Felieton

Referendum przeciwko Oświeceniu

andrzej-duda

Wybieram pośrednią demokrację partyjnego systemu przeciwko demokracji bezpośredniej – kreującej chaos, będącej przystankiem na drodze do tyranii.

I. Myśląc globalnie

Marzenie o demokracji bezpośredniej w naszym globalnym Weimarze nie bierze się znikąd. Za każdym razem rodzą je i wzmacniają wady tego „ustroju mieszanego” i błędy jego politycznych elit. To one powodują, że zapominamy, iż ustrój mieszany, „politeja” Arystotelesa zawierająca w sobie część zalet, ale i część wad ustroju arystokratycznego, oligarchicznego i demokratycznego, to może najgorszy z ustrojów, ale tylko wówczas, jeśli zapomnimy o wadach wszystkich pozostałych (parafraza za Winston Churchill, może i konserwatysta, ale akurat tę jego ocenę podziela znaczna część dzisiejszej socjaldemokracji). Aby uznać za najgorszy ustrój zapośredniczoną (przez instytucje i procedury) liberalną demokrację dzisiejszego Zachodu, trzeba przede wszystkim zapomnieć o wadach ustrojów, które głosząc ambicje najbardziej bezpośredniego reprezentowania woli ludu, obracają się szybko w najbardziej bezpośrednią tyranię.

Jaka jest najpoważniejsza wada ustrojowa naszego Weimaru, która obudziła Kaczyńskiego, Kukiza, Marine Le Pen, SYRIZĘ, UKiP, Jobbik itp., tak jak atomowe eksplozje na atolu Bikini przebudziły z długiego snu Godzillę i jego rozmaitych przeciwników? Przede wszystkim jest coraz więcej dowodów na to, że ekonomiczny – czyli najważniejszy w kapitalizmie – wymiar naszego życia „nie należy do nas” (załóżmy, że kiedykolwiek należał). Błędy elit politycznych? Bronisław Komorowski próbujący ścigać się na referenda z Kukizem i Kaczyńskim. I przegrywający. Do tego Sarkozy, Cameron i inni demokratyczno-liberalni jednak politycy próbujący ścigać się na populizm z Frontem Narodowym czy z UKiP-em, a teraz Marine Le Pen i Nigel Farage mijają ich na bieżni albo przynajmniej dyszą im w kark. W Polsce, w Europie, w USA mamy dziś to wszystko. Stąd licytacja na referenda pomiędzy Kukizem, Komorowskim i Dudą, stąd Donald Trump wyrażający „gniew zwykłych ludzi”, stąd siła Frontu Narodowego we Francji, stąd Cameron, który się boi Farage’a, stąd wreszcie wyborcze zwycięstwo SYRIZY, która nie miała nic do zaproponowania Grecji czy Europie.

Wiem zatem, skąd bierze się głód demokracji bezpośredniej, głód „wzięcia spraw w swoje ręce”. A jednocześnie nie mogę zapomnieć, że demokracja bezpośrednia, plebiscytarna, referendalna, nigdy w historii nie była żadnym ustrojem, była tylko odrobiną chaosu, która zawsze poprzedza tyranię.

(W tym miejscu jak zwykle przypis do eseju Nietzschego O pożytkach i szkodliwości historii dla życia, wcale zresztą nie rozstrzygającego, czyniącego raczej, dzięki swej przenikliwości, jeszcze bardziej tragicznym spór pomiędzy tymi, którzy chcą przede wszystkim pamiętać, a tymi, którzy przede wszystkim chcą żyć).

