Felieton

Koklusz 5

Cała ta parada wlokąca się za ramieniem Prezesa, wszyscy stali się dzieciaczkami „w sercu” i spryciarzami „w umyśle”.

11. Smoleńsk i wojna pokoleń

Czemu Smoleńsk powraca, i to w tak monumentalnej, już państwowej formie? Jarosław Kaczyński wie, do czego mu Smoleńsk potrzebny. Nowa komisja smoleńska ma obciążyć Donalda Tuska i jego polityczne otoczenie odpowiedzialnością za katastrofę smoleńską, za którą w rzeczywistości odpowiada Lech Kaczyński i jego polityczne otoczenie, bo to oni musieli rozpocząć w Katyniu prezydencką kampanię wyborczą, więc lecieli na lotnisko smoleńskie i zdecydowali się tam lądować za wszelką cenę (nie wiedząc, jak się ta cena okaże wysoka), mimo że rosyjscy kontrolerzy lotu od połowy trasy nadawali komunikat „nie ma warunków do lądowania” (bardzo przewrotny sposób ściągania prezydenckiego samolotu w – mówiąc słowami Antoniego Macierewicza – „smoleńską pułapkę”).

Antoni Dudek i wszyscy bardziej „racjonalni” prawicowcy wiedzący, że katastrofa smoleńska to i tak dla prawicowej polityki w Polsce prawdziwy podarunek od losu, od wielu już lat doradzali (Dudek także w wywiadach dla Dziennika Opinii) ustawienie „podziału smoleńskiego” nie według stosunku do zamachu, ale według stosunku do Platformy Obywatelskiej. Nie Rosjanie wysadzili w powietrze, ale Platforma zaniedbała (choć wpływ Platformy, Sikorskiego, Tuska na stan umysłu Lecha Kaczyńskiego i jego generała lotnictwa znajdujących się na pokładzie tupolewa nie jest łatwy do ustalenia). Aby uniknąć tragicznej i faktycznie kompromitującej polskie państwo śmierci 96 osób, trzeba było Lecha Kaczyńskiego przed lądowaniem w Smoleńsku powstrzymać. Ponieważ nie zrobił tego ani Tusk, ani Arabski, ani rosyjscy kontrolerzy lotu, ani nie zapobiegły temu nieistniejące lub niestosowane procedury rosyjskie czy polskie, należy wszystkich osądzić i skazać, żeby móc w pełni oczyszczonego Lecha Kaczyńskiego (jako polską zawsze niewinną ofiarę, zawsze jakichś innych) postawić na pomnik.

Przyznam, że ta „miękka” i „politycznie racjonalna” koncepcja Antoniego Dudka budzi moją niechęć tak samo jak twarda koncepcja „zamachu”. Ani faktycznej odpowiedzialności za katastrofę nie pozwala ustalić, ani naprawy polskiej polityki i polskiego państwa w niczym nie przybliża. Ponieważ jednak zbiór wierzących w zamach jest mniejszy niż zbiór nielubiących Platformy (Dudek proponował SLD przystąpienie do „podziału smoleńskiego” przeciwko Platformie, pod Czarzastym to się nawet może udać), to gdyby Macierewicz nie był trochę szalony, skorzystałby raczej z nieodpłatnej rady profesora Dudka niż z wysokopłatnych ekspertyz profesora Biniendy.

Choć z drugiej strony z kultu smoleńskiego w jego najtwardszej „zamachowej” wersji też są i zawsze były inne konkretne polityczne korzyści. Wychowany na micie zamachu i zacementowany przy Kaczyńskim „twardy elektorat” (20 proc.) pozwolił mu bezpiecznie doczekać – w roli jedynego zmiennika dla Tuska – do taśm, które rząd Tuska zabiły. Bełkot smoleński, ukrywanie odpowiedzialności Lecha Kaczyńskiego i jego otoczenia, nieudana próba Platformy wygaszenia konfliktu poprzez raport komisji Millera, z powodów politycznych unikający jak ognia hipotezy wpływu Lecha Kaczyńskiego i jego generała lotnictwa na zachowanie załogi w czasie lotu, który nie powinien się w ogóle skończyć w Smoleńsku – wszystko to dało Jarosławowi Kaczyńskiemu 20 procent „wierzących” już w opozycji, kiedy był wyposażony zaledwie w „niepokorne” media i wsparty przez część Kościoła, która w martyrologicznym uderzeniu na resztki świeckiego państwa w Polsce zobaczyła swoją największą historyczną szansę.

