Felieton

Koklusz 4

Właściwie tylko obecność koniunkturalistów upodabnia władzę PiS do wszystkich innych rządów III RP. Fanatyków oraz regularnych wariatów jest w PiS-ie więcej.

9. Uwaga formalna

Może niepotrzebnie wybrałem formułę „Kokluszu” do pisania o kryzysie (a być może upadku) polskiego Weimaru. Oczywiście polski Weimar opisywać trzeba na szerszym tle kryzysu (a może upadku) Weimaru europejskiego i globalnego, gdyż zgodnie z marksowską zasadą (nikt nie traktuje jej już dzisiaj dogmatycznie, ale co rozsądniejsi ludzi traktują ją, jak zawsze, dialektycznie) mówiącą o zależności struktur polityczno-ideologicznej „nadbudowy” od stanu społeczno-ekonomicznej „bazy” liberalna demokracja oszalała w następstwie tego, jak szaleć zaczął globalny kapitalizm. Ponieważ globalny kapitalizm daleki jest jeszcze od uzyskania jakiejś nowej równowagi, także liberalna demokracja pogrąża się coraz głębiej w szaleństwach „nowego średniowiecza” (słabość narodowej i ponadnarodowej „oświeceniowej” polityki wydrążanej przez globalny kapitał i najbardziej nihilistyczne globalne kulty spod znaku „zemsty Boga”), a mój wymarzony chadecko-socjaldemokratyczny mainstream obrywa od „antysystemowców” na wszystkich frontach.

Nie tylko nowe i stare peryferie liberalnej demokracji wpadają w łapy kolejnych Putinów, Orbanów, Kaczyńskich, Chavezów, Erdoganów, nie tylko Front Narodowy we Francji i UKiP w Wielkiej Brytanii umacniają się wprost proporcjonalnie do umacniania się Podemosu w Hiszpanii i Syrizy w Grecji, ale nawet para Hillary–Jeb może zostać zastąpiona w amerykańskich wyborach prezydenckich przez parę Sanders–Trump, a w każdym razie nigdy jeszcze w historii amerykańskich wyborów prezydenckich nie pojawiło się tylu obywateli USA, tak dalece pozbawionych wiary w stabilność dotychczasowego porządku, że kibicują takiej zmianie po obu stronach barykady.

Witkacy szalałby w takim świecie estetycznie i twórczo jak ryba w wodzie (załóżmy, że ryby w wodzie szaleją), tak jak szalał estetycznie i twórczo w analogicznej sytuacji lat 30. ubiegłego wieku. Aż do momentu, kiedy się zabił (ani to w moich ustach katolicka dyskwalifikacja, ani manichejski entuzjazm, po prostu stwierdzam fakt). Ja sam jednak, myśląc o życiu, które trzeba chronić, nie potrafię wyzwolić się od sentymentalnego patosu, który wszelkie próby wysokiej estetycznej groteski zabija. Nie mam w sobie odwagi Witkacego, wewnętrznego estetycznego dystansu do wszystkiego, nawet do Apokalipsy, która może zniszczyć to, co jest mi bliskie („Bóg mi nie dał tej anielskiej miary”, cyt. za Zygmunt Krasiński, przy innej okazji). A taki właśnie wewnętrzny, estetyczny dystans był źródłem wspaniałej modernistycznej groteski pana S.I.W. Ja tymczasem na Apokalipsę, na zagładę tego, co jest mi bliskie (a nawet tego, co dalsze), reaguję jak zwykły żyjący człowiek, zwierzę, roślina, komórka. Uparcie trzymam się życia, paznokciami, pazurami, czułkami. To mi odbiera estetyczny nadmiar, to czyni mnie smutnym jak chore zwierzę kryjące się w kącie i próbujące wylizywać się z choroby swojej i choroby świata. Tam, gdzie pojawia się życie, gdzie pojawia się lęk o ocalenie życia, o utrzymanie życia, nie ma miejsca na groteskę, dlatego coraz mniej mam ochotę wydziwiać, a coraz bardziej mam ochotę przeżyć i walczyć o utrzymanie przy życiu tego, co jest mi bliskie – ludzi, instytucji.

