Felieton

Proza zdziczenia

Jeśli Zjednoczonej Lewicy uda się nas wyciągnąć z politycznego bagna choćby o milimetr, będzie to sukces graniczący z cudem.

Ciekawszy od kampanijnych strategii PiS, PO i Zjednoczonej Lewicy jest język, jaki te propozycje otacza; ciekawsza jest też hegemonia, do jakiej te strategie próbują się dostosować lub w jakiej próbują choćby przeżyć. Po dłuższej przerwie (wydłużanej przeze mnie samego, jak tylko się dało) znów miałem okazję uczestniczyć w paru medialnych dyskusjach z udziałem nas – publicystów politycznych, analityków polskiej polityki itp. Te kilka miesięcy przerwy pozwoliło mi dostrzec dalsze przesuwanie się języka polskiej sfery publicznej w jedną stronę. Jaka to strona?

Otóż w jednym z licznych telewizyjnych i radiowych programów porównujących kampanijne obietnice PiS i PO powtórzyłem swoją dość banalną teorię (musicie się drodzy milusińscy przyzwyczaić do tego, że my, publicyści polityczni, to nie jakiś Hegel czy Bernhard, dlatego czasem naszą jedyną szansą na „stanie się rozumnymi” jest choćby cytowanie powyższych), że lepiej jest porównywać realną strategię sprawowania władzy przez różne polityczne obozy niż ich obietnice wyborcze. Liderzy partyjni traktują bowiem wieczór wyborczy, szczególnie, kiedy jest to ich zwycięski wieczór i oznacza przejęcie przez nich władzy, jako wielki reset własnych kampanijnych obietnic.

Tusk u władzy zresetował (w stronę gorzkiego i zbyt nieraz pasywnego „politycznego realizmu”) neoliberalny populizm kampanii wyborczej Platformy z 2007 roku (niższe podatki, tanie państwo, JOW-y), który pozwolił mu wówczas odsunąć od władzy Kaczyńskiego. Miller u władzy zresetował populistyczny język, jakim on sam w kampanii 2001 roku skutecznie dobijał AWS („Polacy umierający po śmietnikach z głodu i zimna”) i wybrał polską wersję „trzeciej drogi”, co w moich akurat ustach nie jest wobec niego zarzutem.

Z kolei Jarosław Kaczyński w 2005 roku dwa razy ograł Tuska hasłem „Polski solidarnej”, która pod władzą PiS skończy wreszcie ze straszliwymi patologiami „Polski liberalnej”.

W dodatku w czasie obu ówczesnych kampanii PiS-u, prezydenckiej i parlamentarnej, podobnie jak dzisiaj, liderzy związkowi NSZZ „Solidarność” skakali wokół braci Kaczyńskich jak tresowane pieski, mając nadzieję tyleż na realizację przynajmniej części postulatów związkowych, ile na własny udział w nowej, prawicowo-populistycznej władzy.

Po zwycięstwie PiS-u i Lecha Kaczyńskiego, Jarosław Kaczyński przeprowadził jednak radykalny reset swoich wyborczych obietnic. „Polskę solidarną” realizowała przetransferowana z Platformy (znajdująca się już wcześniej w niełasce Tuska) Zyta Gilowska, która nawet w PO była neoliberalną skrzydłową. Związkowcy „Solidarności” zostali popędzeni w siną dal, a Ryszard Bugaj, który miał tworzyć „lewą nogę” PiS przy prezydencie Lechu Kaczyńskim, został zablokowany przez Marka Jurka, który nie godził się na obecność w prawicowym obozie „mordercy poczętych” (Ryszard Bugaj był kiedyś współtwórcą Unii Pracy, która domagała się liberalizacji ustawy antyaborcyjnej). Lech Kaczyński zatrudnił Bugaja w swojej kancelarii dopiero dużo później, kiedy Marek Jurek został już przez Jarosława chwilowo przepędzony, ale żadnej lewej nogi to PiS-owi nie dodało, bo po pierwsze Lech Kaczyński żadnych politycznych członków hodować nie umiał w ogóle, a po drugie PiS nie miało już władzy po przegranych przez Jarosława Kaczyńskiego przedterminowych wyborach parlamentarnych.

