Felieton

Opowieść idioty

Moja obrona Unii Europejskiej sprowadza się coraz bardziej do obrony status quo.

Grecki kryzys rozwija się w najgorszą możliwą stronę. Nie wiadomo, czy dając Grecji szansę na przeżycie i odbudowę własnego społeczeństwa i państwa, na pewno natomiast osłabiając Unię Europejską, niszcząc jej legitymizację jako instytucji demokratycznej, realnie ponadnarodowej, zdolnej do osłaniania europejskich państw i społeczeństw przed najgorszymi patologiami rynkowej globalizacji. Sądzę, że Unia nadal te funkcje pełni, jednak doskonale rozumiem, dlaczego przebieg greckiego kryzysu nie wzmacnia tego przekonania, ale je zdecydowanie osłabia. Nawet u mnie, nie mówiąc już o ludziach na prawo i na lewo ode mnie, którzy nie wiążą z UE takich nadziei, jakie ja wiązałem. Ich zachowanie w czasie greckiego kryzysu pokazuje, że nie wiążą z Unią żadnych lub prawie żadnych nadziei. A może nigdy ich nie wiązali – ci z prawicy dlatego, że UE to dla nich twór masonów niewierzących w Boga i bolszewików niewierzących w rynek, a radykalni lewicowcy dlatego, że Unia to dla nich pacynka w rękach wielkiego kapitału, a w dodatku jest przecież tylko jedną z instytucji znienawidzonego zachodniego centrum, a nie chavezowską czy putinowską dumną peryferyjną alternatywą.

Także Grecja – mimo że od lat znajduje się na skraju oficjalnego bankructwa (a być może jest już głęboko w stanie bankructwa faktycznego) – nie stała się przez to „miejscem, gdzie bije serce lewicy”, „alternatywą dla globalnego kapitalizmu i liberalnej demokracji”, itp. Argentyna, która też kiedyś zbankrutowała, również nie stała się z powodu własnego bankructwa alternatywą dla globalnego kapitalizmu czy liberalnej demokracji, mimo że, kiedy bankrutowała, wielu radykalnych lewicowców cieszyło się z tego „policzka wymierzonego banksterom”.

Także Syriza nie stała się rozwiązaniem kryzysu, ale jest wyłącznie jednym z jego najostrzejszych symptomów.

Okazała się kolejną populistyczną partią, która zdobyła władzę bez żadnego pomysłu na rządzenie; zdobyła władzę składając obietnice, których nie mogła dotrzymać, bo ani sytuacja, ani potencjał greckiego państwa na spełnienie tych obietnic nie pozwalały; zdobyła władzę inwestując w narodową dumę, a nie w zdolność do skuteczniejszego ściągania podatków, w zdolność do zatrzymania greckiego kapitału w Grecji, w zdolność do zatrzymania pieniędzy najdrobniejszych nawet greckich ciułaczy w greckich bankach, i temu podobne nudne realia. Można oczywiście zatrzymać ucieczkę pieniędzy z greckich banków zawieszając ich działalność, ale wówczas zawiesza się także działalność sporej części własnej gospodarki, co skokowo zwiększy zadłużenie Grecji i jej bieżący deficyt. Syriza okazała się kolejną populistyczną partią, która zderzywszy się z zasadą rzeczywistości („pragnijcie niemożliwego!”) może tylko albo przejść do fazy autorytarnego zarządzania dumą narodową (nacjonalbolszewizm lub faszyzm w różnych historycznych odsłonach obu tych „alternatyw”), albo ulec rozpadowi. Dziś Syriza ulega rozpadowi, ale nie wiem, czy druga wersja zachowania populistycznych partii u władzy (autorytarne zarządzanie narodową dumą) byłaby dla Greków lepsza.