10. Instytucje

A propos instytucji. W dyskusji na temat likwidacji przez PiS mediów publicznych pada zwykle argument bagatelizujący: „Nigdy nie było w Polsce mediów w 100 procentach publicznych, zawsze prędzej czy później przejmowali je politycy”. Ten argument może być formułowany uczciwie, np. przez ludzi, którzy nie biorą udziału w dzisiejszej wojnie PiS-u z anty PiS-em, kontroświecenia z oświeceniem, antyliberalizmu z liberalizmem, „zemsty Boga” z najbardziej choćby nieśmiałą świeckością, wreszcie azjatyckiej i słowiańskiej ujutności z zapadnicką modernizacją. A nie biorą udziału w tej wojnie, bo są na przykład za bardzo na lewo, aby się w pejzażu tego arcypolskiego i arcyperyferyjnego konfliktu zmieścić i odnaleźć. Oni już tak wysoko podnieśli poprzeczkę własnej wrażliwości, że wobec wojny resentymentalnego populizmu peryferiów z imitacyjnym liberalnym mieszczaństwem wybierają zasadę: „ I’m too leftist for this world, too leftist for your party, too leftist for this song” sformułowaną niegdyś przez niezwykle seksownego wokalistę zespołu Right Said Fred (parafraza z niewielką przeróbką, gdyż w oryginale brzmiało to: „ I’m too sexy for my love, too sexy for my love, Love’s going to leave me. Im too sexy for my shirt, too sexy for my shirt. So sexy it hurts. And I do my little turn on the catwalk …” itp., itd).

Nikomu nie zamierzam zabraniać bycia „too sexy for this world”, zresztą jaką moc by miały moje zakazy, skoro sam zawsze chciałem być choćby odrobinę bardziej sexy, ale nigdy mi nie wychodziło.

Inni z kolei używają argumentu „instytucje III RP nie były wystarczająco czyste, aby ich teraz bronić przed PiS-em”, ponieważ albo są stroną i żołnierzami w tej wojnie (Janina Jankowska wypowiada się w dyskusji Dziennika Opinii jako ekspert, choć podobnie jak ja jest stroną tej wojny – stoimy po obu stronach barykady), albo też chcą osłonić swój oportunistyczny akces do obozu aktualnych zwycięzców (to przypadek niektórych nowych dyrektorów anten i prezesów spółek, bowiem nie wszyscy aż tak żarliwie wyznają kult Kaczyńskiego, jak to dziś udają).

Dlaczego jednak uważam ten argument, szczególnie jeśli jest stosowany do bagatelizowania lub jawnego usprawiedliwiania kolejnych działań Kaczyńskiego, za całkowicie fałszywy? Otóż Sejm pierwszej kadencji pozostawił po sobie pewien ład instytucjonalny, który zastąpił prostotę Radiokomitetu, gdzie każde aktualne kierownictwo państwowej telewizji i radia wyznaczała aktualna władza.

W czasach PRL-u ta władza była z grubsza jedna przez 45 lat (marzenie o ciągłości i sile Jarosława Kaczyńskiego, prokuratora Piotrowicza, „antykomunistów” i „antykomunistek” Jacka Kurskiego, Macieja Pawlickiego, Barbary Bubuli, Joanny Lichockiej). Z kolei w latach 1989–1992 prezesów mediów publicznych wyznaczał kolejno rząd Tadeusza Mazowieckiego, rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego, Lech Wałęsa, rząd Jana Olszewskiego, znowu Lech Wałęsa. Jednak ludzie obozu postsolidarnościowego i postkomunistycznego piszący i uchwalający w 1993 roku nową Ustawę o Radiofonii i Telewizji (tak, wiem, wpisali tam „chrześcijańskie wartości”, więc niech tę ustawę i te instytucje szlag trafi) wiedzieli doskonale, że powołane przez nich do życia instytucje (KRRiTV, kadencyjne władze publicznej telewizji i radia) mające osłaniać media publiczne przed zbyt bezpośrednią ingerencją polityków partyjnych nie będą w 100 procentach skuteczne, będą deprawowane przez polską politykę i jej prymitywizm.