Ten sam bełkot smoleński wyposażony teraz we wszystkie instrumenty nowoczesnego państwa (media, służby, resorty mogące już zupełnie bez żadnej kontroli fakty dozować i fakty kreować) mogą Kaczyńskiemu dać 30-40 „wierzących”, o ile Macierewicz zbyt mocno sprawy nie „przegrzeje”.

Jednak Jarosław Kaczyński wie przynajmniej, do czego mu Smoleńsk, podczas gdy inni powiedzą:„co tam Smoleńsk, kiedy Kaczyński daje ludowi, a Platforma nie dawała”. „Co nas ta smoleńska wojenka kulturowa obchodzi”. „To faszyzująca burżuazja rzuciła się – jak w latach trzydziestych – do gardła burżuazji liberalnej. Nam pozostaje tę bratobójczą wojnę nowego polskiego mieszczaństwa obserwować z dystansem, a nawet z nieukrywanym Schadenfreude. Może na ruinach liberalnej Polski i liberalnej Europy będzie kiedyś można zbudować lepszy, sprawiedliwszy świat”. Jak słusznie jednak przypomniał Józef Pinior w niedawnym wywiadzie dla Dziennika Opinii, ta strategia wyszła bokiem europejskiej „antysystemowej lewicy” w latach trzydziestych ubiegłego wieku, wyjdzie jej bokiem i teraz, bo populistyczna prawica (i w latach trzydziestych, i teraz) akceptowała lewicowców wyłącznie na drodze kooptacji połączonej z porzuceniem i podeptaniem przez nich własnych sztandarów. Inni lewicowcy w wojnie populistycznej prawicy z liberalnym państwem byli dla tejże prawicy nieporównanie wygodniejsi w funkcji wrogów i kozłów ofiarnych („lewacy! lewacy!”) niż w funkcji wątpliwych przyjaciół, nawet wychwalających pod niebiosa prawicową i smoleńską redystrybucję.

Na razie jednak w części lewicy młodszej ogromną karierę robi hasło „demokracją lud się nie naje”, mający być uzasadnieniem dla przyglądania się z boku, jak Kaczyński i Kukiz niszczą w Polsce państwo prawa i liberalną demokrację, a także wszelkie inne normy, których już nawet po raz kolejny nie chce się wyliczać. Starsza lewica – bo mamy tu jednak przede wszystkim konflikt pokoleń – odpowiada na to słowami Karola Modzelewskiego, że „dyktatura nie jest lekarstwem na niesprawiedliwość”. Historycznie to Karol Modzelewski ma rację, gdyż w niedyktatorskich liberalnych demokracjach ostatecznie lud „najada się” bardziej niż w ustrojach niedemokratycznych, zarówno w krótkim, jak też jeszcze bardziej w dłuższym horyzoncie.

Inny miły starszy pan, którego o neoliberalny dogmatyzm oskarżyć nie jest łatwo (choć jak ktoś się wysili, to także „da radę”), czyli profesor Jerzy Hausner, uderzył z kolei w same podstawy nadziei Jana Sowy czy Rafała Wosia („młodych”), że PiS przynajmniej „da ludowi” to, czego Platforma „nie dała”. Testując w ten sposób możliwość i racjonalność chaveżyzmu w jednym kraju na obecnym etapie globalizacji (chaveżyzmu, a nie keynesizmu, gdyż tak się jakoś dzieje, że Keynes lepiej sprawdza się w centrach globalizacji, w Waszyngtonie epoki New Deal, w Bretton Woods, w UE traktowanej jako całość, podczas gdy w Caracas czy Buenos Aires, we wszystkich słabych, peryferyjnych, zacofanych państwach narodowych tenże sam „keynesizm” jakoś regularnie zamienia się w swoją własną karykaturę). Jerzy Hausner powiedział głośno i wyraźnie, że PiS-owski podatek bankowy i handlowy są „antyrozwojowe”. Cała PiS-owska alokacja istniejących i nieistniejących rezerw finansowych polskiego państwa i polskiej gospodarki, zamiast na innowacyjność, rozwój, wsparcie wybranych gałęzi przemysłu, zostaje zmarnowana na absolutnie jałowe (zdaniem Hausnera, i nie tylko jego, nawet dzieci nie zaczną się od tego rodzić) rozdawnictwo mające – w intencjach Kaczyńskiego, Kuchcińskiego i innych – osłaniać partyjny skok na państwo i społeczeństwo, leninowską „rewolucję kadrową” prawicy.

