Felieton

Koklusz 2

Kaczyński, ten niegdyś „żoliborski inteligent”, doskonale wie, skąd cytuje i kogo. Cytuje i parafrazuje wielkich zamordystów przeszłości.

4. Język sokolnika

Pokaż mi swój język, a powiem ci kim jesteś. Jarosław Kaczyński pokazuje język coraz szerzej i częściej. Wybór cytatów z roku wyborczego i już z okresu sprawowania przez niego funkcji „Komendanta”, „naczelnika państwa”: „mętna woda, w której pewne siły łowią tłuste ryby, ale my tę mętną wodę oczyścimy”; „różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które nie są groźne w organizmach tych ludzi, mogą tutaj być groźne. To nie oznacza, żeby kogoś dyskryminować… ale sprawdzić trzeba”; „gorszy sort Polaków”; „komuniści i złodzieje”; „ten nawyk donoszenia na Polskę za granicą, tradycja zdrady narodowej, to jest jakby w genach niektórych ludzi, tego najgorszego sortu Polaków”; „dzieci i wnuki współpracowników gestapo”; „potomkowie NKWD”, „każda ręka podniesiona na Kościół to ręka podniesiona na Polskę”.

Kaczyński, ten niegdyś „żoliborski inteligent” (inteligenckość w Polsce czy w Rosji nigdy nie była gwarantowaną szczepionką przeciw zamordyzmowi) doskonale wie, skąd cytuje i kogo. Cytuje i parafrazuje wielkich zamordystów przeszłości, w tym upadłym, późnonowoczesnym świecie, w którym prawdziwych tyranów już nie ma, są tylko pastisze, parafrazy, groteski i tyraniątka. Po pierwsze, naprawdę sprawia mu to przyjemność. Większą i bardziej autentyczną przyjemność sprawia mu ta kąpiel w gniewie swego ludu, niż wieloletnie udawanie przed Piotrem Zarembą, nawet przede mną w trakcie paru wywiadów i rozmów, że jest „żoliborskim konserwatystą”, który musi odgrywać brutala, żeby móc polskim ludem manipulować. Oczywiście po to, by ludowi pomóc.

Ale poza własną przyjemnością wynikającą z faktu bycia obiektem masowego kultu jest w tym parafrazowaniu przez Kaczyńskiego języka wszystkich zamordyzmów przeszłości także pragmatyka władzy. Kaczyński wie, że mówi do ludzi, którzy czują się osieroceni – po „silnym państwie” (za Gierka i Jaruzelskiego już nawet w umysłach nostalgików po PRL-u takiego państwa nie było, było jeszcze za Gomułki i Cyrankiewicza i mówiło językiem, który dzisiaj parafrazuje Kaczyński), po silnej władzy, po władzy choćby i autorytarnej, która jednak była obok nich, towarzyszyła im od narodzin do śmierci.

A co towarzyszy im teraz w ich nieskończonej aspołecznej samotności i w rysującej się na Internetowym oceanie samotności jeszcze większej, pogrążonej w jeszcze większym chaosie? Gdzież są te wielopokoleniowe rodziny z babcią i dziadkiem na piecu, z pokornymi dziećmi i wnuczętami krzątającymi się karnie po izbie, z feudalnym panem trzaskającym batogiem za oknem i z proboszczem obiecującym ci niebo na Pasterce, po słodkiej Wigilii? A gdzież te pochody pierwszomajowe i solidarnościowe kontrpochody? Gdzie obietnica PRL-owskiego państwa opiekuńczego obracająca się w gówno, ale może to nie sprzeczności samej obietnicy były winne, ale złodzieje, kułacy, Żydzi, Amerykanie, opozycjoniści, solidaruchy, komuchy? Wszystko lepsze niż ta cholerna liberalna samotność. Niech towarzyszy nam choćby i putinowska cerkiew, niech towarzyszy nam choćby ten pastisz opiekuńczej tyranii Kaczyńskiego.