Albo ją legitymizuje. Jak referendum Putina z 2014 roku, legitymizujące rosyjską okupację Krymu, jak referendum Chaveza, które w 2009 roku pozwoliło mu zlikwidować ograniczenia własnej władzy (na przykład ograniczenie liczby kadencji). Jak wszystkie referenda Hitlera. Już nie mówiąc o błyskotliwym i złotoustym Houellebecqu z epoki Soumission, który po tym, jak osądził „niedemokratyczną Unię Europejską”, a sam przeszedł na stronę Putina i Vichy, zdefiniował swój wymarzony, naprawdę „demokratyczny” ustrój w ten sposób: „prezydent będzie mógł rządzić nawet dożywotnio, ale jego władza musi być potwierdzana w referendum, np. internetowym, choćby i codziennym”. Nie jest to furtka do demokracji bezpośredniej, ale do najbardziej bezpośredniej tyranii opartej na manipulacji emocjami ludu. Tylko bowiem tyran doskonały zdoła sobie zapewnić do końca życia „codzienne potwierdzenie swojej władzy w internetowym referendum”.

Referenda są też jednak organizowane w demokracji liberalnej, zapośredniczonej. W Polsce po roku 1989 pod referendum została poddana nowa konstytucja, a także decyzja o naszym członkostwie w Unii Europejskiej. W obu tych referendach pod ocenę obywateli poddano jednak dokumenty czy rozstrzygnięcia będące owocem długiej, żmudnej pracy ekspertów, prawników, dyplomatów i polityków. Nawet zatem w tym fundamentalnym akcie odwołania się do woli ludu, kompetencje ekspertów i elit uzupełniały wolę większości. Czyni to demokrację liberalną mądrzejszym i bardziej bezpiecznym ustrojem od demokracji bezpośredniej, plebiscytarnej, która zawsze, prędzej czy później, obraca się w populistyczną tyranię. „Wola ludu”, przepuszczona przez skomplikowaną maszynerię ustroju mieszanego, „staje się rozumna”. Już dziś, a nie dopiero wówczas, gdy się młody Hegel „rozumności ludu” u kresu historii doczeka, po drodze będąc zmuszonym („patrz Hegel na nas z nieba”, parafraza za pewną polską pieśnią patriotyczną pięknie sparodiowaną przez K. I. Gałczyńskiego) do obserwowania kolejnych kataklizmów spowodowanych przez chytrość nierozumu, działającą także w historii.

Ja zatem, zamiast potężniejącego w dzisiejszej Europie w sposób nieunikniony marzenia o demokracji bezpośredniej, wolę demokrację liberalną, pośrednią, ustrój mieszany dzisiejszej UE i składających się na nią państw. Wolę to zapośredniczenie „woli ludu” także w najbardziej dziś podstawowej dla Unii kwestii – w sprawie imigrantów. Zamiast referendum (potopić, rozstrzelać, wyjść z Schengen czy zbudować mur?) wolę słabiutkie próby Unii Europejskiej, żeby sobie z tym wszystkim poradzić.

Żaden ze mnie Banksy z jego efektownymi figurami roszczeń wizualizowanych w parodii unijnego sztandaru z utopionymi imigrantami zamiast gwiazd.

Ja raczej kibicuję Unii w jej nierównej walce, w nierównej walce instytucji politycznych stworzonych przez człowieka z „naturą” demografii, a także z koalicją partykularnych i zrenaturalizowanych ideologii i religii „zemsty Boga”.