Kiedy zatem – skracając nieco powyższy wywód – powiedziałem, że Jarosław Kaczyński po wyborczym zwycięstwie zresetował swoje obietnice socjalne i solidarystyczne, tak jak to może uczynić i teraz, a elektorat socjalny utrzymał przy sobie wyłącznie „wojną z układem” (czyli atakami na wskazane przez siebie jednostki i środowiska społeczne, bo nienawiść zawsze łatwiej jest produkować i redystrybuować niż chleb). W odpowiedzi na to siedzący obok mnie, młodszy ode mnie dziennikarz jednego z ciekawszych portali analizujących polską politykę powiedział, że przesadzam z tym nierealizowaniem obietnic socjalnych i solidarystycznych, „bo jednak Jarosław Kaczyński obniżył podatki”.

W pierwszej chwili zabulgotało mi w mózgu, pomyślałem, że mam do czynienia z wyjątkowo złośliwym PR-owcem PiS-u albo z jakimś Korwinowym czy Kukizowym pajacem. Zanim jednak Zielony Hulk zdążył poszarpać na mnie koszulę i ruszyć (z moją nieco tylko zdeformowaną i pozieleniałą twarzą na głowie) do demolowania studia, popatrzyłem przez chwilę w łagodne oczy mojego współrozmówcy i zrozumiałem, że on nie jest jakimś cynicznym PR-owcem PiS-u, może nawet nie jest idiotą, ale po prostu myśli i mówi językiem neoliberalnej hegemonii. Tak, jak Pan Jourdain mówił prozą, nawet o tym nie wiedząc. I ponieważ sam uważa się już pewnie za jednego z najbogatszych Polaków in spe (choć w rzeczywistości, napędzany tą nadzieją, może do śmierci pracować na „umowę o dzieło”), zatem likwidacja przez Kaczyńskiego 40-procentowej stawki podatkowej dla najbogatszych wydaje mu się „zrealizowaniem obietnicy socjalnej i solidarystycznej”.

Inny przykład pochodzi od dziennikarza pewnej dużej stacji telewizyjnej, który relacjonując z kolei wyborczą konwencję Platformy solennie tłumaczył widzom swojej telewizji, że „składki na ZUS i NFZ spoczywają dziś na barkach polskich pracowników i polskich przedsiębiorców, a propozycja PO ma doprowadzić do tego, aby na swoje barki przejęło je państwo”. Jakby państwo brało się znikąd, a jego barki istniały sobie niezależnie od barków pracowników i pracodawców płacących podatki i składki na opiekę zdrowotną czy emeryturę („jeden drugiego ciężary noście” i tym podobne kawałki starego JP2, które spłynęły po Jarosławie Gowinie i innych thatcherystach polskiej prawicy jak woda po kaczce, razem z całym chrześcijaństwem).

Ja naprawdę nie twierdzę, że dwaj zacytowani przeze mnie 30-latkowie są idiotami.

Sądzę raczej, że obaj są symptomem totalnie przegranej przez lewicę (ale też przez propaństwowych konserwatystów, przez jakkolwiek odpowiedzialnych za społeczeństwo i państwo liberałów) wojny o zawartość umysłów młodego pokolenia.

Wojny przegranej przez nas wszystkich z neoliberalną i kompletnie zdziczałą internetową prawicą, której udało się trwale rozerwać w umysłach tych 30-latków jakikolwiek związek pomiędzy „płaconymi przez nas daninami, które powinny być już nawet nie mniejsze, ale wręcz żadne” i siłą oraz jakością funkcjonowania „obcego państwa”. „Obcego” z różnych powodów, bo „tuskowe”, bo „kacze”, bo „socjalistyczne”, bo „za mało katolickie”, bo „katolickie za bardzo” (jest i prawica libertariańska, miotająca się pomiędzy Palikotem, Korwinem, Kukizem). Oczywiście nie bez wpływu na ten trend absolutnego zdziczenia były populistyczne zagrania PO i PiS w trakcie całej trwającej już 10 lat zimnej wojny domowej obu ugrupowań, będącej ich strategią zawłaszczania całej sceny politycznej. Niemniej znaleźliśmy się w bagnie. I jeśli Zjednoczonej Lewicy (albo każdemu innemu podmiotowi politycznemu i metapolitycznemu w Polsce, lewicowemu, konserwatywnemu, liberalnemu) uda się nas z tego bagna wyciągnąć choćby o milimetr, będzie to sukces graniczący z cudem.