Mnie dzisiejsze przemówienia Kaczyńskiego na wiecach i w mediach przypominają przemówienia Marsjan z ich charakterystyczną dykcją z filmu Tima Burtona Marsjanie atakują, ale dla wielu starych i młodych głos Kaczyńskiego jest ciepły, ojcowski, tęsknią za nim faktycznie. Wszystko lepsze od samotności. Mającej też wymiar ściśle ekonomiczny, gdzie jednak 500 złotych za dziecko, nawet jeśli nie sprowadzi wymarzonego przez prawicowych chłopców od Houellebecqa „przełomu populacyjnego” (kobiety nie będą rodzić za 500 złotych, bo wiedzą, że dziecko „kosztuje” więcej i zupełnie inaczej, kobiety będą rodzić wielodzietnie – czyli tak, jak chcą tego prawicowi „seksualni proletariusze” – dopiero wtedy, jak się je do rodzenia zmusi), ale te 500 złotych jest jak dotyk ciepłej, opiekuńczej, ojcowskiej dłoni, której wielu ludzi na sobie już tak dawno nie czuło.

W późnym liberalnym świecie, gdzie „sokół już nie słyszy głosu sokolnika”, gdzie każdy sokół przeżywa swoją własną samotność, pojawia się i rośnie ten czy inny Kaczyński.

Nie przesadzajmy z tą oryginalnością „Budapesztu”, „demokracji suwerennej”, „demokracji nieliberalnej” w Warszawie – każdy imituje.

Ja po prostu wolę imitację brukselską od imitacji moskiewskiej, po pierwsze dlatego, że wszystkie eksperymenty z populistycznym autorytaryzmem na peryferiach zakończyły się klęską i choć ta klęska była wielką przygodą dla autorytarnych wodzów i elit, to jej ofiarą padał lud – począwszy od eksperymentów Lenina i Hitlera, aż po eksperyment Chaveza (ja tego wszystkiego nie egzorcyzmuję z historii, ja próbuję patrzeć uważnie na zyski i straty z tych eksperymentów, ja ich nie chcę powtarzać).

Ale jest w mojej pozycji także moment osobisty. Ojcostwo Putina i ojcostwo Kaczyńskiego, ojcostwo Orbana i ojcostwo Gierka, to są i były ojcostwa, od których zawsze uciekałem i będę uciekał. Zawsze dusiłem się pod tą ciepłą, aksamitną ręką. I pod tym butem, w tym ciemnym, peryferyjnym zaułku wciskanej mi siłą do żołądka tradycji. Od urodzenia pokochałem samotność i zimno („im jaśniej, tym zimniej”, cyt. za Thomas Bernhard z jego paradoksalnej i dialektycznej – czyli jedynej możliwej – pochwały Oświecenia). Ja do zimna przywykłem, więc za tym dotykiem ciepłej ojcowskiej dłoni Kaczyńskiego nie tęsknię, przeciwnie, czuję do tego dotyku najgłębszą odrazę (też nie do końca prawda, bo by mnie nie było u początków „pampersów”, gdybym tak w ogóle nie tęsknił do ujutnego ciepła wspólnoty ani przez chwilę, ale nigdy nie tęskniłem do wspólnoty reprezentowanej przez wodza i „tatę”). Jednak moi rówieśnicy z Arki Noego w tej ujutności zadomowili się świetnie i na zawsze. Zimnego i jasnego, a przede wszystkim wrzucającego ich w samotność Oświecenia nie potrafią znieść. „Ojciec za rękę prowadzi mnie…”, „taki duży, taki mały, może świętym być…” – na scenie podskakują zdziecinniali pięćdziesięciolatkowie w swoim wiecznym poszukiwaniu niebieskiego i ziemskiego taty (wielki Kaczor promieniejący na niebie wiecowej trybuny). Niektórzy zdziecinniali pięćdziesięciolatkowie podskakują nawet z dredami na głowie, dredy są w tym wszystkim najmniej winne, choć jednak jest coś chorego w polskiej kontestacji, skoro wydała Kukiza i Tekielego, albo Sellina czołgającego się dziś pod Kaczyńskim (nawet ja się polskiej kontestacji nie we wszystkich aspektach do końca udałem). A na czele tych wszystkich postpunków i posthipisów, niedojrzałych, nawet nie do końca wyszłych z fazy embrionalnej i jej wszystkich „transów” (cyt. za Manuela Gretkowska), najbardziej groteskowy z nich/z nas wszystkich, człowiek, który nigdy nawet nie otarł się o proces dojrzewania i pozostał w nieustającym, sprawiającym mu przyjemność ekstatycznym „transie”: Ryszard Terlecki – hipis zamordysta.

