Felieton

Niewolnicy resentymentu

żyjemy w kraju, który ma wyłącznie przeszłość. Narracje teraźniejszości błądzą gdzieś pomiędzy „ochroniarzami Kaczyńskiego” i „cygarami PO”. A więc tak jakby ich w ogóle nie było.

Morał, jaki prawica wyciągnęła z ataku NOP na wykład Zygmunta Baumana na Uniwersytecie Wrocławskim, najlepiej streszcza skrzydlata fraza powtarzana dziś z entuzjazmem w chyba wszystkich jej tożsamościowych mediach: „trzecie pokolenie UB-eków walczy z trzecim pokoleniem AK-owców”. „Trzecie pokolenie AK-owców” to oczywiście bojówkarze NOP-u, a „trzecie pokolenie UB-eków” to wszyscy, którzy albo nazywają NOP-owców „faszystami”, albo ich tak nawet nie nazywają, ale uważają ich zachowanie za niedopuszczalne.

Jeśli dodać do tego proporcje pomiędzy zainteresowaniem, jakie wzbudził niemiecki serial Nasze matki, nasi ojcowie,a kompletnym brakiem zainteresowania dzisiejszą niemiecką polityką w Europie; proporcje pomiędzy zainteresowaniem, jakie budzi masakra na Wołyniu w czasie II wojny światowej, a brakiem zainteresowania aktualną polityką na Ukrainie, a także polityką wschodnią UE oraz jakąkolwiek niehistoryczną polską polityką wschodnią– to można śmiało powiedzieć, że żyjemy w kraju, który ma wyłącznie przeszłość, a nie ma teraźniejszości.

Narracje teraźniejszości błądzą gdzieś pomiędzy „ochroniarzami Kaczyńskiego” i „cygarami PO”. A więc tak jakby ich w ogóle nie było. Nie nadają sensu niczyjemu życiu, życiu żadnej jednostki, żadnej grupy społecznej, poza częścią dziennikarzy i PR-owców, którzy z tych szczątkowych i zredukowanych „narracji teraźniejszości” żyją zawodowo.

Młodzież gdzieś zniknęła, zniknęło mieszczaństwo. Grupy, które w każdym żywym i modernizującym się kraju tworzą własne narracje teraźniejszości, a nawet przyszłości, w Polsce albo milczą, albo powtarzają (jak bohaterowie Becketta albo Bernharda) zapętlone strzępy narracji przeszłości tworzonych dla nich przez „pierwsze pokolenie AK-owców i UB-eków”. A nie są to nawet narracje przeszłości faktycznej, nie są to nawet narracje historyczne. Są to wyłącznie jałowe i niszczące historyczne mity, narracje rozmaitych upartyjnionych i sfanatyzowanych „historycznych polityk”.

W ten sposób i przeszłość w Polsce, kraju bez teraźniejszości (o przyszłości nie wspominając), nie jest prawdziwa. Jest postkolonialnym mitem, w którym prześcigają się opary dawnych polskich „imperiów” i dawnych polskich „imperialnych” polityk (sarmackiej, sanacyjnej, gierkowskiej). Rzekomo na wyciągnięcie ręki, jeśli tylko „nasi” pokonają „waszych” w partyjnej walce o chwilową władzę. Chwilową, gdyż na micie nikt jeszcze w Polsce trwałej władzy nie zbudował. Na micie „IV RP” i „walki z układem” Kaczyńskiemu udało się porządzić zaledwie przez półtora roku. Na micie „antykaczyzmu” Tuskowi udało się porządzić aż przez sześć lat (bo odniesione przez niego umiarkowane sukcesy i umiarkowane porażki w polityce realnej nikomu po 1989 roku tak długiej władzy nie zapewniły). Niektórzy wyciągają z tego prosty wniosek: „jeszcze więcej mitu!”, ale szczególnie dzisiaj widać, jak nietrwałe są rządy mitu i jak niewiele mogą po sobie zostawić.

W kraju bez teraźniejszości panuje także odwrócony imperatyw kategoryczny Kanta. Właściwy Kantowski imperatyw brzmi: „Zawsze postępuj wedle takich tylko zasad, co do których chcesz, żeby stały się prawem powszechnym”. Polski odwrócony imperatyw kategoryczny brzmi: „Jeśli kiedykolwiek niesłusznie cię oskarżono, jeśli kiedykolwiek zrobiono ci krzywdę, zrób teraz wszystko, żeby także życie wszystkich innych zamienić w piekło”.