Ale co tam argumenty, kiedy chodzi tu jednak przede wszystkim o wojnę pokoleń.

Ja sam jestem w tej wojnie stroną skazaną na klęskę. Przez biologię, która moje „argumenty” od dnia moich 50 urodzin (a to już było jakiś czas temu) wyraźnie osłabia. Także jednak wojna pokoleń wygląda nieco inaczej po prawej i po lewej stronie. Kaczyński i Macierewicz najmłodsze pokolenie polskiej prawicy po prostu napuścili na państwo. Dzięki temu dwudziestoletni asystenci Macierewicza opowiadający na Twitterze o zamachu w Smoleńsku mają poczucie spełnienia, bo robią to jako wiceministrowie i dyrektorzy departamentów w najważniejszych rządowych resortach. Może i kucają przed Kaczyńskim i Macierewiczem, może liżą buty swoim prawicowym starcom (czy raczej „uznają ich niewymowną charyzmę”), ale awans pokoleniowy jest monumentalny.

Po drugiej stronie nie ma tak łatwo. Miller, Kwaśniewski, Michnik, Urban, Geremek czy Tusk (żeby nie było nawet cienia wątpliwości, mówię wyłącznie o moich nowych idolach, za których dałbym się pokroić, przynajmniej od momentu, kiedy im i ich dziełu – w którym także żyję i na którym mi coraz bardziej zależy, czyli liberalno-demokratycznej, związanej z Unią Europejską i NATO Trzeciej RP – realny, a nie wymyślony faszyzm faktycznie zagraża) młodzież lewicową i liberalną przez całe dekady trzymali z daleka od państwa, od realnej polityki, a nawet od poważnej nad tą polityką refleksji.

Stąd dzisiaj owa młodzież lewicowa i liberalna (czasem po trzydziestce) skacze z takim zapałem na każdą poważną okazję, aby się „swoim, nieprawicowym staruchom” odwinąć, zanim sama skończy pięćdziesiąt lat. Pierwszy pretekst do wyżycia się na zapadnickiej agendzie „nieprawicowych staruchów” (UE, NATO jako ważny element zewnętrznej geopolitycznej legitymizacji III RP dla ludzi – sam się do nich zaliczam – pamiętających Polskę po gorszej stronie berlińskiego muru) dało młodym na lewicy pojawienie się Syrizy i Podemosu. Wcześniej niektórzy z „młodych” musieli się żywić resztkami po zachodniej komunistycznej lewicy kawiorowej, produkującej na łamach francuskiego wydania „Le Monde Diplomatique” pochwały każdego peryferyjnego zamordyzmu, byleby był antyliberalny (patrz niestrudzony Ignacio Ramonet). Tymczasem w Podemosie i Syrizie znaleźli bardziej realny i bardziej politycznie akceptowalny punkt odniesienia. To w końcu całkiem żywe i całkiem spore partie walczące w swoich krajach o władzę (w Grecji nawet tę władzę zdobywające) w oparciu o hasło, że Unia Europejska w swoim obecnym kształcie jest tylko marionetką globalnego kapitału i należy walczyć albo o jej głęboką zmianę, albo przeciw niej.

„No i jak się czujecie nieprawicowe staruchy czołgające się, jeszcze od czasów opozycji demokratycznej, przed waszym bożkiem liberalnego Zachodu?”.

Zwycięstwo Kaczyńskiego nad Trzecią RP stało się okazją do analogicznego utarcia nosa „nieprawicowym staruchom”, tym razem w wymiarze polityki wewnętrznej i oceny całej polskiej transformacji.

Przyznam, że wolałbym, by ta polska wersja paryskiego Maja ’68 (też bardziej niż na realnej diagnozie społecznej czy ulokowaniu się w jakimś istotnym społecznym konflikcie skupionego na wyartykułowaniu własnej pokoleniowej odrębności wobec pokolenia „gaullistowskich faszystów”, ach jakże André Malraux był zdziwiony, dowiadując się, że dla dzieciaków z Nanterre i Sorbony jest teraz „faszystą”) nastąpiła przy innej okazji niż udany atak Kaczyńskiego i Kukiza na liberalną demokrację, świeckie państwo i śladową choćby emancypację w Polsce. Ale z biologią i losem dyskutować się nie da. To „polityka ciała” i prędzej czy później musi przemówić (szczególnie gdy „nieprawicowi starcy” są dziś relatywnie najsłabsi i ukarać „buntu młodych” nie mogą, niektórzy z nich wręcz się podlizują, prześcigając się do wyrzygania w publicznych spowiedziach z grzechów transformacji). Można z tą „polityką ciała” co najwyżej własną „polityką ciała” politycznie walczyć. Licząc się jednak z porażką, kiedy własne ciało politycznie coraz bardziej mdłe i pozostała mu już tylko starcza sokratejska ironia. Tak bardzo pogardzana przez Fryderyka Nietzschego, nawet jeśli sam jej używał, kiedy był w swojej lepszej stylistycznie fazie.