Jest też jednak odpowiedź na głos sokolnika. „Szanowny Prezydencie, błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś” (z transparentu witającego Andrzeja Dudę w Szczecinie). I nie była to ironia ani prowokacja, to był kult. Tu zaczyna się problem, lud prawicowy ma dziś swoją reprezentację polityczną, nawet jeśli łączy go z nią nie kontrakt, ale kult. Tymczasem sprzeciwiający się nieliberalnej demokracji Kaczyńskiego „lud nieprawicowy” (parafraza za Kingą Dunin) ma kłopot ze znalezieniem i zaakceptowaniem własnej reprezentacji politycznej, która w liberalnej demokracji (dopóki bronimy jeszcze jakichś jej resztek) jest do przeżycia niezbędnie konieczna. Tak, wiem, trudno sobie wyobrazić, aby manifestacja KOD-u nosiła feretrony z wizerunkami Tuska (utraconego), Schetyny czy Petru. Trudno też sobie wyobrazić, aby manifestacja Zjednoczonej Lewicy (o ile znalazłby się ktoś, kto by ją zorganizował, bo nie wiem, czy ZL istnieje poza sondażami) nosiła na feretronie portret Barbary Nowackiej. Trudno mi sobie nawet wyobrazić (choć trochę potrafię, jak jestem w nastroju nieco bardziej złośliwym i „nieprzysiadalnym”) pikiety Partii Razem, na których noszono by feretrony z portretami Adama Zandberga czy Marceliny Zawiszy. Czy jednak poza kultem, poza feretronami z portretami przywódców, poza wyrażaną w języku pokaleczonego katolickiego matriarchatu ekstazą „błogosławione piersi, które ssałeś” rzeczywiście nie można mieć w Polsce, w Rosji, „u nasz w Słowiańszczyźnie”, polityki opartej na nieco chłodniejszych zasadach i normach, a jednak skutecznej i trwałej? Wszystkie te inteligenckie bajania o miłości do ludu i empatii dla ludu, „taka jest wola i potrzeba ludu”, „taka jest tęsknota ludu, od niej nie można się dystansować”. Chrzanię tę hipostazę narodu czy ludu. Chrzanię tych spośród lewicowców, którym Robert Mazurek, sushi mesjanista, zdołał narzucić matrycę myślenia o liberalnej części ludu jako o lemingach bez cudzysłowu. Nie tylko dlatego, że ta hipostaza „jedynego dobrego ludu pogardzanego przez złe liberalne czy mieszczańskie elity” jest fałszywa, bo wszędzie – od Tunezji, Egiptu, Libii, po Polskę – to nie elity walczą z ludem ani lud z elitami, ale to lud walczy z ludem, jedna część narodu walczy z inną o prawo do noszenia tej czy innej twarzy. Lud lud eksterminuje, lud ludowi prawa odbiera albo lud ludowi własne wolności wydziera.

Jedyny praktyczny szacunek, jaki można uczciwie okazać ludowi, to rozbijać tę bezkształtną bryłę „masy” kilofem edukacji, kilofem awansu społecznego – na miliony, miliardy jednostek.