Wiedzieli też jednak, że te instytucje, dopóki będą istniały, przynajmniej opóźnią „przejmowanie” mediów, rozprowadzą impakt partyjnej „woli politycznej”, a także zwykłego prymitywizmu, nepotyzmu, korupcji, które w polskiej polityce po wszystkich stronach szaleją.

Intencje ustawodawców spełniły się co do joty. Przez ostatnie 25 lat media publiczne bywały publiczne, a także bywały niezależne od aktualnej władzy (to oczywiście nie to samo) w 20–40–60–40–20 procentach, w zależności od politycznego układu, od siły charakteru ludzi mediów, od siły nacisku rządzących. KRRiTV oraz władze spółek medialnych były przejmowane przez zwycięskie partie w ciągu 2–3–4 lat po zdobyciu przez nie władzy. Instytucje były deprawowane, jednak sam cień tych instytucji osłaniał, opóźniał przejmowanie bezpośredniej partyjnej kontroli.

Dziś PiS po prostu likwiduje media publiczne i całą osłaniającą je strukturę najbardziej nawet słabych i zdeprawowanych instytucji. Agnieszka Holland i szerzej – „Obywatele kultury” – od lat walczyli o to, żeby udział momentu prawdziwie publicznego w polskich mediach publicznych (to coś takiego jak udział cukru w cukrze, można to nawet mierzyć różnymi precyzyjnymi kryteriami) wzrósł z 30 procent do 40, z 50 do 60, lub choćby z 10 do 15. PiS przywracając zasadę mianowania prezesów telewizji i radia przez ministrów, a właściwie przez Kaczyńskiego, zredukował te wszystkie niezbyt wysokie procenty do zera. Więc chyba to nie jest ta sama walka? Chyba jest to walka zupełnie przeciwna?

Ten ochronny cień rzucany na media publiczne przez najbardziej nawet słabe i deprawowane przez polityków instytucje był rozstrzygający także dla istnienia lub nieistnienia w mediach konkretnych ludzi, tożsamości, języków. Byłem w pierwszej ekipie budującej Telewizję Publiczną, ekipie zdecydowanie prawicowej, to była tzw. telewizja pampersów. Przez dwa lata tworzyliśmy ofertę czasami subtelnie, a czasami wściekle skierowaną przeciwko „postkomunistycznej lewicy” (także jej korzeniom), która już rządziła, kiedy zaczęliśmy na Woronicza pracować. Dopiero jednak po dwóch latach rządząca „postkomunistyczna lewica” nas z Woronicza wydrapała. Zresztą nie niszcząc KRRiTV, ani nie mianując nowego Prezesa TVP S.A. bezpośrednio z gabinetu ministra czy „Komendanta”, ale wykorzystując oportunizm jednego z członków ówczesnego zarządu TVP S.A. (to był, tak się składa, niedawny prezes TVP S.A. Janusz Daszczyński usunięty właśnie przez PiS).

Daszczyński chodził wówczas po Woronicza z logiem Kongresu Liberalno-Demokratycznego na plecach, ale zawsze najbardziej dbał o siebie, zatem kiedy „postkomuniści” mieli już zarówno rząd jak i prezydenta i nie warto było z nimi zadzierać, jeśli pragnęło się dalej prowadzić interesy własne, Daszczyński zaczął głosować w Zarządzie TVP S.A. razem z przedstawicielami „postkomunistów”, co zmieniło większość i przygoda „pampersów” się zakończyła. Choć właściwie to raczej rozpoczęła się druga część tej przygody, o wiele gorsza, brutalizująca „pampersów” jako „ofiary liberalno-lewicowej hegemonii”. Nie każdy liberalny dziennikarz był wobec nas tak bezstronnie uczciwy, nawet w swojej krytyce, jak Dominika Wielowieyska. Zazwyczaj dowiadywaliśmy się, że jesteśmy faszystami, mimo że wtedy jeszcze nie wszyscy nimi byliśmy i nawet dzisiaj nie wszyscy się nimi staliśmy, na przykład Wiesław Walendziak czy Waldemar Gasper faszystami nie stali się nigdy i nawet w niszczeniu telewizji publicznej, którą kiedyś zaczynali budować, nie biorą dzisiaj udziału.