12. Zdziecinnienie

Wicepremier od wszystkiego i minister od kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński pojechał do Krakowa i obejrzał Płatonowa w Teatrze Starym (oczywiście chodziło o badanie Klaty). Po czym powiedział dziennikarzom: „To nie jest moja filiżanka herbaty, zwłaszcza tak długo trwająca. Jest to miejscami konkurencja dla kabaretu Hrabi i innych kabaretów. Taka manieryczna trochę forma nie za bardzo mi odpowiada. Jestem tradycjonalistą”.

A co mnie to, kurwa, obchodzi? Obchodzi, bo ten człowiek ma nade mną władzę i nie zawaha się jej użyć. Jednak to znowu przybliżenie się do PRL-u, którego przywódcy także lubili odwiedzać kulturalne imprezy, aby wyrazić w mediach osobiste zdanie. Tak robił Gomułka, Cyrankiewicz, Kąkol i inni, bardzo wielu innych, także na szczeblu wojewódzkim, a nawet w powiecie. W nieco bardziej dojrzałym liberalizmie, w „odczarowanym” Weberowskim świecie, każde zbliżenie się człowieka do poziomu władzy państwowej, do kategorii prawa powszechnego i jego egzekwowania powinno wymuszać zamknięcie mordy na tematy w rodzaju: „a mnie się to podoba”, „a mnie się to nie podoba”. Nawet obecna od zawsze w całym procesie „odczarowania” hipokryzja, pokrywająca szmuglowanie własnych opinii i gustów do prawa powszechnego, jest lepsza niż ten brak hipokryzji, niż to chodzenie po państwie i kwakanie „ja”, „ja”, „ja”. Ponury pastisz Gombrowiczowskiego Dziennika w wykonaniu Glińskiego i innych.

Jarosław Kaczyński z wigilijnych wywiadów dla prasy: „Zawsze szukałem prezentów, o których wiedziałem już, że nie przynoszą ich Aniołki. Później po latach opowiadałem mojej bratanicy Marcie różne niesłychane historie dotyczące Aniołków. Ona wierzyła w to, że przylatują; to było bardzo miłe. Ale to się skończyło, dzieci dojrzewają i przestają wierzyć w takie rzeczy” „Pamiętam, jak w 1955 roku szliśmy po lesie nad Liwcem i mama mówi: O, patrzcie, krasnoludki. Patrzymy, ale nic nie widzimy. Koniec wiary w krasnoludki”. „To podniecenie, co się dostanie pod choinkę. Od aniołka, bo w tamtych czasach w Warszawie prezenty przynosił aniołek, a święty Mikołaj to był 6 grudnia. Ale wiara w aniołki szybko przeminęła”.

Do tego wigilijny klip rządu Beaty Szydło, ten sam, w którym minister Macierewicz z niezdrowym uśmiechem wiesza na choince bombkę, jedną, drugą. A tym monstrualnym obrazom towarzyszy równie monstrualny wierszyk: „Kiedy sen już spowije całe miasto,/ jest takie miejsce, gdzie wciąż jest jasno/ Chodźmy, zobaczmy to zamieszanie/ ubranie choinki nie lada wyzwanie…”.

 

Piłsudski też bywał niedojrzały, wszyscy pamiętamy jego niezwykłe nagranie do „gadającej trąby”. Ale nie był tak zdziecinniały jak Jarosław Kaczyński. Także jego legioniści byli przynajmniej nastolatkami (czasem brutalnymi i krótkowzrocznymi, jak to nastolatkowie), ale nie byli takimi skrofulicznymi dziećmi („taki mały, taki duży, może świętym być…”, cyt. za Arka Noego) jak wyznawcy kultu Jarosława Kaczyńskiego. Nawet Donald Tusk w porównaniu z tym straszliwym, okrutnym niemowlęciem, które nauczyło się instrumentalnego cynizmu, ale emocjonalnie nigdy nie wyrosło z psychicznych pieluch (niezbyt daleka parafraza ostatnich wypowiedzi Jadwigi Staniszkis), był przynajmniej nastolatkiem. Okrutnym, czasami krótkowzrocznym (jak to nastolatki), który jednak walczył o większą dojrzałość własną (bo trudno powiedzieć, czy o dojrzałość aparatu Platformy) i na pewno prześcignął w tym własnym dojrzewaniu Jana Marię Rokitę, pomimo tego, że Rokita punkt wyjścia miał lepszy, bo pod Geremkiem i Suchocką budował jednak odpowiedzialnie instytucjonalne fundamenty III RP, ale kiedy przegrał i stracił polityczną pozycję, cofnął się do embrionalnej pozycji „operowego konserwatysty”.