Po drodze dalszemu rozpadowi uległo też greckie państwo. Można o to obwiniać Niemców, można o to obwiniać Syrizę, można się Grecją bawić udając ideowca albo ideowcem będąc (prawicy, lewicy), ale nie zmienia to faktu, że katastrofa greckiego państwa i społeczeństwa jest dzisiaj głębsza niż parę miesięcy temu. Przed Grecją stoi dziś wyłącznie wybór, który nie podoba się nikomu. Ten wybór rysuje się coraz wyraźniej w miarę pogłębiania się greckiego kryzysu, w miarę testowania kolejnych prób ratunku, które naprawdę nie są wyłącznie zderzeniem czołowym silnego niemieckiego nacjonalizmu ze słabym nacjonalizmem greckim, bo gdyby unijnego bufora pomiędzy nacjonalizmami silnymi i słabymi w Europie nie było, to już by Grecji (i nie tylko Grecji) nie było tak, jak nie było jej (i nie tylko jej) gdzieś tak, powiedzmy, w 1943 roku. Pomału zaczyna być oczywiste, że jeśli Grecja pozostanie w strefie euro, to nie będzie można przeprowadzić kolejnego znaczącego jej oddłużenia, bo wiele innych krajów strefy euro na takie oddłużenie się nie zgodzi. Choćby dlatego, że same nigdy oddłużenia tej skali nie zaznały, a nie są zbyt bogate (kraje bałtyckie, Słowacja, Hiszpania, Irlandia… długo by wymieniać). Także elektoraty państw Europy Północnej (nie tylko chadeckie czy konserwatywne, także socjaldemokratyczne, a nawet elektorat niemieckich Zielonych, co tłumaczy wstrzymanie się od głosu przez tę partię, kiedy Bundestag przyjmował decyzję o rozpoczęciu kolejnych negocjacji z Grecją na aktualnie wynegocjowanych warunkach) ukarzą każdą partię, która zgodzi się na kolejne, znaczące oddłużenie Grecji pozostającej w strefie wspólnej waluty. A te elektoraty stanowią w krajach Europy Północnej 70, 80, 90 procent głosujących.

Jeśli zatem uda się utrzymać Grecję w strefie euro, pozostanie restrukturyzacja jej długu, obniżenie jego oprocentowania, wydłużenie terminów spłaty, nowe kredyty pomostowe, zwiększone zabezpieczenia dla greckich banków ze strony EBC, żeby te banki nie padły ofiarą paniki swoich greckich klientów. Pozostają próby wydobycia jakichkolwiek rezerw finansowych Grecji. Nie tylko poprzez kontrolowaną wyprzedaż aktywów, z którymi greckie państwo, obojętnie pod jaką władzą, nic nie potrafiło zrobić, na co dowodem jest brak wpływów budżetowych z tych aktywów. Ale także poprzez podniesienie podatków i efektywności ich ściągania. Ponieważ grecka administracja państwowa nie ma zdolności egzekucyjnych od dawna, wszystko to mogłoby się – ale bynajmniej nie musiało – udać jedynie poprzez wprowadzenie elementów kontroli zewnętrznej, ze strony administracji unijnej (elementów „zarządu komisarycznego”). Szanse na to, że Grecja wytrzyma taką kurację gospodarczo i politycznie są, ale niezbyt wielkie.

Z kolei częściowe oddłużenie (nie restrukturyzacja długu), oddłużenie w znacznej skali, może się odbyć jedynie poprzez bankructwo Grecji i jej wyjście ze refy euro. Też zresztą tylko może, bo wcale nie musi. Wolfgang Schäuble (i inni centroprawicowi zwolennicy Grexitu) dziś obiecuje co prawda, że gdyby Grecja wyszła, uzyskałaby niebotyczną pomoc. Ale jeśli Schäuble zdoła się już pozbyć greckiego nadbagażu ze strefy euro, być może zaoferuje Grekom wyłącznie „pomoc humanitarną”. A „oddłużenie” (bynajmniej niepewne) poprzez bankructwo i powrót do drachmy będzie oznaczało dla Greków utratę jeszcze większej części wzrostu ich poziomu życia, który uzyskali najpierw dzięki wejściu do UE, a później dzięki wejściu do strefy euro (i niestety także dzięki kredytom w euro).

Powiedzmy w gigantycznym zaokrągleniu, że jeśli kryzys zadłużeniowy „zjadł” 30 procent wzrostu poziomu życia Greków uzyskanego dzięki UE i strefie euro, to leczenie metodą bankructwa i drachmy pozbawi ich 70 procent, zanim nastąpi ponowny rozwój Grecji lub długotrwała stagnacja, tak jak w przypadku Argentyny po jej bankructwie.

A ten ponowny rozwój Grecji, jeśli po bankructwie w ogóle nastąpi, także nastąpi wyłącznie dzięki turystom z Północy polującym na najtańsze all inclusive w kraju bez islamskich terrorystów. Krzemowa Dolina w Grecji rządzonej przez Syrizę czy jej resztki szybko nie powstanie, tak jak szybko nie powstanie Krzemowa Dolina w Polsce rządzonej przez Kaczyńskiego, Kukiza czy resztki po nich. Przypominam, że na Węgrzech rządzonych przez Orbana, któremu w kark dyszy Jobbik, zamiast Krzemowej Doliny powstały wyłącznie niemieckie montownie zwolnione ze sporej części podatków.