A poza tym są już tylko strategie wyborcze PiS i PO. PiS wybrało „konkrety”: 500 złotych na dziecko, 40 złotych dzięki uldze podatkowej… Ta „konkretność” (nie mająca żadnego związku z bilansowaniem konkretnego budżetu, konkretnych wpływów i konkretnych wydatków państwa, ale podporządkowana wyłącznie konkretnemu apetytowi na władzę) zapewnia kampanii wyborczej PiS skuteczność wielu kampanii samorządowych prowadzonych często na dole, w oparciu o zasadę „głos za flaszkę”. Głos jest „konkretny” i „konkretna” jest flaszka. Choć czasem, po wyborczym zwycięstwie, flaszek może zabraknąć.

PO nie przystąpiło do licytacji z PiS-em pod hasłem „głos za dwie flaszki” (byłoby posądzone o chytre trzymanie tej obfitości flaszek w piwnicy przez 8 lat swoich rządów). Wybrało prezentację gigantycznego programu zmiany ustrojowej – w obszarze umów o pracę, w obszarze systemu składek i podatków. Moim zdaniem jest to program ciekawy, nawet z elementami ostrożnej redystrybucji tak rzadkimi i tak samobójczymi w sytuacji opisanej już przez mnie hegemonii „neoliberalnej prozy”, szczególnie w umysłach ludzi młodych w tym kraju. Jest to też program bez porównania ciekawszy, niż „antymoherowy” program neoliberalnego populizmu i społecznej dystynkcji, dzięki któremu Platforma wygrała z PiS-em w 2007 roku. Ale ciekawszy nie znaczy skuteczniejszy. Znam liberalną młodzież koło pięćdziesiątki, która w 2007 roku na tamten prosty antymoherowy populizm głosowała chętnie, a dziś program Janusza Lewandowskiego ją „rozczarowuje” i „jest niezrozumiały” (Ryszard Petru jest prostszy, jak i prostszy jest lobbystyczny impuls najsilniejszego polskiego biznesu chcącego wreszcie mieć własną partię).

Nawet jeśli nie w roku 2007, Donald Tusk powinien był jednak ten dzisiejszy projekt Platformy Obywatelskiej mieć gotowy i przedstawić 4 lata temu, dwa lata temu. Cały czas miał do dyspozycji jego autorów, których jednak nie używał.

Tymczasem przedstawiane obecnie pomysły Janusza Lewandowskiego na liberalną, ale jednak skokową regulację rynku pracy – w swojej spóźnionej i monumentalnej odwadze i w swojej niekonkretności cechującej wszystkie monumenty – bardziej niż programem wyborczym PO wydają się być jakimś Testamentem Polski Podziemnej, jakiejś podziemnej Polski centrowo-liberalnej, która była trzymana w głębokim podziemiu także przez 8 lat rządów Platformy. Ja wolę ten „Testament liberalnej Polski Podziemnej” od strategii „głos za flaszkę”, ale wiem doskonale, że ten testament, ujawniony pomiędzy przegranymi przez PO wyborami prezydenckimi a wyborami parlamentarnymi, które Platforma też najprawdopodobniej przegra, nie może już tej porażki odwrócić.

Jeśli jednak zmniejszy jej rozmiary, a Zjednoczona Lewica wejdzie do Sejmu z większą liczbą posłanek i posłów i nie da się w tym Sejmie rozegrać ani Kaczyńskiemu, ani Tuskowi (mówię o liderach faktycznych, którymi w obu największych partiach pozostali faceci), staniemy przed szansą odwrotnej koalicji, odwrotnej wobec jednopartyjnej władzy Kaczyńskiego, ale będącej koalicją podmiotową i programową, a nie jedynie transferowaniem do Platformy kolejnych Napieralskich i Dornów.