Paweł z Tarsu, który jako intelektualista żydowski nawet po nawróceniu na sporo młodsze od judaizmu chrześcijaństwo skazany był na dialektyczność, najbardziej precyzyjnie zdefiniował rozziew pomiędzy Jezusowym „niech wasza mowa będzie: tak, tak; nie, nie” a tym, co on sam musiał wypowiedzieć w liście do Koryntian: „bądźcie dziećmi w sercu, ale nie w umyśle”. To zdanie można czytać jako dialektyczne wezwanie do przepracowania swojego dziecięctwa, swojej prostoty, nawet swego „szaleństwa miłości” (cyt. za Simone Weil) – i uczynienia ich siłami pracującymi w świecie (mój publicystyczny heglizm za trzy grosze), ale można też je rozumieć jako alibi dla najbardziej instrumentalnego cynizmu. Na ten drugi sposób zrozumiał Pawłową wskazówkę zdziecinniały „w sercu” Kaczyński, będący „w umyśle” praktykiem rozumu instrumentalnego, na skraju politycznego nihilizmu. A także zdziecinniały „w sercu” Jacek Kurski będący „w umyśle” cynikiem zwyczajnym, prostszym od Prezesa, w ogóle raczej tępawym, więc nieukrywającym swojego cynizmu, przeciwnie, pyszniącym się nim jako swoim największym życiowym intelektualnym odkryciem („ciemny lud to kupi”).

Cała ta Brueglowska parada wlokąca się za ramieniem Prezesa, wszyscy stali się dzieciaczkami „w sercu” i spryciarzami „w umyśle”, starsi i młodsi, od ministrów jego rządu, po dziennikarzy jego mediów, nie mówiąc już o prezesach i dyrektorach jego spółek skarbu państwa.

Ale monstrualny klip wigilijny rządu Beaty Szydło czy równie monstrualne wigilijne wywiady Kaczyńskiego nie są jedynie cyniczną manipulacją zdziecinniałą Polską. W nowoczesności, w masowej demokracji i w masowym autorytaryzmie, nie ma dobrej manipulacji, która nie opierałaby się także na jakiejś szczypcie empatii. Hitler był tak samo zraniony i resentymentalny jak naród niemiecki po Traktacie Wersalskim. Tylko dlatego mógł narodem niemieckim skutecznie manipulować i być przez jego najgorszą część słuchany, stać się obiektem jej kultu. Co do Stalina, nie wiemy zbyt wiele, wbrew pozorom pozostaje dla nas większą tajemnicą. Mussolini? Bardziej cyniczny i bufoniasty, bliżej Jacka Kurskiego niż Kaczyńskiego. Franco? Nieco bardziej zimny i wyobcowany, w ogóle nic wspólnego z tym polskim zdziecinnieniem. Hiszpański maran, hiszpański katolik. Polska prawica, niechlujna i leniwa nawet w swojej „religijności”, nie ma pojęcia, czym taka formacja Franco mogłaby być (może Marek Jurek, ale on się musi dzisiaj przed polskim zdziecinnieniem ukrywać, żeby móc nim manipulować w „swojej sprawie”, a i tak wiecznie przegrywa z Kaczyńskim, który wobec zdziecinnienia polskiego bardziej jest empatyczny).

Jakieś wieczne zranienie Kaczyńskiego czyni go podobnym do tych zdziecinniałych Polaków, którymi zarządza. Ono było wieczne, już przed Smoleńskiem. Kto tak zranił jego dumę na „inteligenckim Żoliborzu”, no kto? W takiej ciszy, jaka teraz w polskim umyśle panuje, słyszałbym tu w Chilwell nawet szept dobiegający z tej pięknej dzielnicy Warszawy („zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz”, cyt. za Muniek Staszczyk), no kto uraził małego Jarka Kaczyńskiego? Ale nikt się nie przyznaje, do żadnej dystynkcji wobec „jego i brata”, przecież żoliborscy inteligenci zawsze byli demokratami, w swoim własnym wyobrażeniu o sobie samych na pewno, zatem… jedźmy z tym koksem.