Ja sam zebrałem w sobie „geny” („genetyka”, dzięki promocyjnym wysiłkom Kaczyńskiego, znów stała się modna) urzędnika kolejowego, sprzątaczki, murarza, nauczyciela akademickiego z PRL-owskiego społecznego awansu. Jestem zatem „genetycznie” elitą czy ludem? Każda jednostka wyciągnięta, wyszarpnięta z tej ohydnej bryły to sukces emancypacji, sukces liberalno-konserwatywnego socjalizmu. To jedyna droga ku temu, aby „lud kiedyś stał się rozumny”. Jesteśmy na jakimś etapie tej drogi, może utknęliśmy na jakimś etapie tej drogi w Polsce i nie tylko. Ale fascynacja masą, ciągłe ponawianie banałów w rodzaju „ależ jakże można sobie pozwolić na dystynkcję w stosunku do ludu”, wydaje nas w ręce najgorszej odmiany Kaczyńskich, tyranów i tyraniątek manipulujących ludem i manipulujących nami. Jest zdradą Oświecenia i zdradą wszystkiego, co było cenne w lewicy – czyli Oświecenia. I właśnie dlatego dla mnie (i dla paru bliskich mi osób) nadzieją na ocalenie (bądźmy realistami – na zbudowanie, bo jeszcze nie ma za bardzo czego ocalać) liberalnej demokracji w Polsce jest nowe polskie mieszczaństwo. A może coś więcej, niż nowe polskie mieszczaństwo, nowy polski indywidualizm, jeśli przetrwa, jeśli się ucywilizuje, jeśli jednostki wydobyte z bezkształtnej bryły „polskiego ludu” potrafią budować społeczeństwo w oparciu nie o głód ujutnego ciepła, nie poprzez zbieranie się wystraszonych „dzieci” pod opieką „taty” i wodza. „Szacunek dla ludu”, „obrona ludu przed dystynkcją elit”, jednak przy jednoczesnym pozostawieniu tej bezkształtnej bryły, tej masy zarządzanej przez kult, to jest dopiero paternalizm elit, który zabił postkolonialną i ponowoczesną lewicę, kiedy na przykład postawiła na swoją bezstresową, multikulturalistyczną edukację w ludowych gettach Wielkiej Brytanii, Francji, Stanów Zjednoczonych. Pozostawiając lud w dołkach startowych wszelkiej edukacji prawdziwej, pozostawiając lud w jego bezkształtnej bryle, żeby nie zachowywać się wobec niego „dystynktywnie”, „przemocowo”, „z pogardą”. Podczas gdy „dzieci elit” po dawnemu były posyłane do zimnych, sadycznych, prywatnych szkół (a we Francji do szkół katolickich), reprodukując się znowu coraz bardziej mechanicznie i bez szczeliny na awans. W ten sposób lewica zdradziła lud. Otaczając tę zdradę multikulturalistycznym, paternalistycznym bełkotem „szacunku dla specyfiki ludu i jego specyficznej kultury”, bełkotem szacunku dla wartości tej bezkształtnej bryły niezindywidualizowanej masy. W ten sposób lewica utknęła na zupełnie początkowym odcinku drogi prowadzącej do przyszłości, w której „lud stanie się rozumny”. Kiedy lud przestanie być masą, stanie się zbiorem samotnych jednostek wiązanych w społeczeństwo i państwo poprzez wielowymiarową sieć zawiązywanych, rozwiązywanych, negocjowanych i znów zawiązywanych kontraktów.

Takie jest przynajmniej moje wyznanie wiary, wyznanie wiary człowieka urodzonego i dorastającego w mieście Kopernika (Kopernika, który wyciągnął człowiekowi spod nóg ujutną, nieruchomą ziemię Ptolemeusza, w żałobie po tym ciosie jeszcze parę wieków później łkał francuski dekadent Pascal Błażej, mistrz stylu Michela Houellebeca). Miasto Kopernika skolonizowane dzisiaj przez ojca Rydzyka. Ale też nie do końca. Nawet w Toruniu lud walczy dzisiaj z ludem, naród z narodem, jednostki bronią się przed masą i jeszcze wcale nie wiadomo, kto wygra. A ja, zaszantażowany banałami o „pogardzie elity dla mas” miałbym pokłonić się przed najgorszą częścią masy, najmniej zindywidualizowaną, miałbym pokłonić się przed feretronami z nową bluźnierczą Trójcą: Bóg Ojciec-Kaczyński, Syn-Duda, Gołębica-Szydło? Upaść na twarz przed tą polską odmianą putinowskiej cerkwi, którą niewierzący Kaczyński, cynicznie, na zimno, usiłuje uczynić ideologicznym zapleczem swego całkowicie świeckiego zamordyzmu? Upaść przed tym wszystkim na twarz tylko dlatego, że Kaczyński zapewnił sobie kult własnego ludu? Ani jako lewicowiec, ani jako konserwatysta, ani jako liberał tego nie zrobię. Stawiam na inny lud, stawiam na jednostki, które wyodrębniły się z tej bezkształtnej bryły, jaką jest masa.