Ryszard Legutko został kiedyś w przeszłości skrzywdzony. W latach 90., kiedy jeszcze polemizował z Zygmuntem Baumanem jak filozof z socjologiem albo jak historyk idei z historykiem idei, czyli za pomocą argumentów, a nie twierdzeń o „wyjątkowo paskudnej przeszłości Baumana”, na jednym z posiedzeń Rady Naukowej IFiS PAN pewna osoba zarzuciła mu antysemityzm. Zarzuciła fałszywie. Legutko polemizował wówczas z Baumanem jako konserwatysta z postmodernistą, a nie jako antysemita z Żydem. Dziś Legutko lubi powtarzać, że „nikt na nieuczciwe ataki przeciwko mnie wówczas nie reagował”. To nie jest prawda. Cała ówczesna prawica i nawet paru ludzi z centrum oburzało się z powodu tego oskarżenia, oburzało się głośno, oburzało się słusznie. Sam napisałem w tej sprawie parę tekstów, a takich jak ja, którzy w obronie profesora Legutki wówczas stawali publicznie, było naprawdę więcej. Także ówczesny dyrektor IFiS PAN, profesor Andrzej Rychard (żaden z niego prawicowiec, więc jego ówczesne wystąpienie było podyktowane nie lojalnością ideologiczną, ale imperatywem Kantowskim), skierował wówczas do Ryszarda Legutki oficjalne przeprosiny, namawiając w dodatku osobę, która sformułowała oskarżenie o antysemityzm do przeczytania tekstów Legutki. Ta osoba przeczytała, a kiedy to zrobiła, sama swoje oskarżenie odwołała i publicznie, na forum kolejnej Rady Naukowej IFiS PAN, Legutkę przeprosiła (ta osoba dziś już nie żyje, dlatego ważniejsza jest dla mnie rekonstrukcja wydarzenia niż jej nazwisko).

Kiedy podczas jednej z debat organizowanych przez tygodnik „Europa”, z udziałem Podhoretza, Sikorskiego i Legutki, na salę wtargnęli radykalni lewicowcy, żeby dyskusję uniemożliwić (wspominam o tym, ponieważ także na tę swoją krzywdę Ryszard Legutko powołał się w swym dzisiejszym usprawiedliwieniu „dyskutantów” z NOP-u), ja się oburzałem publicznie bez końca, oburzała się cała redakcja „Europy”, cała redakcja „Dziennika”. Ale oburzali się też publicznie ludzie niezwiązani z firmą, która debatę zorganizowała, oburzali się zwyczajni liberalni polscy inteligenci. Tylko była pani rektor UW usunęła później debaty „Europy” z terenu Uniwersytetu Warszawskiego jako „zbyt kontrowersyjne”. Dlatego kolejni zapraszani przez nas „kontrowersyjni chuligani”: Naomi Klein, Peter Sloterdijk, Jadwiga Staniszkis, Slavoj Żiżek, Michel Houellebecq, Gleb Pawłowski, Włodzimierz Bukowski, Gilles Kepel…, musieli się spotykać ze studentami i inteligencją Warszawy poza terenem UW.

Jak pamiętamy, odwrócony imperatyw kategoryczny nie brzmi jednak: „Zawsze postępuj wedle takich tylko zasad, co do których chcesz, żeby stały się prawem powszechnym”, ale brzmi: „Jeśli sam zostałeś skrzywdzony, zmień w piekło życie wszystkich ludzi w kraju, który rzekomo kochasz, ponieważ rzekomo jesteś patriotą”. Niech zatem piekło zapanuje w Polsce, niech piekło zapanuje w Europie, nich piekło pochłonie cały świat, bo tylko to ugasi niezmierzony ból człowieka niesłusznie kiedyś skrzywdzonego. Tyle że wyłącznie ludzi, którzy bez względu na to, co im się w życiu zdarzyło, potrafią stosować Kantowski imperatyw, można nazwać ludźmi wolnymi. Ludzie stosujący odwrócony imperatyw kategoryczny to tylko niewolnicy własnego resentymentu.

A niewolnicy resentymentu nie mają żadnych kwalifikacji, by być elitą – intelektualną, polityczną – wspólnoty ludzi wolnych. Oczywiście zawsze pozostaje pytanie, w jakiej proporcji Polacy są dziś ludźmi wolnymi, a w jakiej pozostajemy niewolnikami resentymentu.

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.