Witkacy i jego najbardziej precyzyjna definicja polsko-katolickiego zdziecinnienia: „bełkot miłości skrywający byle jaką przemoc”. „Bełkot miłości skrywający byle jaką przemoc”, gdyż „zabawy dzieci” (patrz Witold Wojtkiewicz) są nie tylko „słodziutkie”, są pełne nienazwanej i nieuświadomionej przemocy.

Warto tę przemoc odkrywać spod zdziecinniałego „bełkotu miłości”, warto ją nazwać i uświadamiać przynajmniej tym, którzy są jakoś dorośli. Zatem powtórzmy raz jeszcze dogmat polskiego kokluszu. Sejmowa maszynka do głosowania stała się maszynką do mielenia państwa. Kaczyński dostał większość parlamentarną, żeby rządzić, ale nie dostał większości konstytucyjnej, żeby zmienić ustrój. To drugie przyzwolenie próbuje sobie załatwić ustawami nadzwyczajnymi, niszcząc publiczne media, likwidując służbę cywilną, obezwładniając Trybunał Konstytucyjny. A także nominując do administracji państwowej i służb ludzi, którzy gardzą zasadami państwa prawa. A od spodu pukają Magierowski i Kukiz, czyli wulgarność, prostota i przemoc wyzwolone wreszcie z jakże słabiutkiej, lecz jednak istniejącej „politycznej poprawności” słabego (słabszego, niż sądziliśmy wszyscy) polskiego liberalizmu.

Taką właśnie przemoc skrywa bełkot miłości i sentymentalizmu, który zobaczyliśmy w wigilijnym klipie rządu Beaty Szydło i którym wypełnione były wywiady „Komendanta” Kaczyńskiego na okres świąteczny. I taką będziemy mieć dyktaturę – dyktaturę brutalnego, przemocowego zdziecinnienia (znów cyt. za Jadwigą Staniszkis, która wolałaby mieć swoją peryferyjną prawicę bardziej „dorosłą”, „dojrzałą”, ale „u nasz, na peryferiach, tak ni ma”, szanowna pani profesor). Bowiem wszystkie roztkliwiania się nad „Polską zdziecinniałą” nie brały pod uwagę jednego ważnego wymiaru zdziecinnienia. Bezsilne zdziecinnienie ofiar może być także okrutnym zdziecinnieniem panujących. Ta przewrotka jest łatwa jak zdobycie władzy.

13. Wszystkie moje „geny”

Bardzo prosty jest wybór zaproponowany przez Jarosława Kaczyńskiego (i jego popychadła, Gowina, Gmyza, Kanię, Targalskiego…) ludziom, którzy całe swoje życie przeżyli w PRL: albo będziesz – w swoich własnych oczach, ale także w publikacjach i wypowiedziach moich „niepokornych” historyków i dziennikarzy – zdrajcą i siepaczem uczestniczącym w najczarniejszej z całej historii Polski godzinie PRL-u (tu sprawdza się nieoceniony IPN), albo odpuścimy Ci grzechy, uznamy Twoje tłumaczenie, że w aparacie Partii, w PRL-owskiej prokuraturze czy służbach zawsze pozostawałeś zakonspirowanym antykomunistą, ukrytym katolikiem, walczyłeś z komuną bardziej bohatersko niż wszyscy ci opozycjoniści, których (jako oportunista – wiemy, wybaczamy) nie lubiłeś wtedy i nie lubisz dziś. Jedynym warunkiem rozgrzeszenia jest praca dla PiS i kult Kaczyńskiego – dzisiaj, bo z historią nie ma to nic wspólnego. Prokurator Piotrowicz całe to nowe wyznanie wiary wypowiedział wprost: „w 1978 roku wstąpiłem do PZPR pod przymusem”, „w latach 80. byłem prokuratorem, aby nieść pomoc niesłusznie represjonowanym”, „ryzykowałem bardziej niż ci, którzy roznosili ulotki”, „zapisałem się do PiS, bo wreszcie pojawiła się w Polsce jakaś patriotyczna partia” (do tego jeszcze „rozmasowywanie brzuszka w celu energoterapii”, jak tłumaczył księdza z Tylawy oskarżonego o pedofilię, kiedy już po upadku PRL-u jako lokalny prokurator służył innej władzy, biskupowi Michalikowi).