5. Po przyszłym nieuchronnym zwycięstwie

Trudno mi podrywać ludzi do buntu (nawet gdy kłamię, niespecjalnie to działa), kiedy sam wiem, że po kokluszu, kiedy z niego wyjedziemy, wrócimy do Polski PO albo Nowoczesnej, jeszcze odrobinę bardziej neoliberalnej, niż Polska sprzed tej niepotrzebnej, a jednak nieuniknionej choroby. Platforma jest dla mnie partią bardziej zrównoważoną ideowo na tle Nowoczesnej, wymyślonej przez oligarchów, nasz „narodowy kapitał”, po to, żeby dyscyplinować Tuska, który za mało z nimi rozmawiał. Tyle że się krajobraz w międzyczasie zmienił kompletnie i narzędzie do dyscyplinowania Tuska zawisło w pustce, bo Kaczyńskiego nie zdyscyplinuje, z Kaczyńskim musi walczyć. Choć z drugiej strony właśnie dlatego, że zawisło w pustce, na naszych oczach ze skromnego narzędzia lobbingu przeobraża się w ruch obywatelski – albo pozytywny, albo jeszcze jeden ruch miejski zdziczałego mieszczaństwa – który nie wyklucza już wzięcia na siebie odpowiedzialności za władzę. Powiedzmy uspokajająco (przede wszystkim sam siebie chcę uspokoić i nie bardzo mi to wychodzi), że nawet lobbyści, kiedy już rządzą, stają się bardziej pełną i bardziej odpowiedzialną polityczną formacją, która – taka jest natura rządzenia – musi reprezentować, a w każdym razie przynajmniej negocjować z interesami, do których lobbowania nie była stworzona. Zatem i Nowoczesna może dojrzeć do smutnego realizmu rządzenia słabym peryferyjnym państwem o wątłych zasobach. I do zarządzania rozbitym peryferyjnym społeczeństwem o wątłych, a i tak trwonionych bez opamiętania zasobach społecznego kapitału (najnowszy raport Jerzego Hausnera, mimo że bardzo potrzebny i ważny, po jego przeczytaniu uważam i tak za zbyt optymistyczny, a przez to wprowadzający w błąd, sam Hausner nie był tak asertywny – choć coś jednak próbował zrobić – jako kluczowy minister w rządach Millera i Belki, stał się tak asertywny dopiero, kiedy jest bez wpływu na władzę, w opozycji, tak bardzo głębokiej, że może bez powrotu i wyjścia). Tak jak Platforma była, jako partia rządząca, ciekawsza w swoim czasami smutnym, a czasami brutalnym małym realizmie Tuska oprawianym w językowy złotogłów przez Sienkiewicza, niż jako partia opozycyjna wobec PiS, partia „liberalnego populizmu” składająca obietnice JOW-ów, taniego państwa, cały ten tani liberalny populizm. Nie wykluczam zatem dojrzewania Nowoczesnej. Nawet jeśli „narodowy kapitał” każe jej ostrzej negocjować z UE, a jej neoliberalny populizm będzie nieco silniejszy, bo takie są oczekiwania tej części nowego polskiego mieszczaństwa, która Nowoczesną poparła, to przynajmniej będzie proeuropejska, bez groteski „wojny z Niemcami, Brukselą” i wojny Macierewicza z NATO (bo z Putinem Kaczyński u władzy jakoś przestał walczyć, przestał się domagać wojny o wrak, raczej Putina nieudolnie kopiuje).

Jednak mam kłopoty z budzeniem entuzjazmu w tych moich rozmówcach, którym już Polska przed PiS-em wydawała się zbyt prawicowa, nie mogę ich okłamywać, zresztą kłamstwo miałoby krótkie nogi i nigdzie by nie pobiegło.

Społeczno-ekonomicznie Polska po PiS-ie będzie jeszcze (nieco?) bardziej prawicowa, od polski przed PiS-em.