Gdyby jednak „postkomuniści” w 1993 roku zachowali się wobec nowo powstałej telewizji publicznej tak, jak PiS zachował się wobec telewizji publicznej w roku 2016, to Maciej Chmiel, którego zaprosiliśmy wtedy do „telewizji pampersów” i w dwa lata zbudował w niej swoje całkiem poważne medialne kompetencje, nie miałby swej wielkiej medialnej przygody i pozostałby poczciwym krytykiem rockowym „Gazety Wyborczej”, którym był zanim przyszedł do „telewizji pampersów”. Nie pracowałby na kierowniczym stanowisku w rozrywce Jedynki ani przez jeden dzień, gdyby „postkomuniści” zachowali się wówczas tak, jak dzisiaj zachowuje się PiS i „zgasili nam światło” już pierwszego dnia swojej władzy – obchodząc KRRiTV i Konstytucję, zrywając kadencyjność władz publicznych mediów, powracając do PRL-owskiego Radiokomitetu, czyli mianowania prezesów przez ministrów i „Komendanta”.

Także Wanda Zwinogrodzka nie rozpoczęłaby swojej wielkiej medialnej przygody na czele redakcji teatralnej Jedynki i być może do dziś dnia pozostałaby poczciwą krytyczką teatralną „Gazety Wyborczej”, którą była wcześniej. Nie byłoby też WC Kwadransa oraz supergwiazdy programów podróżniczych i innych Wojciecha Cejrowskiego. Nie byłoby „Frondy”, którą napompowaliśmy, dając jej po pierwszym wydanym numerze pisma cały program telewizyjny, co pozwoliło skonsolidować instytucję, dało tej instytucji pieniądze, skupiło wokół „Frondy” ludzi, którzy dziś w najbardziej zdeterminowany sposób niszczą w Polsce liberalną demokrację i resztki świeckiego państwa.

Może wniosek z tej historii jest taki, że „postkomuniści” powinni nas byli zniszczyć od pierwszego dnia, tak jak dziś PiS niszczy media publiczne w całości? Może trzeba było zabić tę miłość (albo tę nienawiść, silne emocje często występują razem), zanim jeszcze okrzepła?

Nie wiem. Wiem jednak, że gdyby „postkomuniści” zachowali się wobec telewizji „pampersów” tak jak dzisiaj PiS zachowało się wobec mediów publicznych w całości, nie byłoby tych wszystkich prawicowych ludzi i tego prawicowego języka. Albo by ich w ogóle nie było, albo byliby zupełnie niszowi.

Jeśli Chmiel uważa zachowanie go wówczas na Woronicza przez dwa lata za błąd „postkomunistów”, nic dziwnego, że przyjął stanowisko szefa Dwójki z rąk ekipy PiS, która tego „błędu” powtarzać nie zamierza. Jeśli Wanda Zwinogrodzka, Wojciech Tomczyk, Piotr Semka i inni uważają tamtą słabość i niekonsekwencję „postkomunistów” za polityczny błąd, nic dziwnego, że dzisiaj przyjmują funkcje w kulturze i kinematografii z rąk ekipy Prezesa Kaczyńskiego i prokuratora Piotrowicza, która to ekipa podobnego błędu powtarzać nie zamierza.