Z perspektywą kolejnego miliarda mieszkańców Afryki i kolejnego miliarda mieszkańców Azji w ciągu paru dekad, przy nawoływaniu Kościoła Jana Pawła II (bo to wciąż bardziej jego Kościół niż Kościół Franciszka, nie tylko w Polsce): „żadnej kontroli urodzeń!”. Nie tylko żadnej aborcji (co bym jeszcze rozumiał i nie miałbym na to łatwej odpowiedzi, nawet jeśli jakąś bym miał), ale żadnej antykoncepcji, żadnej prezerwatywy dla „naszych nowych milusińskich z Afryki i Azji, którymi zastąpimy ateizujące się worki skórno-mięśniowe z liberalnego Zachodu”. Już nie katolicki, już nie chrześcijański, ale Kościół zwulgaryzowanego religijnego darwinizmu sprawdzający co rano w swoich zelektryfikowanych księgach, „czy naszego katolickiego gatunku przybyło czy ubyło, czy przybyło wrogiego gatunku protestanckiego, islamskiego, buddyjskiego, hinduistycznego czy – o zgrozo – ateistycznego”. A tuż obok islamski fundamentalizm mówi mniej więcej to samo swoim milusińskim. W Polsce przechodzi to w jeszcze prostszy i bardziej tępy rasizm, bo w zelektryfikowanych księgach swojego ludzkiego ZOO arcybiskup Hoser widzi „coraz mniej białych katolików”, a towarzyszą mu w rasistowskich lamentach Lisicki, Zdort, Sasin i cały legion samozwańczych hodowców ludzi. To wszystko nie robi żadnego sensu powszechnego („katolicki, czyli powszechny”, koń by się uśmiał), ale w swoich partykularyzmach czuje się doskonale.

Dygresja, czyli bajka o skandynawskim modelu

Opowiem wam teraz bajeczkę o skandynawskim modelu. Byli sobie wikingowie zamieniający się powoli w chłopów, a później, jeszcze wolniej, w robotników i mieszczan. Żyli sobie w najdalszym, północnym zadupiu świata i Europy, z którego – ale to było dawniej – czasem wypływali, żeby ten świat i tę Europę podbijać. Później jednak zamknęli się, otorbili i zaczęli budować – dla siebie wyłącznie, dla swych małych, zamkniętych chłopskich wspólnot – fantastyczny system redystrybucyjny. W tych baśniowych skandynawskich krajach – powtórzmy, leżących na odizolowanym zadupiu świata – rządziła dosyć często socjaldemokracja, ale jak władzę zdobywała umiarkowana prawica, też w tym sprawiedliwym systemie nie zmieniała wiele, bo był to system sprawiedliwy dla Swoich. Norwegia np. nie przystąpiła do UE, bo nie chciała topić tego, co tylko dla Swoich, w ogólnym kotle Nieswoich. Szwecja nie wzięła udziału w II wojnie światowej (czasem sprzedała jakąś stal na czołgi Hitlerowi, czasem aliantom, ale bez przesady), bo nie chciała w imię interesów jakichś Nieswoich ryzykować bogactwa i bezpieczeństwa zarezerwowanego dla Swoich.

W końcu jednak do tego skandynawskiego zadupia, do tego świata baśni, którą lewicowcy całego świata opowiadają sobie na dobranoc (szczególnie w epokach, kiedy rzeczywiście dla lewicy zapada głęboka noc), dotarły pierwsze setki, później tysiące, wreszcie setki tysięcy (z perspektywą milionów) Nieswoich, czyli imigrantów. Kiedy tym Nieswoim próbowano w ramach systemu stworzonego dla Swoich dawać to, co zawsze miało trafiać wyłącznie albo głównie do Swoich (mieszkania, zasiłki, redystrybucję), wówczas w tym baśniowym skandynawskim świecie wyrosły nagle potężne populistyczne partie głoszące nienawiść do Nieswoich, którzy zabierają Swoim to, co tylko do nich powinno należeć.

W Danii taka partia już od lat bierze udział w rządzeniu państwem, nieoficjalnie albo oficjalnie. Jest to zresztą partia bardzo redystrybucyjna. Z jednym tylko zastrzeżeniem: żeby ta redystrybucja i te przywileje socjalne były zarezerwowane wyłącznie dla Swoich. W Finlandii analogiczna partia też już bierze udział w rządzeniu, w Szwecji wyrasta na jedną z najsilniejszych partii, w Norwegii wyrasta… itp. itd.

I to już koniec bajeczki o skandynawskim modelu, który faktycznie był, a nawet jeszcze jest, redystrybucyjny. Ale zamknięte skandynawskie społeczeństwa prawie jednogłośnie zgadzały się na tę redystrybucję tylko tak długo, jak długo była ona przeznaczona dla Swoich. Gdy pojawili się masowo Nieswoi, szlag trafił bajeczkę.