Nie będzie to koalicja piękna, ani nawet silna. Ale może będzie – przynajmniej z daleka – przypominać moją ulubioną chadecko-socjaldemokratyczną koalicję irlandzką. I może się okazać kluczowa przynajmniej w takich „drobnostkach” („drobnostkach” dla niektórych prawicowych i lewicowych chłopców z „dumnych i resentymentalnych peryferii”), jak np. nieprzerobienie już ostatecznie – za pomocą nowej ustawy antyaborcyjnej, nowej Konstytucji i nowego Kodeksu Karnego – kobiet w Polsce w żywe inkubatory zmuszone do rodzenia nawet, gdyby się miały przy tej okazji raz na zawsze popsuć. Nieprzerobienie kobiet w Polsce w chodzące antyislamskie Lebensborny z marzeń Gowina, Zdorta i Terlikowskiego.

Idący po całą władzę w państwie Jarosław Kaczyński i jego prawica taką zmianę ustawy antyaborcyjnej poparli już w tym Sejmie. Nowa ustawa nie przeszła tylko dlatego, że głosom większości PO przeciw niej towarzyszyły głosy posłanek i posłów od Millera i od Palikota. Jeśli tych głosów w przyszłym parlamencie zabraknie, ustawa wróci i zostanie uchwalona.

Biskupi tego dopilnują, Kaczyński to przegłosuje (nie dlatego, że wierzy, ale dlatego, że uważa, iż Warszawa warta jest mszy, choćby i czarnej), a Duda podpisze.

No i ostatni wymiar naszej przezroczystości. Z paru dni spędzonych w polskich mediach dowiaduję się, że najważniejszym problemem, przed jakim stoimy, nie jest los uchodźców, nie jest konieczność rozwiązania imigracyjnego kryzysu tak, żeby nie rozwalić UE. Najważniejszym problemem przy okazji europejskiego kryzysu imigracyjnego jest obrona wizerunku Polski i polskiej godności – przed Niemcami, przed Junckerem, przed Janem Tomaszem Grossem (oj, nie było polityczne jego ostatnie odezwanie, ale o ile dobrze pamiętam, nie była też polityczna jego książka o Jedwabnem, a bez jego książki nie wiedzieliby o Jedwabnem nawet ci, którzy chcieli się o Jedwabnem dowiedzieć, bo ci, którzy nie chcieli, nie dowiedzieli się i nie dowiedzą nigdy).

Powtórzę wobec tego raz jeszcze (więcej może nie będę powtarzał), że nie w licytowaniu się na miłość i nienawiść do uchodźców leży rozwiązanie problemu obecnej fali migracji do Unii, ale w skutecznej i solidarnej polityce UE i wszystkich rządów krajów na Unię wciąż jeszcze się składających. Z tego punktu widzenia wizerunek Polski i polska godność naprawdę mają się dziś nieporównanie lepiej, niż ludzie umierający w drodze pomiędzy swoimi rozwalonymi krajami i Unią. Wizerunek Polski i polska godność mają się też lepiej, niż Unia jako wrażliwy polityczny organizm rozwalany dziś zarówno przez różnych twardych zawodników globalizacji, jak też przez ich idealistycznych poputczików z prawa i z lewa.

Można złośliwie powiedzieć, że wizerunek Polski jako kraju tolerancyjnego, bardziej tolerancyjnego od Niemiec, jest dziś broniony z ogromną nadwyżką przez kiboli wrzeszczących na polskich ulicach i polskich stadionach „jebać kozojebców!” albo „a na drzewach zamiast liści będą wisieć islamiści”. Tymczasem Beata Szydło, być może przyszły polski premier, o imigrantach ma do powiedzenia wyłącznie tyle, że „nie będzie w tej sprawie przestrzegać politycznej poprawności”. Jakby jakakolwiek polityczna poprawność była w Polsce dziś przestrzegana, choćby na zupełnie podstawowym poziomie. Problemem w dzisiejszej Polsce nie jest nadmiar politycznej poprawności, ale to, że polski Pan Jourdain coraz chętniej mówi prozą zdziczenia, nawet nie wiedząc, że tak płynnie nią mówi.

 

**Dziennik Opinii nr 260/2015 (1044)

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.