku na Kijów, ta sama ukochana przez naszych prawicowców od „lotniskowcowej alternatywy dla Unii” Victoria pojawiła się w Kijowie podczas głosowania przez ukraiński parlament decentralizacyjnej zmiany ukraińskiej konstytucji – bardzo niebezpiecznej dla przetrwania Ukrainy jako państwa, szczególnie w czasie trwania konfliktu z Rosją. I naciskała wszystkimi możliwymi sposobami (formalnymi i nieformalnymi, a „Departament Stanu” dysponuje wieloma środkami nacisku), żeby Ukraińcy tę poprawkę przegłosowali, co zresztą zrobili.

Czy polscy ochotniczy najemnicy (sprzeczność w pojęciu, aczkolwiek w Polsce taki byt występuje) – Waszczykowski, Legutko, Wildsteinowie senior i junior, Szczerski i wielu, wielu innych – zrezygnują przez to ze swojej „alternatywnej” wizji Polski jako lotniskowca USA w zamian za rozwalenie albo osłabienie Unii w ramach coraz dzisiaj bliższego (piszę to w dniu zaprzysiężenia prezydenta Dudy) „drugiego Budapesztu w Warszawie”? Przypuszczam, że wątpię, bowiem miłość, która staje się ideologią, też jest niefalsyfikowalna. Ja się cieszę z obecności Polski w NATO, chcę amerykańskich instalacji militarnych w Europie Wschodniej, szczególnie kiedy znów pojawili się w naszym regionie rosyjscy żołnierze dość swobodnie używający broni ciężkiej. Ale bez Unii (Unii silniejszej i bardziej zintegrowanej niż dzisiaj) Polakom pozostanie rola darmowych najemników Victorii „Pieprzyć Unię” Nuland. A to nie jest przyjemna rola, gdyż raz pani Victoria może nas zagrzewać do marszu na Moskwę, a kiedy indziej może nas tej Moskwie sprzedać za uśmiech Putina, przekładający się na realne wsparcie Rosji dla Ameryki w naciskach na Iran, w walce z Państwem Islamskim i w realizacji innych amerykańskich priorytetów, do których naprawdę nie należy zaspokajanie miłosnych czy bardziej wyrachowanych pasji Witolda Waszczykowskiego.

Ja już byłem takim ulicznym najemnikiem w latach 80. ubiegłego wieku i powtarzać tego nie zamierzam, tym bardziej że w latach 80. ubiegłego wieku nie miałem wyboru, a teraz mam wybór – jest nim właśnie Unia. Nawet traktat o wolnym handlu podpisany przez Unię z USA będzie Polsce zapewniał lepszą pozycję niż nasze dwustronne układy z USA podpisywane przez poprzednich i przyszłych premierów i prezydentów (patrz ostatni wywiad Piotra Burasa dla Dziennika Opinii). To tylko jeden z tysięcy drobniutkich faktów falsyfikujących tezę Jana Sowy, że wszystko jest lepsze od Unii Europejskiej, nawet pozostawienie słabych i często śmiertelnie między sobą pokłóconych peryferyjnych narodów i państw sam na sam z globalizacją. Dlatego czasem się zastanawiam, czy rzeczywiście każdy zestaw dowolnie sprzecznych, dowolnie radykalnych roszczeń pod adresem UE rzeczywiście wyraża „chytrość rozumu”. Czy też może niektóre z takich zestawów wyrażają raczej chytrość nierozumu, będącą ewidentnym dowodem działania złego ducha dziejów? (Niechcący zmanicheizowałem Hegla, podczas gdy zamierzałem jedynie nieco optymistycznie go zmechanizować).

 

**Dziennik Opinii nr 219/2015 (1003)

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!