Felieton

Kaczyński znów pracuje dla Tuska

„Wszystko lepsze od jakiegoś lewactwa” – ten szept dojrzałych mieszczańskich gowinicznych rodziców dociera do wyćwiczonych uszu ich nigdy niezbuntowanych dzieci.

Cios wibrującej pięści zadany przez „patriotę” kontra stabilność „dwupartyjnego systemu” PO-PiS-owej wojny. Cios wibrującej pięści wypłukuje substancję systemu przenoszony do samych społecznych trzewi przez lepsze lub gorsze internetowe dowcipy, przez tabloidy publikujące kolejne rachunki z jak najbardziej politycznych spotkań, których uczestnicy muszą dziś jednak udawać, że były prywatne („zatem czemu płacone z instytucjonalnych budżetów?” – itp., itd.). Ale ponieważ żadnego innego wiarygodnego systemu nie ma nawet na najbardziej odległym horyzoncie, nawet jako mirażu, zatem nie wiadomo, czy fasada nie przetrwa, nawet wypłukana. Na razie fasada wygląda na nienaruszoną. Jak sklejka pokryta tapetą udającą marmur. Kolejny rytualny sejmowy pojedynek Kaczyński-Tusk kończy się tym samym wynikiem co wszystkie poprzednie, począwszy od sławetnej debaty poprzedzającej wybory jesienią 2007. Kaczyński nigdy nie leży na deskach, ale Tusk za każdym razem wyraźnie wygrywa na punkty. Podobnie jak Sikorski (mimo że dzisiaj obciążony „murzyństwem” i „wyobcowaniem”) wygrywa na punkty każde bezpośrednie i zapośredniczone starcie ze swoimi PiS-owskimi cieniami – Waszczykowskim, Fotygą i Szczerskim. Tym ostatnim stosunkowo jeszcze najmniej zużytym, ale też niezbyt wyrazistym, bo musi oportunistycznie odgrywać nie swoją rolę w starczym teatrzyku udawanej (Kaczyński) lub autentycznej (Fotyga, Waszczykowski) zapiekłości, której sam nie odczuwa. Tylko ją gra, a aktorem jest dosyć przeciętnym.

Nawet Sienkiewicz, który sam przezornie przedstawia się już od jakiegoś czasu publicznie jako polityczny trup i dzięki temu niektóre ciosy go omijają, i tak wygrywa jeszcze na punkty ze swoim odpowiednikiem w brazylijskim zespole Prawa i Sprawiedliwości, Antonim Macierewiczem.

Wygrywają przynajmniej w oczach nowego polskiego mieszczaństwa. A to przecież ono jest elektoratem PO, bez którego rozproszenia, rozpędzenia, zawstydzenia, rozbicia… PiS władzy nie odzyska. Ani żadna inna nowa partia władzy „z natury rządząca”, żadna inna „neosanacja” się nie narodzi.

A jeśli się nie narodzi, to neosanację Platformy (z jej ostrożnie lewicowymi czy choćby liberalnymi i coraz bardziej dumnie prawicowymi pułkownikami) może zastąpić tylko prawicowy chaos podlany katolicką „zemstą Boga” robiącą dziś w Polsce za chrześcijaństwo. Chaos, a nie żadne państwo, choćby najbardziej „teoretyczne”. A więc PO-PiS-owy układ wciąż (jeszcze?) pozostaje (z pozoru? autentycznie?) stabilny. I jak zwykle wygodniejszy dla Tuska, choć wygodny też dla Kaczyńskiego – wiecznego nieudolnego pretendenta społecznego gniewu.

 

W ten sposób Jarosław Kaczyński, najskuteczniejszy PR-owiec Platformy Obywatelskiej, znów pracuje dla Tuska. Pracuje do końca, odwlekając ten koniec, być może o kolejną kadencję.

Dziś nawet afery Rywina by nie było (w jej uzdrowicielski wpływ na polskie życie polityczne czy państwowe, a szczególnie w zbawienny wpływ na te życia tzw. komisji rywinowskiej z jej gwiazdami Rokitą i Ziobrą, już dzisiaj nie wierzę i wam nie polecam). Zarówno gdyby taśma o sile rywinowskiej taśmy obciążała PO, jak też gdyby obciążała PiS. Już przecież taśma najwybitniejszej w historii III/IV RP dziennikarki śledczej Renaty Beger (miała dwóch młodych asystentów, ale to ona była w tamtym niedużym zespole profesjonalistką i gwiazdą, ona dostarczała kontent, podczas gdy jej dwaj młodzi asystenci robili tylko za słupy ogłoszeniowe, tak jak dzisiaj część ekipy tygodnika „Wprost”) nie zdemolowała elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. Już bowiem wówczas nasz nowy dwupartyjny system oparty wyłącznie na indukowanej na zimno przez obu liderów wzajemnej nienawiści dwóch elektoratów, plemion i sekt był w miarę stabilny. Nie dziwię się zatem rozgoryczeniu Leszka Millera. Jego największą słabością okazało się to, że nie miał jeszcze swojego Jarosława Kaczyńskiego.