A pomiędzy nimi polska PiS-u, prawicy zupełnie już lunatycznej. Pewien dziennikarz – w gronie, w którym rozmów zgodziliśmy się nie upubliczniać w mediach, więc nie zacytuję przynajmniej jego nazwiska – stwierdził, że „jedyną lewicą w dzisiejszej Polsce jest PiS, zatem wszelka inna lewica powinna znaleźć się w PiS-ie, jeśli się nie znajdzie, to tylko – tu ów dziennikarz wydął pogardliwie warżeczki – z powodów towarzyskich” (jeszcze jedna parafraza „kulturowych wojenek”). Walczę z tym politycznie, ale tego nie wyśmiewam (no jednak wyśmiewam, bo się nie mogę powstrzymać, ale w porządku normatywnym nie mam do tego prawa), gdyż wiem, że takie są konsekwencje każdego rozbicia liberalno-lewicowego sojuszu (lewicowo-liberalnego Frontu Ludowego) na rzecz modernizacji Polski, na rzecz modernizacji okcydentalizującej nasz kraj. Nie ma tu jednego tylko winnego, po stronie liberalnej ten sojusz zrywają neoliberałowie, korwiniści, których niemało także w PO i Nowoczesnej (nawet jeśli niektórzy się w tych partiach ucywilizowali, a niektórzy mogą), a po stronie lewicowej antyunijni, antyamerykańscy i antyliberalni populiści.

Ale takie są konsekwencje tego „ujawnienia ukrytych sprzeczności” (cyt. za Karol Marks cytowany przez Jana Sowę), które owszem, istnieją i rozwalają każde moje marzenie o liberalno-lewicowym Froncie ludowym na rzecz modernizacji, każdą jego próbę? Otóż nie lewica w takim pejzażu zwycięży, jakakolwiek lewica. Każda lewica będzie w takim pejzażu zupełnie marginalna, niepotrzebna naszemu słabemu peryferyjnemu państwu i rozbitemu peryferyjnemu społeczeństwu. Cały ten pejzaż wypełni wojna antyzachodnich prawicowych populistów z prozachodnimi liberałami coraz bardziej nęconymi neoliberalizmem, który na peryferiach – ze słabym społeczeństwem i państwem – jest jeszcze bardziej toksyczny, niż neoliberalna czkawka w USA, w Wielkiej Brytanii, w kontynentalnej Europie Zachodniej. Ja przeciwko PiS-owi nawet neoliberałów wybiorę, byleby – chcąc, nie chcąc, refleksyjnie albo bezmyślnie, choć to też nie jest pewne, bo mogą uznać UE za „socjalizm” – pchali Polskę w głąb bardziej jednak regulowanych, generujących jednak silniejszą i bardziej racjonalną politykę instytucji liberalnego Zachodu. Będę się męczył, ale już gorsze żaby jadałem, ja nie jestem gnostyckim czyściochem. Jednak w kraju, w którym rozpadnie się do końca obszar liberalnej lewicy, lewicowców faktycznie czeka tylko służba w PiS (jedynie za cenę stania się „lewicą smoleńską”, jedynie za cenę porzucenia „kulturowych wojenek” o prawa kobiet, o prawa mniejszości, o prawa jednostek, a ostatecznie za cenę akceptacji dla imitacji putinowskiego, zdziczałego, „narodowego”, a w gruncie rzeczy oligarchicznego kapitalizmu peryferiów, bo taki właśnie kapitalizm putinowskiej Rosji imituje Orban i o takim właśnie kapitalizmie marzą ludzie Kaczyńskiego, w którym to oni będą oligarchami). Albo też lewicę czeka w tym pejzażu transfer do PO czy nawet Nowoczesnej, jak Rosatiego, Arłukowicza, Borowskiego.