Jest to bez wątpienia modelowa biografia i modelowa deklaracja wiary, będące w Polsce Kaczyńskiego jedynym i wystarczającym warunkiem odpuszczenia „genetycznych grzechów zdrady” i przystąpienia do wspólnoty „genetycznych patriotów”. Z „genetyką” nie ma to nic wspólnego, z polityką – wszystko. Podobnie pragmatyczny jest stosunek Kaczyńskiego do lustracji, która tak rozpada emocje wielu jego starszych i młodszych wyznawców.

Także czyjś ojciec lub dziadek może się stać dla Kaczyńskiego (Gowina, Targalskiego, Kani, Gmyza) „zdrajcą”, „agentem”, nawet „genetycznym”, ale tylko wówczas, jeśli jego syn czy córka się Kaczyńskiemu przeciwstawią dzisiaj. Ale może się stać „genetycznym patriotą”, jeśli jego dzieci czy wnuki dzisiaj się przed Kaczyńskim ukorzą. To jest szantaż i stosowanie odpowiedzialności zbiorowej, ale nie tylko o estetykę czy moralność tu chodzi. Ta metoda politycznego werbunku daje Kaczyńskiemu ogromną władzę nad całym polskim społeczeństwem, wyjątkowo przez historię podzielonym i przemielonym. Każdy z nas ma w swojej rodzinie ludzi, którzy z tą czy inną władzą walczyli, z tą czy inną władzą współpracowali albo pod tą czy inną władzą próbowali przeżyć, nie rzucając się w oczy. Zatem każdego można ugodzić, jeśli nie przez jego własną biografię, to poprzez biografie członków jego rodziny. Tak jak to zrobiono z Mateuszem Kijowskim.

Osobista absolucja Kaczyńskiego, osobiste odpuszczenie grzechów. Polska nigdy nie była krajem chrześcijańskim, dziś jednak nawet spod hipokryzji, spod łuszczącej się emalii polskiego katolicyzmu wydobywa się najbardziej brutalny, najbardziej neopogański, spersonalizowany, przednowoczesny, antyliberalny, prymitywny kult (Jarosław Gowin jest tylko jednym z jego podrzędnych, cynicznych kapłanów, ale on dzisiaj nawet diabła by pocałował pod ogon, żeby tylko doczekać śmierci Kaczyńskiego i móc powalczyć o sukcesję po nim, o władzę nad skonsolidowanym przez Kaczyńskiego prawicowym elektoratem).

Dla mnie to jest obrzydliwe także osobiście. Zależność od Jarosława Kaczyńskiego, od tego, czy się przed nim ukorzę. Ale przecież Kaczyński „daje ludowi” to, czego Platforma „nie dała”, więc może odpuśćmy mu te „kulturowe wojenki”? Czemu nie odpuszczam? Bo znam zarówno podłość tej „metody politycznej”, jak też jej skuteczność. Mój ojciec i stryj byli członkami PZPR do wyprowadzenia sztandaru, stryj dodatkowo zrobił karierę w LWP, i to całkiem realną. „Tłumaczy ich” (choć nie przed „genetycznymi patriotami”) ta pierwsza w historii całej naszej rodziny profesura i ten pierwszy w historii całej naszej rodziny oficerski patent. Jeszcze ich ojciec (mój dziadek) był murarzem w Toruniu, a ich matka (moja babka) była w Toruniu sprzątaczką. Szokiem, którego nie zapomnieli nigdy, był pierwszy w tej rodzinie order, jaki ich matka sprzątaczka dostała w PRL-u „za pracę”. Takie ordery „sypano łopatą” (jak mawiali w PRL-u nawet sami producenci odznaczeń), ale jednak wręczano je „na uroczystości”, „z udziałem przedstawicieli władz”, nawet w błyskach fleszy. Zatem nie tylko „500 złotych na dziecko”, ale jeszcze „godność”.

W moich dziecięcych zmaganiach z PRL-owskim awansem mojej własnej rodziny tłumaczyłem sobie samemu wielokrotnie, że i bez Sowietów taki awans byłby w Polsce możliwy, przecież już przed PRL-em był profesor Pigoń, który ruszył z Komborni w świat. „Z Komborni w świat”, pierdu-mierdu. Pod zaborami, a potem w II RP, Pigoniów było niewielu, każdy z nich w feudalnym i pańszczyźnianym polskim społeczeństwie wywalczył sobie ten awans krwawo, pazurami i mózgiem. Po stalinizmie było takich Pigoniów tysiące. No i jeszcze oficerowie. Zanim przyszli Stalin i Rokossowski, w Polsce łatwiej było zostać z chłopa czy robotnika nawet profesorem polonistyki niż generałem albo pułkownikiem.