Koniec dygresji.

Nie piszę o tym wszystkim z satysfakcją, jak Cejrowski, Ziemkiewicz czy Korwin, jak Lisicki czy Zdort. Piszę o tym, żeby przypomnieć, iż żadna wspólnota – nawet najbardziej „skandynawska”, socjaldemokratyczna, redystrybucyjna – nie wytrzyma zbyt gwałtownego skoku imigracji. Dlatego, jeśli nie chcemy mieć świata Zdorta, Lisickiego i Sasina, to powinniśmy uszanować i wesprzeć słabo-silną „weimarską” walkę Unii Europejskiej o zapanowanie nad wielkim populacyjnym ruchem, który się być może dopiero nieśmiało zaczyna. Tę walkę Unia podjęła w trzech uzupełniających się obszarach: próba zapanowania nad liczbą imigrantów dostających się do UE, próba rozprowadzenia i integracji tych imigrantów, którzy już znaleźli się w środku, a wreszcie próba ekonomicznego i politycznego ustabilizowania różnych miejsc w Afryce i Azji, z których strumień ludzi w stronę Unii wyrusza.

Wiem, jak bardzo te wszystkie próby są żałosne, drobniutkie, jak obfitują w głośne klęski i ciche zwycięstwa, jak wiele w nich hipokryzji. I jak słusznie wyglądają szyderstwa antyunijnej lewicy i prawicy, Cejrowskiego i Banksy’ego, na temat tych żałosnych wysiłków unijnego Weimaru. Ale ja nie daję sobie prawa do szyderstwa à la Banksy na temat Unii pracującej dziś nad strategią przyjęcia 250 tysięcy imigrantów, ponieważ w moim kraju nawet Ewa Kopacz nieśmiało, niekonsekwentnie i pod rozmaitymi naciskami akceptująca przyjęcie 2, a może 3 tysięcy imigrantów, zostaje zakrzyczana i zmiażdżona przez prawicę idącą do władzy – w polityce, w mediach – i której to prawicy ja nie potrafię zablokować drogi.

Jedyną alternatywą dla tej słabo-silnej unijnej strategii jest piekło, wobec którego nasi wrażliwcy też umyją rączki. Jedyną alternatywą jest zniszczenie Unii, jej modelu politycznego i społecznego, co w niczym nie pomoże także imigrantom.

Zniszczenie Unii to bowiem będą faszystowskie dyktatury (przecież nie lewicowe, przecież w tej atmosferze lewica przegra każde „referendum w sprawie imigrantów”, chyba że sama stanie się nacjonalbolszewicka, co jednak imigrantom czy wszelkim obcym w niczym nie pomoże). Alternatywą dla Unii będzie swobodna przemoc legitymizowana przez coraz częstsze referenda i plebiscyty. Pozwalające coraz bardziej przerażonym i coraz skuteczniej manipulowanym przez „przyjaciół ludu” większościom pozbawiać tę czy inną mniejszość zupełnie podstawowych praw.

II. Wybierając lokalnie

Także w Polsce wybieram pośrednią demokrację partyjnego systemu przeciwko demokracji bezpośredniej – plebiscytarnej, referendalnej, kreującej chaos będący zawsze tylko krótkim przystankiem na drodze do tej czy innej tyranii. A w obrębie demokracji pośredniej, demokracji istniejącego partyjnego systemu, wybieram minimalizację strat, które już przyniosła prezydentura Andrzeja Dudy – oznaczająca dalsze wzmocnienie się w Polsce PiS-u i prawicy jeszcze bardziej od PiS radykalnej. A wpadnięcie całej władzy państwowej w ręce tej prawicy straty zmaksymalizuje jeszcze bardziej.