Także w maju, czerwcu i lipcu 2010 roku, zatem po prawie całej pierwszej kadencji władzy Platformy Obywatelskiej, Jacek Karnowski jako szef „Wiadomości”, głównego informacyjnego programu głównej anteny telewizji publicznej, używał tego programu zupełnie otwarcie do prowadzenia „smoleńskiej” kampanii wyborczej Jarosława Kaczyńskiego przy użyciu insynuacji zamachowych. Nie wynikało to z miłości PO do niezależnych od siebie mediów publicznych, bo takiej miłości nigdy u platformersów nie było. Ale samo już istnienie KRRiTV oraz dość zawiłego systemu kadencyjnych władz mediów publicznych tworzyło instytucjonalny cień, w którym przejmowanie mediów przez każdą kolejną władzę zabierało każdej kolejnej władzy sporą część czasu, w którym ta władza rządziła. W ten sposób nawet instytucje zdeprawowane przez polityków tworzyły jakąś siłę równoważącą i jakąś formę kontroli dla władzy. Dopiero PiS zniszczyło media publiczne w pierwszych dniach swojej władzy, bo od pierwszych dni swojej władzy nie chce dla swojej władzy żadnych instytucji kontrolnych czy równoważących.

Tak samo jak z mediami publicznymi PiS obszedł się ze służbą cywilną. I znowu nie mamy tu do czynienia z sytuacją zero-jedynkową, a jednak różnica jest zasadnicza. Polska służba cywilna, mimo wysiłków pierwszych solidarnościowych rządów, mimo odpowiednich ustaw czy utworzenia Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, nie stała się suwerenną urzędniczą arystokracją w rodzaju tej brytyjskiej (patrz serial Yes Minister) czy francuskiej, które z jednej strony utrwalają tę czy inną ideową hegemonię, ale z drugiej strony zapewniają jednak państwu zupełnie podstawową stabilność i chronią to państwo przed ewidentnymi już wariatami, fanatykami czy ludźmi całkowicie niekompetentnymi. Polska służba cywilna po 25 latach uzyskała co najwyżej 30–40 procent siły i odporności służby cywilnej brytyjskiej czy francuskiej. Jednak dzisiaj wszystkie te słabsze lub silniejsze procenty PiS sprowadził do zera. Dokładnie tak samo jak to zrobił w przypadku mediów publicznych i dokładnie tak samo, jak chce to zrobić w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, prokuratury, sądów, mediów prywatnych, instytucji kultury, instytucji społeczeństwa obywatelskiego (o ile są „niepisowskie” albo nie pojawią się na progu domku „Komendanta” z oportunistycznie podkulonym ogonem). Po dokonanej przez PiS likwidacji służby cywilnej wariaci, partyjne pacynki, a także krewni Waszczykowskiego czy potomkowie Kurtyki i Wassermanna (gdyż to, co gdzie indziej nazywane jest nepotyzmem, w języku Kaczyńskiego oznacza „promocję patriotycznych genów”) będą mogli zajmować każde państwowe stanowisko, od zaraz, bez spełnienia jakichkolwiek kryteriów.

I to jest zasadnicza różnica, której nie można zamazać prawdziwym skądinąd argumentem, że każda władza próbowała zasadę służby cywilnej w III RP osłabiać, obchodzić, wydrążać. Owszem, tak było, ale dopiero Kaczyński niszczy tę zasadę frontalnie. Razem ze swoją niezwykle dziwną ekipą, która w 20 procentach składa się z bolszewików (sam Prezes ma odwagę Lenina, co w moich ustach nie jest komplementem), w 40 procentach z regularnych wariatów i w 40 procentach z koniunkturalistów, którzy za dyrektorskie czy prezesowskie stanowiska w mediach, urzędach i spółkach zrobią wszystko i dla każdego (patrz zasada „erst Fressen). Właściwie tylko obecność koniunkturalistów upodabnia władzę PiS do wszystkich innych rządów III RP. Fanatyków oraz regularnych wariatów jest w PiS-ie więcej, niż ich było w UW, SLD, AWS, PO, PSL. Dlatego uważam PiS za politycznego przeciwnika innego niż zwykle.

 

**Dziennik Opinii nr 22/2016 (1172)

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!