A na razie trwa przepompowywanie z PO na Nowoczesną poparcia mediów, pieniędzy, a w ślad za tym elektoratu oraz niższego aparatu (bo wyższy aparat PO trzyma się razem nadspodziewanie dobrze, choć jednocześnie walcząc ze sobą o mityczne „przywództwo”, przez co Platforma pozostaje w dołkach startowych mając jeszcze głęboko utkwioną w wizerunkowym boku zardzewiałą włócznię taśm). W rytmie medialnych piszczałek i bębnów, w rytmie swoich własnych nadziei, pomiędzy PO i Nowoczesną, tak jak wcześniej pomiędzy PO i Ruchem Palikota, wędruje ten zdziczały ruch miejski nowego polskiego mieszczaństwa, który wciąż nie może obrosnąć w stabilną politykę.

6. Opowieść księdza x

Liczycie na przełom pokoleniowy w polskim Kościele, który nastąpi po odejściu Michalika, Dziwisza, Hosera, może już w przyszłym roku? Ja zobaczyłem – z perspektywy seminariów duchownych, oglądając nowy narybek – zupełnie inną wymianę pokoleniową, która was nie ucieszy. Sekularyzacja w Polsce postępuje, powołań jest coraz mniej, co mnie wcale nie cieszy. Jednak ci młodzi, którzy do nas przychodzą, nie szukają dziś w Kościele chrześcijaństwa, tylko narzędzia i okazji do kulturowej wojny. Są głodni putinowskiej Cerkwi, której tak bardzo Putinowi zazdrości Kaczyński. Wierzą w Terlikowskiego i Jurka, a nie w Joszuę, mocno niestabilnego żydowskiego rewolucjonistę, który nauczał przeciwko partykularyzmowi – klasowemu, narodowemu, żydowskiemu, polskiemu – w imię postulatu miłości bliźniego, z którego Kant uczyni kiedyś zsekularyzowany (odrobinę, nawet bez ateistycznej przesady) imperatyw kategoryczny, zasadę prawa powszechnego. Jednak ci młodzi ludzie idą do polskiego Kościoła nie po chrześcijaństwo, ale po to, żeby wziąć udział w kulturowej wojnie, która ich uformowała już w liceach, w gimnazjach.

Syn Beaty Szydło zdał właśnie do seminarium, świetnie obryty z historii Kościoła, od razu po zdanym egzaminie zapisał się do „koła tradycji”, zwolenników łacińskiej mszy, przeciwników „demoralizacji, jaką do Kościoła wprowadził Sobór Watykański II” (teologia Jana Rokity, niezbyt głęboka, gdzieś tak na poziomie jego teologicznego rozróżnienia „Kościoła łagiewnickiego i toruńskiego”). Młody Szydło chodzi teraz po seminarium z kolegami w trydenckim kapeluszu, zajmują się tropieniem tego, co jest w dzisiejszym kościele „liberalnym spiskiem”. A odchodzący na emeryturę biskupi Hoser, Michalik, ich ludzie w seminariach i w całym Kościele, zapraszają wypatrzonych przez siebie „młodych tradycjonalistów” do windy przyspieszonej kościelnej kariery. Przygotowują armię do walki z papieżem Franciszkiem. Tak się dzieje w epoce wymuszonej na Franciszku „decentralizacji władzy”, po oddaniu prawa do głębokiej interpretacji nauczania Kościoła w ręce „lokalnych episkopatów” (episkopaty Europy Zachodniej, episkopaty obu Ameryk, episkopaty Azji korzystają z tej wolności w zupełnie inny sposób, niż episkopat Polski i część episkopatów afrykańskich).

Tak więc „kulturowe wojenki” (o świeckość państwa, o emancypację kobiet i emancypację jednostki) okazują się równie ważne, równie rozstrzygające jak wojny ekonomiczne (które zresztą etatystyczna lewica także przegrała, bo etatyzm populistycznej prawicy – jedyny jaki pozostał w grze w Rosji, na Węgrzech czy w Polsce – jest tylko neofeudalizmem, z jego lenną dzierżawą ziemskiej i przemysłowej własności dla żołnierzy wodza, oczywiście ten czy inny lewicowiec może się do tego przyłączyć wierząc, że w ten sposób będzie uczestniczył w „rozmowie z ludem”, jednak to wszystko jest jedynie ponowoczesną parafrazą tak pogardzanego przez Marksa „azjatyckiego sposobu produkcji”).

Czytaj część pierwszą

 

**Dziennik Opinii nr 354/2015 (1138)

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.