To nawet z mojej strony nie wybór, to bardzo słabiutka nadzieja na klęskę Kukiza i osamotnienie zwycięskiego PiS, które nie zdoła zebrać większości absolutnej do stworzenia rządu.

To zatem bardzo słabiutka nadzieja na odwrotną koalicję PO-Zjednoczona Lewica-PSL. Taka koalicja byłaby nawet lepsza niż ośmioletnia władza zastygającej w swojej „antypisowości” i anestezji PO.

Byłaby lepsza, mogłaby zrobić więcej, gdyby nie to, że PiS już ma prezydenta, a Duda będzie wszelkie bardziej postępowe ustawy takiej koalicji wetował. Jego zaplecze to prawica i Kościół, więc będzie oczekiwania swojego zaplecza realizował. Oczywiście można tę moją słabiutką nadzieję nazwać kroplówką podstawioną zombie, ale ja – w przeciwieństwie do Jakuba Majmurka, który ten obraz, istotnie nie pozbawiony elementów prawdziwych, przedstawił – w naszym politycznym pejzażu żadnego doskonale wyćwiczonego i wszechstronnie żywego Brada Pitta nie widzę.

Taka odwrotna koalicja byłaby bliższa (od koalicji obecnej, a tym bardziej od pełnej władzy dla PiS) mojej ukochanej „Irlandii” (nie kraj, ale marzenie, dlatego w cudzysłowie) z jej rządzącą koalicją chadeków i socjalistów. W przypadku takiej odwróconej koalicji – jeśli PiS nie zbierze większości i Kaczyńskiemu króliczek władzy ucieknie po raz ostatni i rozstrzygający – bliżej będzie także do „waszej premier Kopacz” i „naszej wicepremier Nowackiej”. Nawet jeśli otoczonych wicepremierami Piechocińskim, Millerem i Palikotem (gdyby się wicepremierzy musieli w tym koalicyjnym rządzie rozmnożyć). Albo z Palikotem w jakimś sensownym ministerstwie, żeby tam pokazał, jak się „buduje fabryki”, a nie pozostał już na zawsze człowiekiem z politycznymi ambicjami, skazanym przez Polskę na odgrywanie groteskowej funkcji happenera. Rząd koalicyjny z Zielonymi w Ministerstwie Ochrony Środowiska. Niech się uczą władzy, a nie pozostają na wieki w piekle bez odpowiedzialności, z którego przez całą wieczność dochodzą jedynie najradykalniejsze roszczenia dusz potępionych.

Oczywiście taka odwrotna koalicja byłaby ryzykiem dla wszystkich. Bluzgi na nią dochodziłyby ze strony prawicy wszelkich odcieni (a jak Giertych by szalał) i ze strony „prawdziwej lewicy”. Ale dla mnie to jest ostatnia nadzieja, jaką dziś wiążę z demokracją liberalną, z ustrojem mieszanym w Polsce. Poza tym jest już tylko „opowieść idioty”, referendalny chaos, z którego prędzej czy później wylezie „żelazna stopa” (cyt. za Jack London) prawicy, żeby wszystko zdeptać. Wszystko, co jest mi bliskie: resztki Oświecenia, resztki świeckości, nawet resztki sprawiedliwości w tym kraju, bo przypominam tej części lewicy, która kocha wyłącznie własne złudzenia, że Jarosław Kaczyński u władzy zlikwidował 40-procentowy podatek dla najbogatszych i obniżył składki od wynagrodzeń, co było ciosem wibrującej pięści w polski system ubezpieczeń społecznych. On nawet związkowcami posługuje się wyłącznie do zdobywania władzy, a nie do rządzenia, bo zbyt nimi gardzi. Ale komu ja to powtarzam? Tym, którzy wierzą w życie bez pamięci? Czy samemu sobie, który zbyt często wybierał pamięć przeciw życiu?

 

**Dziennik Opinii nr 246/2015 (1030)

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej

Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.