Szczerze mówiąc, historia w ogóle nie zna udanego przejścia z peryferiów ku centrum w oparciu o samą tylko inwestycję w narodową dumę. To prawda, że np. Niemcy przeszły po roku 1945 do ścisłego centrum globalizacji (po raz chyba trzeci, lecz efekt poprzednich „przejść” zlikwidował z nawiązką rok 1914 i jego dogrywka w roku 1939) dzięki własnej pracy, dzięki ordoliberalizmowi, społecznej gospodarce rynkowej itp. Jednak trudno mówić o oryginalności i pełnej suwerenności w przypadku kraju, który był zaorany przez dywanowe bombardowania, sponsorowany przez Plan Marshalla i zarządzany nawet nie przez „zarząd komisaryczny”, ale przez władze okupacyjne amerykańsko-brytyjsko-francuskie. Mówię o bardziej wolnej części Niemiec, która tę drogę potrafiła przebyć, bo NRD było wówczas więzieniem, co potwierdził nawet stary Bertold Brecht (patrz wiersz „Rozwiązanie”, 1953). I tylko Die Linke (nadzieja alternatywnej lewicy europejskiej?) reprezentuje zorganizowaną politycznie nostalgię za tym więzieniem.

Japonia po roku 1945 (który unicestwił wszystkie efekty poprzedniej próby imitacyjnej modernizacji Meiji) też przeszła drogę w kierunku ścisłego centrum dzięki własnej pracy i specyficznemu połączeniu zasady korporacji oraz rodziny mafijnej. Jednak trudno mówić o oryginalności i pełnej suwerenności w przypadku kraju, który został potraktowany atomówkami i był zarządzany nawet nie przez zarząd komisaryczny urzędników UE, ale przez amerykańskie władze okupacyjne, którym przedstawiano do zatwierdzania wyroki niezawisłych sądów, a nawet scenariusze filmów, w celu zresztą usunięcia z nich elementów heroicznych i wprowadzenia równoprawnych ról kobiecych (zabawne, nieprawdaż? Nawet prawa kobiet lepiej się miały pod opieką liberalnego Zachodu niż pod opieką samurajów albo talibów, o prawach różnych innych grup społecznych nawet nie wspominając).

Chiny wędrują dzisiaj z peryferiów w kierunku centrum, jednak trudno mówić o oryginalności w przypadku kraju będącego, dzięki wciąż dosyć taniej pracy, montownią dla globalnych korporacji anglosaskich i niemieckich; kraju, którego oryginalność technologiczna, nie mówiąc już o oryginalności modelu konsumpcji czy edukacji (brytyjskie uniwersytety i szkoły średnie żyją dziś głównie z Chińczyków), jest żadna. Chiny powtarzają raczej imitacyjną japońską modernizację Meiji, której paradoksalne hasło brzmiało: „nauczyć się od barbarzyńców (chodziło oczywiście o Zachód) takich metod bogacenia się i budowania broni, które pozwolą pokonać barbarzyńców)”. Jeszcze raz przypomnę, że cykl tej paradoksalnej modernizacji imitacyjnej zakończył się zaoraniem Japonii atomówkami. Gdyby to jednak nacjonalistyczna i zmilitaryzowana Japonia zaorała atomówkami „barbarzyński Zachód”, też nie nazwałbym tego happy endem.

Korea Południowa – dzięki działaniom protekcjonistycznym na dzisiejszym etapie globalizacji trudnym do powtórzenia – zdołała sobie znaleźć miejsce w globalnym gospodarczym podziale pracy definiowanym przez centrum, ale sztandarem jej oryginalności kulturowej jest dziś raper Psy. Dla mnie to jest dużo, bo raper Psy to doskonała groteska, a groteska jest nie tylko realizmem polskich peryferiów, ale jest realizmem peryferiów w ogóle. Nawet Yukio Mishima, mimo że nieświadomie (gdyż w swoim własnym mniemaniu był uosobieniem heroicznego patosu), tak naprawdę był krzyżówką groteski i campu. Był uosobieniem groteski i campu zarówno kiedy publikował stary kodeks samurajski z własnym wstępem (zaczytywali się tym nawet zaprzyjaźnieni z Mishimą ministrowie japońskiego rządu), jak też kiedy popełniał samobójstwo po nieudanej próbie wzniecenia antyamerykańskiego buntu japońskich sił samoobrony. Dowodząc małym oddziałem zafascynowanych nim erotycznie chłopców. Zawsze przypominali mi się ci chłopcy Mishimy, kiedy patrzyłem na grupki młodzieńców, którzy z wypiekami na policzkach i wilgocią w oczach nosili teczki za Jarosławem Kaczyńskim czy Markiem Jurkiem. Takie to są nasze peryferyjne męskie charyzmy.