Patrzę na to wszystko z dwuznacznym zainteresowaniem. W wyborach europejskich, zgodnie z obietnicą daną samemu sobie, zagłosowałem po raz pierwszy w życiu nieco na lewo od PO, choć ręce mi się lekko trzęsły, a włosy… jedne od tego wypadały, inne siwiały. Jest tam (nieco na lewo od PO) tak wielu wybitnych liderów i tak wiele wybitnych liderek, w dodatku niektórzy i niektóre z nich zaczęły i zaczęli się właśnie jednoczyć, a w każdym razie przestali i przestały się wzajemnie wykańczać, co robili i robiły wcześniej nawet, a może szczególnie, w prawicowych mediach, które chętnie ich i je w tym celu zapraszały ku zadowoleniu ministra Królikiewicza i abp. Hosera. Dziś jednak przestali i przestały się (na chwilę?) „targać po szczękach”, więc na ten szeroki front nieniszczącej się wzajemnie centrolewicy będę mógł głosować z poczuciem potęgi i dumy. O ile ten front przetrwa, o ile w ogóle na dobre powstanie.

Ale zagłosowałem na lewo od PO, będąc już przekonany i nieomalże uspokojony, że Platforma nie zostanie w tych wyborach rozgromiona przez prawice twardsze, autentyczniejsze i bardziej eurosceptyczne od niej. Porównując bowiem na zimno siedem lat rządów Tuska i dwa lata rządów braci Kaczyńskich, pamiętając zarówno strachy na Lachy jak i porażki prawdziwe, jakie jedną i drugą formację u władzy obciążają, wciąż rozumiem, czemu nowe polskie mieszczaństwo nie chce jednak przestać głosować na PO. Jako jedyną alternatywę mając PiS i jeszcze bardziej szalone prawicowe resztki oraz odświeżonego Korwina.

Młodzi mieszczanie to jeszcze żadni mieszczanie, to nieomalże kontestacja, krucjata dziecięca błądząca po polskiej polityce w poszukiwaniu brutalnego i surrealistycznego „funu”.

Oni mogą sobie pozwolić na wspieranie oszalałego neoszlacheckiego wąsacza (może niedługo się nie tylko wybiórczo traktowanym kodeksem Boziewicza, ale i własnymi chłopami pańszczyźnianymi prawicowej młodzieży pochwali), żeby się rozerwać. W dodatku rozerwać się na sposób jakoś tam ideowo akceptowany lub choćby tolerowany przez gowinicznych mieszczańskich rodziców. „Wszystko lepsze od jakiegoś lewactwa” – ten szept dojrzałych mieszczańskich gowinicznych rodziców dociera do wyćwiczonych uszu ich nigdy niezbuntowanych dzieci. Jak wiemy z największej polskiej literatury, Zbyszko, syn pani Dulskiej, nigdy z mamą (ani nawet z tatą Felicjanem) tak do końca nie zerwie. Nawet kontestował czy romansował ze służącą Hanką będzie w pewnych przewidywalnych granicach „kolibra”.

Dojrzalsze mieszczaństwo wie jednak, że ma w tych fatalnych polskich politycznych wyborach do zaryzykowania mimo wszystko własne życie, własne biografie, własny dorobek mniejszy lub większy, własny kraj (bo ten kraj po 25 latach transformacji jest ich, bardziej niż kogokolwiek innego). Zatem nowe polskie mieszczaństwo wciąż trzyma się Platformy, trzyma się Tuska, próbuje się trzymać. Dopóki im „patriota” do końca Tuska i Platformy nie rozwali. A jeśli rozwalić nie zdoła, Weimar przetrwa. Na co patrzę z dialektycznym chłodem, choć wolałbym, żeby wicepremierami Weimaru byli Miller i Palikot, a może nawet jeszcze Piechociński czy Pawlak, bo dla wszystkich znajdzie się miejsce pod wielkim dachem nieba spółek skarbu państwa czy innych urzędów centralnych i samorządowych. A nawet Piechociński i Pawlak są na polskiej wsi czymś o niebo lepszym niż to, co by ich tam mogło na dziś, jedynie, zastąpić – czyli Radia Maryja i Prawa i Sprawiedliwości.

Więcej politycznego żaru w tym felietonie nie będzie. Jeśli ktoś się sparzył tym, który był, serdecznie przepraszam.

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.