Tyle że ceną za ten awans społeczny pokolenia moich rodziców było zaakceptowanie przez nich jego politycznego i geopolitycznego kontekstu. Czasem, szczególnie na starość, u wielu awansujących owocujące monstrualnym kompleksem i traumą. „Bez nas, bez władzy socjalistycznej, krowy byście pasali!” – jak to przypominał Mieczysław Rakowski w 1981 roku pierwszopokoleniowej inteligencji wspierającej pierwszą „Solidarność”. Teraz ten odłożony kompleks i ta odłożona trauma są bez trudu „zdejmowane” przez Kaczyńskiego, „wielkiego rybaka ludzi”. Wystarczy, że się przed Kaczyńskim ukorzą, że własną biografię zakłamią, a wówczas nawet awans społeczny z czasów PRL zostanie im „wybaczony”. Nawet przez chłopców z IPN-u, nawet przez Macieja Chmiela, nawet przez Agnieszkę Romaszewską.

Z kolei dwaj bracia moich dziadków – od strony ojca i od strony matki – leżą na cmentarzu pod Ostrołęką, bo jako 16-letni ochotnicy fałszujący swoje daty urodzenia, żeby ich przyjęto do wojska (jeden z rodziny robotniczej, drugi z urzędniczej), polegli w bitwie, która powstrzymała marsz Armii Czerwonej na Zachód. Moja własna biografia była spokojniejsza, prawdziwa „kraina łagodności”. Choć nawet mnie (jestem wedle chińskiego horoskopu „królikiem”, istotą szukającą w życiu wyłącznie spokoju i szczęścia, nawet jeśli pewna znająca mnie dość dobrze osoba, kiedy się o tym dowiedziała, stwierdziła, że musiałem sfałszować rok urodzenia) pierwsza niemiła przygoda z SB i milicją przytrafiła się w wieku lat 16, jeszcze u schyłku Gierka, a kolejne, równie nieprzyjemne, w latach osiemdziesiątych. A jednocześnie wiele lat później, po doświadczeniu pracy w „antykomunistycznej” kampanii prezydenckiej Mariana Krzaklewskiego (Kwaśniewski w Charkowie i Siwiec całujący ziemię kaliską), nabawiłem się do „cynicznego antykomunizmu” totalnej odrazy. „Antykomunizm” tamtej kampanii służył bowiem wyłącznie do ukrywania ambicji AWS-owskich baronów (Rokita drepcący już z niecierpliwości, żeby zbudować własną udzielną baronię SK-L; Jurek modlący się żarliwie o własną baronię katolicką; skrzekliwy śmiech Jarosława Kaczyńskiego, kiedy poprosiliśmy go o pozwolenie na wystąpienie w „antykomunistycznych” klipach wyborczych Krzaklewskiego Lecha Kaczyńskiego, wówczas jeszcze ministra sprawiedliwości w rządzie AWS). Baronowie prawicy zablokowali wtedy Krzaklewskiego, nie pozwolili mu przeprowadzić żadnej, choćby „kampanijnej” reformy, tak że zostały nam w rękach tylko te „antykomunistyczne” klipy z Kwaśniewskim w Charkowie i Siwcem całującym ziemię kaliską.

Ale jakie mam „geny”? Patrioty czy zdrajcy, lepszego czy gorszego sortu Polaków? Jak widać, bardzo to skomplikowane.

I właśnie dlatego budzi moje bezgraniczne wprost obrzydzenie perspektywa, że moimi „genami” zajmie się dzisiaj nie tylko Kaczyński, ale jeszcze Jarosław Gowin, Cezary „Trotyl” Gmyz, antykomunista Piotrowicz, Jacek Karnowski obsadzający własną żonę jako dyrektorkę dziecięcej anteny TVP S.A. (oczywista promocja „patriotycznych genów” braci Karnowskich). Jednak wiem, że biograficzny szantaż Kaczyńskiego to narzędzie w poranionym polskim społeczeństwie, wobec ludzi o poranionych biografiach i pomieszanych „genach” bardzo skuteczne. Zbyt skuteczne, żeby mu tę metodę można było odpuścić.

 

**Dziennik Opinii nr 42/2016 (1192)

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.