A wracając do dzisiejszej Europy, także rozdartej na peryferia i centrum, to w miarę przedłużania się greckiego kryzysu wyłaniają się zręby rzeczywistości, jaka będzie na naszym kontynencie istnieć, kiedy Unia Europejska istnieć przestanie. Państwa i społeczeństwa w tej przyszłej Europie nie będą miały wyboru pomiędzy Porto Alegre i Davos, ale będą wybierały pomiędzy Berlinem i Londynem/Nowym Jorkiem. Czy też raczej pomiędzy Berlinem i londyńskim City oraz nowojorskim dystryktem finansowym. Europa Środkowa będzie jeszcze dodatkowo mogła wybrać Trzeci Rzym Władimira Putina, który do takiej wypatroszonej i rozbitej Europy sięgnie – poprzez zmiażdżoną już wówczas Ukrainę – za pomocą propagandy, politycznej korupcji, agentury i przemocy otwartej. Część lewicy (Die Linke, Syriza, Podemos, ich odpowiedniki – na razie prawie nieistniejące – w Europie Wschodniej) ten Trzeci Rzym Putina zaakceptuje, bo będzie „antyzachodni”. Część prawicy ten Trzeci Rzym Putina zaakceptuje, bo będzie antyliberalny obyczajowo i wystąpi pod sztandarem „obrony religii i prawdziwej rodziny” przed „Zachodem gejowskich małżeństw i Conchity Wurst”. Jeśli w dodatku Putin po drodze wymorduje „banderowców”, to i Kukiz, i ks. Isakowicz-Zaleski, i Krystyna Pawłowicz się do jego antyzachodniej krucjaty przyłączą. Większość PiS-u wybierze jednak Londyn i Nowy Jork – rozumiane nie jako źródła liberalnych norm, ale jako ojczyzna globalnych korporacji, które Polskę i Europę po zniknięciu UE między siebie podzielą. Realizowany będzie program „solidarnej Polski” przygotowywany przez Gowina, Szałamachę, Instytut Sobieskiego… już bez przeszkód i „socjalistycznych regulacji” UE.

A poza tym wszystkim jest już tylko polityczny bełkot, „opowieść idioty, pełna wściekłości i wrzasku”. Antyunijna opowieść dotyczy zarówno coraz większej części radykalnej lewicy, jak też nowych europejskich nacjonalizmów. Także media Ruperta Murdocha zachłystują się dziś w Wielkiej Brytanii litością nad „dzielną Grecją wydaną na żer teutońskiej pysze”. Tylko dlatego, że stojący na czele globalnej korporacji medialnej Murdoch, podobnie jak wiele innych globalnych korporacji w stylu anglosaskim, chce rozpadu Unii i totalnego wydania Europy na żer globalizacji czysto rynkowej, pozbawionej nawet tych resztek regulacji, o jakie heroicznie walczy Unia i jakie reprezentuje Bruksela.

Można się, będąc radykalnym lewicowcem, do Murdocha przyłączyć. Można wspólnie z nim atakować „teutońskie imperium” Unii Europejskiej. Tyle że on reprezentuje siłę, a radykalna lewica w Europie reprezentuje dzisiaj wyłącznie słabość, więc przyłączając się do ataku na Unię jako „niemieckiego imperium” może odgrywać wyłącznie rolę poputczyka i pożytecznego idioty sił rynkowej globalizacji. Oczywiście radykalna lewica (poza nią wciąż istnieje w Europie socjaldemokracja, a nawet resztki „realistów” w szeregach Zielonych) liczy na to, że na trupie Unii Europejskiej wylęgnie się jakaś nowa świetlana przyszłość. Jednak na trupie Unii wylęgnie się jedynie Europa rządzona przez UKiP, Podemos, Alternatywę dla Niemiec, Syrizę (jej resztki), Front Narodowy, Die Linke, Fidesz, Jobbik, PiS i Kukiza. Słyszałem ludzi mówiących, że tam, gdzie jest Syriza, nie ma przynajmniej Frontu Narodowego, ale ja aż tak wielkiej różnicy pomiędzy nacjonalbolszewizmem i faszyzmem nie widzę.

Ta nowa Europa, której ponury cień wyłania się w miarę przedłużania się i pogłębiania greckiego kryzysu, będzie jednak kontynentem takiej samej nadziei jak Europa końca lat 30. ubiegłego wieku.

Rozrywana nacjonalizmami i nacjonalboszewizmami zarządzanymi przez stalinowskie partie komunistyczne i faszystowskie lub faszyzujące nacjonalizmy.

Na razie gra toczy się według niezmienionych zasad. Obrona Unii Europejskiej (mój wybór) sprowadza się coraz bardziej do obrony status quo. A obrona Syrizy sprowadza się coraz bardziej do przyzwolenia na populistyczne kłamstwo, nawet po tym, kiedy zostało już sprowadzone do parteru przez zasadę rzeczywistości. Przyznacie, że jest to niezwykle podobne do ustawki PO-PiS. I wielu analogicznych ustawek w całej dzisiejszej Europie, a może nawet w całym dzisiejszym świecie u progu „nowego średniowiecza”.

**Dziennik Opinii nr 201/2015 (985)

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!